Życie o obniżonej wartości?

W katalogu moich licznych lęków nie ma (na szczęście!) tego jednego, który tak często towarzyszy przyszłym matkom: że moje dziecko będzie chore lub niepełnosprawne.

 

Naturalnie, chciałabym, żeby z maluszkiem było wszystko w porządku – ale, jeśli będzie inaczej, to…też żadna tragedia! Będę kochała je tak samo… I myślę, że P. też.

 

Bo, w przeciwieństwie do ideologów „aborcji z litości” („Lepiej zabić, niż miałaby się urodzić nieszczęśliwa kaleka!” – lepiej…dla kogo?), ja WIEM, że życie osoby niepełnosprawnej również może być pełne i szczęśliwe – pod warunkiem, że jest się kochanym.

 

I kto, do jasnej Anielki, może mi mówić, że moje życie jest „mniej warte” np. od życia hollywoodzkiej aktorki, zmagającej się ciągle z alkoholizmem, anoreksją czy narkomanią, albo od życia Michaela Jacksona, który kryje się przed światem, ponieważ twarz mu się rozłazi w szwach? No, i kto tu jest naprawdę nieszczęśliwy?

 

Już nawet nie wspominając o tym, że jeśli „społeczeństwa rozwinięte” będą nadal planowo eliminować spośród siebie osoby stare, chore lub niepełnosprawne, to ich strach przed nimi będzie coraz większy. Przecież wiadomo, że ludzie najbardziej boją się tego, czego nie znają…

 

We wnętrzu wielkiej ryby.

Długi weekend…Rodacy na wywczasach,  a cóż robi Alba?

Wstaje przed siódmą rano i daje pobudzać swoje ciało ruchem, wodą,  dotykiem i zimnym powietrzem.

Sanatorium. Chyba  jedno z ostatnich już miejsc na Ziemi, gdzie mówią o mnie „ta mała”, „to dziecko”, „ta dziewczynka.”  Bo wszyscy tu raczej w wieku postmenopauzalnym (i może dlatego w tutajszej aptece jest promocja na testy ciążowe – do każdego testu wafelek gratis! 🙂 Niezależnie więc od tego, co ktoś akurat uważa za negatywny wynik – po fakcie może się zawsze pokrzepić czekoladą…;))

Sanatorium jest ogromne. Jest to właściwie cały kompleks budynków, połączony w jeden wielki organizm skomplikowaną siecią łączników, wind, schodów i korytarzy.

I ja mam w tej plątaninie własną dziuplę (dosyć luksusową zresztą :)) – ale nie potrafiłabym, kiedy już tam jestem, umiejscowić siebie na planie szpitala. Jestem…gdzieś tam. W środku. W brzuchu wieloryba.

Kiedy wracam wieczorem do siebie, przechodzę przez ciemne, puste korytarze bloku zabiegowego (rehabilitacyjnego), które we dnie tętnią życiem – i jest mi bardzo smutno. Jakbym była zupełnie sama w tym wielkim budynku. A może nawet sama na świecie. Tym bardziej, że P. właśnie wyjechał na kilka dni do Niemiec.

Babcie (i dziadkowie!) spoglądają  na mnie z mieszaniną litości  („- Patrz pani, taka młoda, a już takie nieszczęście, takie nieszczęście! – Ano, cóż zrobić, droga pani!”) , zazdrości i podziwu. I uważają, że ja nie słyszę tych wszystkich szeptów za moimi plecami. Albo nie rozumiem.

Odwracam się na pięcie, uśmiecham się do nich:”Ależ ja jestem bardzo szczęśliwa, proszę pani!” Teraz oni nie słyszą. Albo nie rozumieją.

I jestem pewna, że w głębi duszy myślą sobie, że młodość jest chorobą, z której i ja w końcu wyrosnę… Tak, jak oni wyrośli.

Komputer, na którym piszę, stoi w holu, z którego budynek rozcapierza swoje macki na wszystkie strony – dlatego mijają mnie, stukającą teraz w klawisze, dziesiątki ludzi („Patrz, patrz, ta mała umie robić na komputerze!”:))

I właśnie minęła mnie nobliwa z pozoru para, która podsumowała organizowany tutaj koncert kultury żydowskiej jako, cytuję, „rozkrzewianie żydostwa.”

Podniosłam na chwilę oczy znad klawiatury – i o mały włos nie powiedziałam im, że również Ten, którego krzyż wisi tu w każdym korytarzu, był Żydem. W ostatniej chwili jednak ugryzłam się w język. Ach, to moje przeklęte dobre wychowanie… 😉

No, cóż, to Polska właśnie! Tyle, że w miniaturze.

Jak to jest być roślinką?

Krew się we mnie gotuje, kiedy przy okazji KAŻDEJ dyskusji na temat aborcji w naszym kraju zwolennicy przerywania ciąży podnoszą lament nad „ciężkim życiem osób niepełnosprawnych” (zwykle elegancko przez nich zwanych KALEKAMI).

 

Lamentują nad czymś, co ich nie dotyczy. I o czym zwykle nie mają zielonego pojęcia.

 

To prawda, że Bóg sprawia, że czasami trudno jest być mną. Że czasem chce mi się płakać, kiedy ktoś musi wiązać mi sznurowadła – jest to jedna z tych PROSTYCH rzeczy, których zrobienie jedną ręką niekiedy graniczy z cudem – albo kiedy muszę stale uzgadniać swoje plany z zamierzeniami innych ludzi. Złoszczę się, kiedy stopnie lub krawężniki są zbyt wysokie, abym mogła je przekroczyć, a wanny – bym mogła bezpiecznie do nich wejść. Przerażają mnie ruchliwe ulice i ruchome schody.

 

A jednak, kiedy jesteś osobą niepełnosprawną, masz więcej okazji, aby przekraczać granice własnych możliwości. Bo masz tych granic znacznie więcej.

 

I wierzcie mi, że moje życie też bywa bardzo piękne, pełne i szczęśliwe. Jestem młoda, wykształcona i zakochana. Na jakiej podstawie KTOŚ ma mi mówić, że moje życie jest „gorszej jakości” niż kogokolwiek innego?

 

I jeszcze coś: jeżeli „nowoczesne społeczeństwa” będą tak usilnie eliminować wszystkich niepełnosprawnych, to ich strach przed nimi będzie coraz większy. Przecież wiadomo, że ludzie zawsze najbardziej boją się tego, czego nie znają…

 

POSTSCRIPTUM: Mój profesor od najdawniejszej historii ludzkości opowiadał nam kiedyś, jak archeolodzy odnaleźli w jednej z jaskiń szkielet człowieka, który dożył sędziwego wieku, chociaż najprawdopodobniej nigdy nie chodził. Karmiono go i troskliwie pielęgnowano, mimo że czasy wówczas na pewno były ciężkie. Czyżbyśmy zatem teraz byli mniej ludzcy od naszych jaskiniowych przodków?