Niepewne granice.

Powiem szczerze, że rozróżnienie Katechizmu Kościoła Katolickiego pomiędzy „zaprzestaniem terapii uporczywej” a „eutanazją” zawsze wydawało mi się słuszne i wystarczające. Czym innym jest bowiem wstrzyknięcie nieprzytomnemu pacjentowi trucizny (aktywna eutanazja czy tam „zabójstwo z litości”) niż odłączenie tego samego pacjenta od respiratora, jeśli wiadomo, że bez niego już nigdy samodzielnie oddychać nie będzie (zakończenie terapii).

Niestety, rozwój współczesnych technik medycznych sprawił, że nie jest to już takie proste. Na przykład w głośnej ostatnio sprawie 37-letniej Włoszki Eulany Englaro, znajdującej się od 17 lat w stanie śpiączki po poważnym wypadku samochodowym, która ma wkrótce zostać odłączona od odżywiania pozaustrojowego.

Zwolennicy eutanazji mówią tu o „prawie do godnej śmierci” (choć mam pewne wątpliwości, czy rzeczywiście powolne zagłodzenie nieprzytomnej kobiety może być uznane za „godne”), przeciwnicy – o „zabójstwie.” („A jak inaczej zdefiniować decyzję o tym, by nie dawać komuś jeść?” – pytał bp Javier Lozano Barragan)

A ja się zastanawiam, czy czasem żywienie przez lata przez sondę nie podpada pod pojęcie „terapii uporczywej” której można byłoby po prostu „zaprzestać”? I…nie wiem!

Sytuację komplikuje jeszcze fakt, że eutanazji domaga się ojciec ciężko chorej kobiety, który twierdzi – choć nie ma na to żadnych dowodów – że „taka właśnie byłaby wola jego córki.” Czy zatem nie mamy tu raczej do czynienia z „zabójstwem z litości” – tj. takim przypadkiem, kiedy to INNI są przekonani, że dla kogoś „byłoby lepiej”, gdyby już umarł?

I tak sobie myślę, czy nie byłoby najlepiej, gdybyśmy sami podpisywali stosowne oświadczenia („testamenty życia”) dotyczące tego, co chcemy, aby z nami zrobiono w podobnej sytuacji? Ucięłoby to przynajmniej wszelkie spekulacje typu: „co by powiedział, gdyby mógł mówić?”

Por. też: „Co naprawdę myślę o EUTANAZJI?”

„Czcij ojca swego…”

Problem tzw. „oddawania rodziców do domów starców” musi budzić zrozumiałe kontrowersje, zwłaszcza ostatnio, po tych wszystkich przerażających obrazach z „domów niespokojnej starości” – tym bardziej, że w naszym konsumpcyjnie nastawionym świecie coraz bardziej liczy się tylko piękno (fizyczne), siła i sprawność. Starość zaś, jako wybitnie”nieestetyczną”, najchętniej usunęlibyśmy z pola widzenia, powierzając ją zręcznym, ale nieczułym”fachowcom”. Nie zdziwiłabym się więc, gdyby za jakiś czas pokolenie obecnych 40-latków „dobrowolnie” poddawało się eutanazji, w obawie, że w starości nikt się nimi nie zajmie.Nastąpiło tu zatem naruszenie prostej „umowy międzypokoleniowej”, która mówi, że powinniśmy opiekować się naszymi rodzicami, ponieważ oni opiekowali się nami, gdy byliśmy dziećmi (i to właśnie, między innymi, oznacza hebrajskie słowo „czcij”, użyte w przykazaniu – opiekę i troskę na starość – a nie tylko jakiś abstrakcyjny „szacunek.” Pismo Święte mówi o tym dosłownie:
„Synu, wspomagaj swego ojca w starości,
nie zasmucaj go w jego życiu.
A jeśliby nawet rozum stracił, miej wyrozumiałość,
nie pogardzaj nim, choć jesteś w pełni sił.”
<Syr 3, 12-13>).

Niektórzy twierdzą nawet, że tzw. „domy starców” są zemstą naszych dzieci za…żłobki.

Oczywiście, zgadzam się, że mogą zaistnieć jakieś szczególne sytuacje, kiedy to oddanie dziecka lub matki do jakiegoś zakładu jest konieczne (np. poważna choroba i niemożność zapewnienia właściwej opieki w domu) – ale i wtedy nie powinniśmy tego traktować w kategoriach oddania mebla do przechowalni czy też pieska do schroniska. Nic i nikt nie zwalnia nas od okazywania naszym bliskim miłości i zainteresowania. Strasznie smutne są te babcie w „domach pogodnej (!) starości”, których latami całymi nikt nie odwiedza.
I proszę mi tu nie mówić: „A co tam taka babcia z demencją rozumie!” – bo udowodniono, że nawet noworodki potrzebują kontaktu z innymi istotami ludzkimi…