Być może wielu z Was doda otuchy w zmaganiach z własnymi dolegliwościami, gdy powiem, że wielu świętych nie tylko cierpiało permanentne niezrozumienie (o. Pio, s. Faustyna), ale i cierpiało na różne „choroby duszy.” W niektórych przypadkach (Joanna d’Arc) trudno wręcz odróżnić, co było charyzmatem, a co skutkiem jakiejś choroby. Sama Matka Teresa cierpiała z powodu stanów depresyjnych przez wiele, wiele lat.
O trudnej sztuce pomagania…
Jak wiadomo, jestem osobą niepełnosprawną, więc kiedy tylko zaczęłam pisać ten tekst, natychmiast stanęły mi przed oczami dwie pobożne panie, które aż tak bardzo”chciały mi pomóc” w pewnym kościele, że mnie skutecznie…z obu stron unieruchomiły – tak, że poczułam się prawie jak ich zakładniczka.
Kilka uwag o życiu „godziwym.”
„Godne życie” – ten termin robi iście zawrotną karierę w różnych dyskusjach, poczynając od tematów ekonomicznych („ile dziś w Polsce potrzeba na godne życie?”) , a kończąc na prawie do aborcji i eutanazji („przecież to dziecko i tak nie ma szans na godne życie!”)
Jestem niepełnosprawna, więc służę Wam informacją: przeciętna renta wynosi 600-800 złotych. To za dużo, żeby umrzeć, a za mało, by żyć.;)
A jeszcze co roku ZUS każe mi podpisywać oświadczenie, że „pozostaję przy życiu”! To dopiero narusza moją „godność”! (Notabene, pensja urzędniczki, która się zajmuje potwierdzaniem prawdziwości tych zaświadczeń, wynosi z pewnością więcej, niż moja renta – a mimo to JEJ nikt nie każe składać takich upokarzających deklaracji…) Ale myślę, że ostatecznie nasza GODNOŚĆ nie zależy od tego, co się posiada, tylko od tego, kim się JEST. Dlatego w naprawdę ciężkich czasach nie wstydziłam się poprosić o 10 deko sera czy wędliny w sklepie, a zamiast kupować książki (jak teraz), po prostu wypożyczałam je z biblioteki. Bo prawdziwa bieda ma swój honor – i potrafi sobie radzić.
Mówiłam więc sobie tak, jak św. Paweł, że „umiem cierpieć biedę, umiem i obfitować”(Flp 4,12) – i jak Sokrates, chodząc po sklepie, stwierdzałam, że „jest tu tak wiele rzeczy, których mi wcale nie potrzeba!” 🙂 Ale przecież nie godzę się na to, by być „ofiarą losu” – ukończyłam celująco 2 kierunki studiów, mam pracę, męża i dziecko… Czy czuję się szczęśliwa? Tak! Spełniona? Ależ tak!
I kto ma prawo teraz powiedzieć mi, że moje życie ma mniejszą „godność” (czy tam „wartość”) niż życie np. tragicznie zmarłego Michaela Jacksona albo piosenkarki Madonny? Któż to wie, kto z nas najlepiej wykorzystał dar, który otrzymał od „losu”?
I dlatego było mi niewymownie smutno, gdy niedawno oglądałam film dokumentalny o holenderskiej klinice neonatologicznej, gdzie bez ogródek przyznawano, że raczej nie ratuje się tam najmniejszych wcześniaków (takich pomiędzy 22. a 24. tygodniem życia płodowego), jako że i tak „nie mają one większych szans na normalne życie.” Nie wiadomo, kim mogłyby się stać te dzieci, gdybyśmy tylko dali im szansę…
I obawiam się, że gdybym urodziła się w obecnych czasach w Amsterdamie, a nie w latach 70-tych w „zacofanej” Warszawie – mnie by również nie ocalono, ponieważ nie jestem „normalna” i, co więcej, nie mam na to najmniejszych szans. A wszystko to, oczywiście, w imię poprawy „jakości życia ludzkiego”…
