Z notesika tłumaczki.

Jeśli zauważyliście, że ostatnimi czasy rzadziej się tu pojawiam, to dlatego, że mam wiele zleceń. I Bogu niech będą dzięki! Bo jest to taki specyficzny zawód, w którym niekiedy można „spać na pieniądzach”, a innym razem – miesiącami nie mieć z tego ani grosza. 

Wśród tłumaczy krąży nawet powiedzonko, że tłumacz to jest w zasadzie taki bezrobotny, tyle że… z umową o pracę!:)

Jak pewnie wszystkim wiadomo, patronem tłumaczy jest św. Hieronim. (Ten to miał dobrze – zaszył się na wiele lat w pustelni, żeby w spokoju przełożyć Biblię – kto z nas może dziś sobie pozwolić na taki luksus?:)) No, i z pewnością Hieronim nie miał dzieci, które by waliły w drzwi z okrzykiem: „Mamo! Mamoooo!”, właśnie wtedy, gdy masz pilną pracę…:)). Ale „moim skromnym zdaniem” powinien nim być raczej „Sanctus Terminus” (ora pro nobis!:)) – święty TERMIN. Bo w tym fachu, wiadomo: termin rzecz święta!:) 

Ale choć praca to nieraz trudna i żmudna (dlatego najchętniej robię przekłady nocą, gdy nikt mi nie przeszkadza), to jednak bardzo ją lubię. Ma bowiem w sobie coś z odkrywania tajemnicy, odczytywania tego, co zakryte przed oczyma większości. A kiedy jeszcze tłumaczę – co ostatnio często mi się zdarza – jakiś tekst historyczny, to mam dodatkowo poczucie, że „przywracam głos” ludziom z dawno minionych epok.

Mój mistrz, prof. Aleksander Krawczuk, kiedyś powiedział, że „języki to są szyfry, w których nie słowa zamienione są na słowa, tylko SENS na SENS.”

Mozolnie więc staram się ten sens wydobywać, jest to zatem praca twórcza, a nie tylko – jak wielu sądzi – odtwórcza (dlatego przekłady dokonane przez dwie różne osoby zazwyczaj mniej lub bardziej się różnią – a najwyraźniej widać to na przykładzie literatury pięknej. Szekspira np. najbardziej lubię „opowiedzianego” słowami Stanisława Barańczaka, a znów XVIII-wiecznego poetę Williama Blake’a – w przekładzie mojej Nauczycielki, Jolanty Kozak.:))

Rodzi to oczywiście zaraz pytania o zgodność tłumaczenia z oryginałem. Rzymianie, na przykład mieli takie zgrabne porzekadło:”Traductores – traditores.”, co można by przełożyć jako: „Wszyscy tłumacze to kłamcy!” (dosł. „zdrajcy.”):)

Sądzę jednak, że prawda jest nieco bardziej złożona. Tłumacz, często jako jedyny, ma możliwość znalezienia łagodniejszych słów – i przez to „osłodzenia” adresatom gorzkiej prawdy, albo nawet złagodzenia ewentualnego sporu. 

Przyznaję bez wstydu, że niejednokrotnie w mojej pracy korzystałam z tego uprawnienia. Nie ja jedna zresztą.

Niedawno świat obiegła na przykład anegdotka o tym, jak to Margaret Thatcher po długich namowach zgodziła się spotkać z przywódcą Francuskiej Partii Komunistycznej (czy też komunistycznych związków zawodowych) – i na samym wstępie wypaliła: „Nienawidzę komunistów!”

Przytomny tłumacz pomyślał chwilę i powiedział: „Pani premier chciała powiedzieć, że nie zawsze w pełni zgadzała się z poglądami Karola Marksa.” :)

Postscriptum: Tłumacze to, ogólnie rzecz biorąc, ludek wesoły i żartów „zawodowych” krąży wśród nich bez liku. Z pewnością znacie takie smakowite „kwiatki”  jak:

„Thank you from the mountain!” – „Dziękuję z góry!”

„A village killed by desks.” – „Wioska zabita dechami.”

 „I tower you”-„Wierzę ci!”, czy nawet (moje ulubione!:)) „Universal pregnancy law.” – „Prawo powszechnego ciążenia.” ;)

Sama jednak nigdy nie zapomnę, jak w początkach swojej translatorskiej przygody (bo „kariera” to za dużo powiedziane:)) przełożyłam „quattuor grossos Pragensis” – co powinno brzmieć: „cztery grosze praskie” – jako… „czterech grubasów z Pragi”.

Nie śmiej się, dziadku, z cudzego przypadku… :)

 BREAKING NEWS: Pragniemy poinformować wszystkich stałych (i niestałych:)) Czytelników tego bloga, że ubytek przegrody międzykomorowej – zwany potocznie „dziurką w sercu” – naszej córki Anieli zarasta się zgodnie z planem (a wbrew wszelkim przewidywaniom:)). Gdybym tylko mogła, odtańczyłabym teraz taniec radości z nią w ramionach. Bo jest tylko jedna radość większa od posiadania dziecka „w ogóle” – jest to, proszę Państwa, radość posiadania dziecka, które wraca do zdrowia.

Bienvenue dans ma réalité!

Pewna Czytelniczka (która, broń Boże, „nie ma nic przeciwko mnie”;)) napisała mi tu niedawno, że „muszę być w centrum uwagi, inaczej usycham.”

Jak widać, nie umarłam.:)  Żyję i walczę o przetrwanie w świecie odległym od tej wirtualnej rzeczywistości o całe lata świetlne.

Jestem obecnie (mam nadzieję, że tylko chwilowo) „jedyną żywicielką rodziny” – bo, jak wiadomo, mamy kryzys i nikt jakoś nie potrzebuje rozlicznych talentów mojego ukochanego Męża (ale być może i to jest nieodłączną częścią szczęścia posiadania go…) – i często mówię, że tłumaczka ma sporo wspólnego z prostytutką: obydwie muszą liczyć na klientów… 🙁

A propos: ostatnio odezwał się do mnie jeden z moich, powiedzmy, dawnych internetowych znajomych, z propozycją tzw. „bezinteresownej pomocy.”

I…nie odmówiłam, choć mam poważne i uzasadnione wątpliwości, czy dla tego akurat człowieka słowo „bezinteresowność” oznacza to samo, co dla mnie.

Wiem, że sama mogę się obejść bez wielu przedmiotów (mimo że mój „książkowy nałóg” wręcz boleśnie domaga się zaspokojenia – i mam tylko nadzieję, że to nienasycone pragnienie posiadania zawsze „jeszcze tylko kilku” książek nigdy nie popchnie mnie do robienia rzeczy, których potem musiałabym się wstydzić…:( ) – jednak tam, gdzie chodzi o potrzeby mojego synka, nie potrafię już być taka zasadnicza. Mam tylko nadzieję, że nie przyjdzie mi za tę nieoczekiwaną pomoc zapłacić samą sobą. 🙁 Ot, życie.

 

Cena wyzwolenia…

Zewsząd dziś słychać krzyk: „Kobieta nie jest rzeczą!” A, że się tak przekornie zapytam, mężczyzna JEST „rzeczą”? 😉

 

I dlaczego dla niego – co mój mąż robi z poświęceniem i zaangażowaniem, ponieważ ja jestem niepełnosprawna – opieka nad dzieckiem to ma być „odkrywanie radości ojcostwa” (niech się facet cieszy, żeśmy go w ogóle do dziecka dopuściły – bo przecież każda wyzwolona kobieta wie, że dziecko to NASZA i tylko nasza sprawa! A „im” nic do tego! Nie wiedziałam, czy się śmiać czy płakać, kiedy na rozprawie rozwodowej pewna pani sędzina powiedziała ojcu, że nie ma prawa wychowywać własnego dziecka, ponieważ go nie urodził! Facet w takiej sytuacji ma dwa wyjścia: 1) nie rozwodzić się albo 2) zmienić płeć – bo dopóki jest mężczyzną, jest „winny” z samej definicji – zresztą wiadomo, że najlepszym związkiem na świecie jest związek jednopłciowy: czytałam nawet o pewnej pani socjolog, lesbijce, którą spotkały szykany w jej własnym środowisku, ponieważ „ośmieliła się” opublikować raport o przemocy wśród par homoseksualnych) – a dla kobiety zawsze i tylko i wyłącznie, „zamknięcie w czterech ścianach” , a w ogóle niewolnictwo i ucisk patriarchalny?

 

Jeśli chodzi o różnice kulturowe, to tu rzeczywiście JEST realny problem – tym niemniej (pod wyraźnym wpływem Zachodu) także kobiety ze Wschodu zaczynają podnosić głowy i coraz głośniej upominać się o swoje prawa i godność.

 

Ale czy możemy z czystym sumieniem powiedzieć, że my, z całym naszym wyzwoleniem i prawem do wyboru, jesteśmy nieustająco SZCZĘŚLIWE i zadowolone z życia? Czy raczej nie jest trochę tak, że te wszystkie prawa nakładają na nas także ODPOWIEDZIALNOŚĆ (zupełnie przy tym zdejmując ją z mężczyzn , bo przecież „ona sobie świetnie beze mnie ze wszystkim poradzi!”) oraz obowiązki, którym nie zawsze jesteśmy w stanie sprostać? Gdyby tak nie było, czy byłoby wśród nas tyle kobiet wiecznie zabieganych, znerwicowanych, uzależnionych od leków i alkoholu?

 

Proszę nie robić ze mnie „mizoginistki” i przeciwniczki emancypacji, ale sama jestem córką „bizneswoman” z czasów, gdy w Polsce jeszcze mało kto znał to słowo – i jestem przekonana, że (tak jak wszystko na tym świecie) także nasza wolność ma swoją cenę.

 

Postscriptum: Jeden z moich przyjaciół prosił mnie niedawno, bym napisała coś tutaj o problemie „kobiet samotnie wychowujących dzieci” – więc doklejam w tym miejscu, bo temat wydaje mi się pokrewny.

 

Świadczy to na pewno o niedojrzałości kobiety, gdy nie wie, że wychowuje dziecko nie dla siebie – przecież nawet Biblia mówi, że aby chłopiec mógł stać się mężczyzną musi najpierw „opuścić ojca i matkę” – nie tylko w dosłownym sensie. Czasami takie „nadopiekuńcze” postawy przejawiają też matki samotnie wychowujące dzieci, które całą swoją miłość przelały na te dzieci właśnie.

 

Kto wie, może to jest późna konsekwencja postawy typu: „chcę mieć dziecko, ale bez faceta!”?

 

Tymczasem ci sami psychologowie, którzy jeszcze do niedawna wychwalali pod niebiosa zalety wychowywania dziecka w „wolnym od agresji” kobiecym otoczeniu, zaczynają się z tego wycofywać rakiem i doradzają samotnym matkom nie zaniedbywać bliskich relacji z mężczyznami (choćby z przyjaciółmi albo dziadkami dziecka) – a przynajmniej ich nie demonizować – oraz pamiętać, że nawet najlepszy „pojedynczy rodzic” nie jest w stanie przekazać dziecku wzorców obydwu płci… No, patrzcie państwo – kto by pomyślał! 🙂

 

A mnie się to tak jakoś skojarzyło z oglądanym ostatnio odcinkiem serialu „South Park.”

 

Kobieta samotnie wychowująca synka rozpieściła go tak bardzo, że trzeba było zawezwać „fachowca” – niestety, nawet najsłynniejsze „supernianie” w kraju nie dawały sobie z nim rady. W końcu zdesperowana matka zwróciła się o pomoc do faceta, który zawodowo zajmował się… układaniem psów. 🙂 Jego „niekonwencjonalne metody wychowawcze” zaczęły wreszcie przynosić efekty, a sterroryzowana kobieta odżyła, mając nadzieję na trwały związek z przystojnym instruktorem. Niestety, ten potraktował całą sprawę jedynie profesjonalnie i po zakończeniu „zadania” wrócił do siebie. A osamotniona kobieta znowu zaczęła rozpieszczać syna… Ano, właśnie.