Z mojej półki.

Jest to rzecz ogólnie znana, że ludzie w rozmaity sposób radzą sobie ze swoimi problemami. Jedni rzucają się w wir pracy, inni piją alkohol, oddają się rozrywkom lub szukają ukojenia w relacjach z bliskimi ludźmi, w modlitwie czy zgoła w seksie.

Nie inaczej jest i ze mną. Jako abstynentka bez bicia przyznaję się do tego, że „kompulsywnie” kupuję i czytam książki, szukając w nich już to prostej rozrywki i ucieczki od niełatwej rzeczywistości, już to informacji na interesujący mnie temat (wiele z nich zamieszczam później na blogu) albo wreszcie konkretnych rozwiązań własnych problemów.

I tak na przykład, przyznać muszę, że bardzo podniosła mnie na duchu informacja znaleziona w książce Andrei Tornielllego „Franciszek – biografia papieża” (wyd. JEDNOŚĆ, Kielce 2013) że przyszły papież – a był pierwszym z pięciorga dzieci swoich rodziców – miał zaledwie 13 miesięcy (a więc mniej, niż moja Aniela), kiedy przyszedł na świat jego młodszy brat.

Dziadkowie, chcąc ulżyć młodej matce w opiece nad dwójką maluchów, zabierali małego Jorge na całe dnie do siebie – a przyprowadzali do domu dopiero wieczorem. Wychodzi więc na to, że nie tylko dla mnie („egoistki”) zbyt wczesne kolejne narodziny stanowią pewien problem natury… hmmm… logistycznej. Bardzo to pokrzepiająca świadomość, zwłaszcza że (o ile mi wiadomo) matka obecnego papieża nie była osobą niepełnosprawną – zaczęła mieć poważne kłopoty zdrowotne dopiero po ostatnim porodzie.

Duże wrażenie wywarła też na mnie inna biografia, Grigorija Rasputina – autorstwa jego córki, Matriony. („Rasputin. Dlaczego? Wspomnienia córki.”, wyd. Bauer Weltbild Media [KDC – Klub dla Ciebie] Warszawa 2008).

Oczywiście, na hasło „Rasputin” wielu z Was pewnie wzdrygnie się z obrzydzeniem (i oskarży mnie znowu o „propagowanie niemoralności”), mając w pamięci ową „czarną legendę”, spopularyzowaną przez popkulturę i obecną i obecną nawet w piosence zespołu Boney M, gdzie został on wręcz wprost nazwany „love machine of the Russian queen” – aczkolwiek dowody historyczne na romans Grigorija z carycą są bardziej, niż wątłe.

Oczywiście, przy lekturze warto zawsze pamiętać, że kochająca córka zapewne starała się wybielić ojca, jak tylko mogła, pokazując nam o wiele bardziej skomplikowany obraz prostego człowieka, co prawda targanego od czasu do czasu różnymi namiętnościami – ale też szczerze żałującego za swe grzechy (dobrego prawosławnego, poszukującego całe życie Boga i prawdy. W kontekście zaś tegorocznej, setnej rocznicy wybuchu I wony światowej, i tego, że temu niezwykłemu „chłopu z Pokrowskoje” zarzuca się często zgubny wpływ na politykę ostatniego cara Rosji, warto może wspomnieć, że według słów córki Rasputin stanowczo odradzał Mikołajowi II przystąpienie do tej wojny, przewidując, że przyniesie ona krajowi tylko „morze krwi.”

Jak wiadomo, w kilka lat później jego słowa sprawdziły się w całej rozciągłości….

Warto też przytoczyć inny znamienny fragment wspomnień Matriony Rasputin:

” Na początku XX wieku Petersburg stosowniej byłoby nazywać nie Nową Wenecją, a Nową Sodomą. (…) Wieczorami po Newskim Prospekcie przechadzały się nieprzebrane tłumy wesołych dziewczynek. Policja padała z nóg, pilnując porządku w niezliczonych domach uciechy. Panienki do nich – w tym również dziesięciolatki, cieszące się niebagatelnym popytem – sprowadzano z Azji, Ameryki Południowej i Afryki.

Wielbiciele filmów porno splunęliby rumieńcem na widok pokazów, jakimi cieszyli oko bywalcy ówczesnych zamkniętych klubów dla arystokracji.

Jedyną granicą, jaką sobie stawiali, była granica ich własnej wyobraźni. Do najbardziej popularnych widowisk tego rodzaju należały sceny, przedstawiające najrozmaitsze warianty współżycia płciowego – od pedofilii po zoofilię.

Warto przy tym zauważyć, że członkowie stołecznych klubów za nic w świecie nie przyznaliby się, że toną rozpuście. To, co działo się na ich oczach, uważali za swego rodzaju rozrywkę estetyczną, wierząc, że – przynajmniej jeśli o nich chodzi – obserwować to nie to samo, co uczestniczyć.”

A do tego wszystkiego jeszcze wszechobecne seanse spirytystyczne, podejrzane „Towarzystwo Teozoficzne” Heleny Bławatskiej i całe tabuny różnych mniemanych proroków, oszustów i rzezimieszków….

Do takiej właśnie stolicy trafił młody Grisza Rasputin, obdarzony osobliwym darem leczenia siłą sugestii, który niebawem miał zostać okrzyknięty „najbardziej znienawidzonym człowiekiem w Rosji.”

I po przeczytaniu tego wszystkiego śmiem twierdzić, że nie był on wcale bardziej zepsuty od tych, którzy go oskarżali – a niektórzy z jego zabójców, jak książę Jusupow, to typy doprawdy odrażające. Ale przekonajcie się sami!

Niezmiennie interesują mnie też zagadnienia związane z historią idei i historią Kościoła.

Jeśli więc chcecie dowiedzieć się, jak (i na co) w przeszłości umierali papieże, i jak wybierano ich następców, przeczytajcie świetnie udokumentowaną książkę autorstwa Johna-Petera Phama „Następcy świętego Piotra. Kulisy śmierci i wyborów papieży”(Wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2005). A jeśli interesuje Was,, jak to NAPRAWDĘ było na przykład z Galileuszem, Giordano Bruno, papieżycą Joanną – i wieloma innymi jeszcze „wstydliwie skrywanymi tajemnicami”, polecam Wam książkę niemieckiego historyka Michaela Hesemanna „Ciemne postacie w historii Kościoła. Mity. Kłamstwa. Legendy.”((Wydawnictwo M, Kraków 2013). Przeczytajcie, bo warto! Naprawdę – tylko PRAWDAjest ciekawa!:)

Na tym tle sporym rozczarowaniem okazała się natomiast książka Benjamina Wikera„Dziesięć książek, które każdy konserwatysta musi znać – oraz cztery nie do pomięcia i jedna uzurpatorska. „ (Wyd. FRONDA Warszawa 2013). Nie zachwyciła mnie ona pomimo rzetelnego omówienia dzieł takich autorów jak C. S. Lewis czy  J. R.R Tolkien – niezmiennie za to nadal polecam część pierwszą -, „Dziesięć książek, które zepsuły świat.” (wyd. FRONDA Warszawa 2012). No, cóż – widocznie w autorze dopiero walka z ideami, z którymi się nie zgadza (a nie obrona własnych) wyzwala prawdziwą pasję polemiczną i lekkie pióro…

I na zakończenie trzy powieści – bo przecież są wakacje i trochę rozrywki też Wam się ode mnie przyda.

Pierwsza z nich,  ”Na zawsze wygnańcy”, autorstwa Fiorelii de Maria (Wyd. PROMIC, Warszawa 2013), którą pochłonęłam w ciągu zaledwie jednej nocy, to zjawisko doprawdy wyjątkowe na rynku szeroko pojętej „książki katolickiej.”

Z pozoru ta historia młodziutkiej dziewczyny, Maltanki porwanej przez piratów i odsprzedanej muzułmańskim handlarzom niewolników, wygląda na typową powieść z gatunku przygodowych.  A jednak w swej głębszej warstwie jest to opowieść o dramatycznych wyborach nietuzinkowej bohaterki (zdradzę tylko, że Warda została przez przybranego ojca wyedukowana na… lekarkę!), która często szczerze pragnąc dobra, wywołuje wielkie zło – albo odwrotnie…

W tej powieści prawie nic nie jest jednoznaczne, czarno-białe (wypisz-wymaluj – tak, jak w moim życiu…).

Wielbicielom, a zwłaszcza wielbicielkom, powieści osnutych na wątkach biblijnych szczerze polecam  natomiast książkę Francine Rivers, autorki międzynarodowych bestsellerów z kręgu tzw. „literatury chrześcijańskiej” (choć, co prawda, według mnie literatura dzieli się wyłącznie na „dobrą” lub „złą” – i ta jest zdecydowanie DOBRA), m.in.. znakomitego „Dziecka pokuty” (niech Was nie odstrasza tytuł:)), , traktującego o problemie gwałtu i aborcji.

„Tamar”  (Wyd. AETOS Wrocław 2013) natomiast to oparta dość luźno na motywach biblijnych opowieść o jednej z kobiet, których imiona znajdują się w rodowodzie Chrystusa. Książka stanowi pierwszą część cyklu –  Rodowód ŁASKI – i jakiś czas temu miałam niewątpliwe szczęście wygrać ją w pewnym konkursie radiowym…. 🙂

Z pewnym wahaniem natomiast polecam Wam cykl pióra Melvina R. Starra o perypetiach  średniowiecznego chirurga i detektywa-amatora Hugh z Singelton (w serii nakładem wydawnictwa PROMIC ukazały się np. „Niespokojne kości” i „W cieniu kaplicy.”).

Mimo że zawsze lubiłam opowieści w klimacie „Imienia róży” i przygody różnego typu „detektywów w sutannie” (poczynając od księdza Browna, a na Ojcu Mateuszu kończąc:)) – to jednak tym razem styl tych książek wydaje mi się nieco przyciężki, a sympatia, okazywana angielskim „heretykom”, w rodzaju Johna Wycliffe’a  nieco zbyt ostentacyjna.

Zdecydowanie bardziej podobały mi się „Kroniki braciszka Cadfaela” Elllis Peters (aczkolwiek też przede wszystkich chodzi o pierwszych siedem tomów – może to zresztą zasługa bardziej udanego tłumaczenia na język polski) – o których tu już kiedyś pisałam.

Ale przeczytać zawsze  można.  No, i…. miłych wakacji Wam wszystkim życzę!

Kim jest arcybiskup Henryk Hoser?

Szczerze powiedziawszy, początkowo chciałam napisać zupełnie inny post. Miało być coś o tym, że żyjemy w dziwnym świecie, gdzie minister rządu może – jeśli ma taki kaprys – napisać thriller erotyczny, lub (jeśli ma taką fantazję) po godzinach paradować w damskich ciuszkach (to ostatnie, jak sądzę, byłoby nawet entuzjastycznie przyjęte w pewnych kręgach:)) – ale, jeśli zdarzy mu się w tymże wolnym czasie przeprowadzić wywiad z nielubianym przez media arcybiskupem – o, to już zewsząd padają gromkie zapytania o „możliwy konflikt interesów”, a niektórzy koledzy partyjni obwinionego wyrażają zdziwienie, że „taki człowiek jest wśród nas.”

„Taki człowiek”, podkreślmy, do którego NIKT nie ma żadnych zarzutów – poza jednym – że ów jest praktykującym katolikiem.

Zastanawiałam się zresztą, na czym miałby polegać ów hipotetyczny „konflikt interesów”? Czyżby wiceminister Królikowski – bo to o nim mowa – (nad) używał swego stanowiska lub środków z ministerstwa po to, by promować swoją religijną książkę? Nie? O co więc chodzi? Czy może o to, że nieukrywający się ze swoimi wyrazistymi przekonaniami polityk nie może/nie powinien sprawować w Polsce funkcji publicznych? (No, chyba, że akurat nazywa się na przykład Wanda Nowicka…:))

Ale potem przyszło mi do głowy, że – jak to niestety często u nas bywa – wszyscy dyskutują (zazwyczaj krytykując) o książce, której prawie nikt jeszcze nie przeczytał.

Zaczęłam się też zastanawiać, jaki właściwie jest ten hierarcha, którego niektóre media kreują wręcz na „pierwszego wroga postępu w polskim Kościele” – niemal na równi z o. Rydzykiem i kilkoma innymi.

Poprosiłam więc P., żeby (w ramach prezentu urodzinowego) kupił mi tę książkę – dla mnie ma to za każdym razem taką wartość, jakby był to pierścionek z brylantem (pierścionków nie noszę:)). Kupił. Przeczytałam.

I zdziwiłam się, bo obraz biskupa, jaki wyziera z tej książki, w wielu punktach różni się od tego wykreowanego przez media. Ot, choćby wtedy, gdy mówi o przemocy domowej:

„Musimy być czujni, dalecy od obojętności, bo chore małżeństwo bardzo często wymaga pomocy z zewnątrz. Pozostawanie obojętnym, skazywanie ludzi na tę prywatną tragedię tworzy pewnego rodzaju przyzwolenie – tragedia trwa za ścianą, a my nie reagujemy. A nie reagując, przyzwalamy, czyli przyczyniamy się do bezkarności i trwania spirali zła.”

Oczywiście, nie twierdzę, że ze wszystkim, co arcybiskup powiedział w tym wywiadzie, w zupełności się zgadzam – ba, są nawet kwestie, co do których mam całkowicie odmienne poglądy. (Na moje szczęście, w Kościele katolickim NIE MA dogmatu o nieomylności biskupów, tak więc nic mi za to nie grozi…:)). Niemniej jednak, uważam, że warto tę książkę przeczytać.

Choćby po to, by przekonać się naocznie, że nie taki ten Hoser straszny, jak go malują…:)

Na zdjęciu: Przyszły biskup podczas studiów medycznych. Ten syn znanej, warszawskiej rodziny ogrodników (o przedsiębiorstwie braci Hoserów wspomina nawet Bolesław Prus w „Lalce”) zanim trafił do seminarium, został lekarzem. Prawda, że przystojny był z niego chłopak?:)

PRZECZYTAJCIE SAMI: Bóg jest większy. Rozmawiają abp Henryk Franciszek Hoser SAC i Michał Królikowski. Wyd. APOSTOLICUM, Ząbki 2013.

Zakochany prorok.

Jak wielu młodych chrześcijan na świecie byłam kiedyś zauroczona książką „Prorok”, Kahlila Gibrana (1884-1931) pochodzącego z Libanu maronickiego pisarza i malarza, który żył i tworzył w Stanach Zjednoczonych.

Z tym większym zainteresowaniem sięgnęłam więc po korespondencję Gibrana z jego wieloletnią przyjaciółką, Mary Elisabeth Haskell – w wyborze i opracowaniu Paula Coelho.

I tym większe, muszę przyznać, było moje rozczarowanie. Może zresztą to wina Coelho, który, jak sam przyznaje, „aby oddać ducha tej korespondencji” opracował tekst w wolnym tłumaczeniu, „starając się być wierny nie tyle słowom, ile myśli Gibrana.”

Niewykluczone więc, że autor Alchemika nałożył miejscami na tę myśl filtr własnych przekonań, np. na temat Boga – wyraźnie panteistycznych, w duchu New Age, co w żaden sposób nie wynika z lektury Proroka.

Wracając jednak do samego romansu. Mary Haskell była o kilka lat starsza od Gibrana, urodziła się w 1873 roku w Karolinie Południowej, a w wieku trzydziestu lat przeniosła się do Bostonu (gdzie poznał ją Kahil), aby przejąć tam kierowanie szkołą dla dziewcząt, założoną przez jej siostrę.

Dość szybko się jej oświadczył, ale ta zamożna dama (która zresztą finansowała prace swojego przyjaciela) odrzuciła propozycję małżeństwa z biednym cudzoziemcem, obawiając się mezaliansu.

I na tym właściwie można by rzecz zakończyć, gdyby nie to, że od tej właśnie chwili zaczyna się ich osobliwa korespondencja, licząca na przestrzeni kilkudziesięciu lat około 600 listów, będących zapisem ni to platonicznej miłości (wydaje się, że nigdy nie przekroczyli granicy namiętnego pocałunku, choć młody malarz zachwycał się jej ciałem, a oboje zgodnie twierdzili, że w ludzkiej nagości nie ma nic zdrożnego) ni to czysto intelektualnej przyjaźni. Odniosłam przy tym wrażenie, że ta relacja od początku znaczyła o wiele więcej dla niego, niż dla niej. (Sam wyznaje w jednym z listów: „Pragnę Cię bardziej, niż Ty mnie.”) Oboje zresztą w końcu związali się z innymi osobami, a ich korespondencja stawała się coraz mniej intensywna.

Udało mi się wprawdzie znaleźć w tych listach kilka prawdziwych perełek, jak choćby:

„Nikt nie wie dokładnie, gdzie przebiega granica między bólem i rozkoszą, a im więcej o tym myślę, tym bardziej zdaję sobie sprawę, że niepodobna ich rozdzielić. Obdarzasz mnie radością tak wielką, że aż cierpię – i przysparzasz mi tyle cierpienia, że się raduję.”

To, jak mi się zdaje, całkiem niezła odpowiedź także dla tych wszystkich, którzy mnie co jakiś czas pytają, czy jestem w moim związku szczęśliwa.:) Jeden z moich spowiedników podobnie mawiał, że często te same rzeczy, które sprawiają, że jesteśmy szczęśliwi, sprawiają też, że jesteśmy dosyć smutni.

Kahlil też zresztą dodaje w innym liście: „Choć w ciągu tych lat umarłem wiele razy, moje blizny się zagoiły, a w moim sercu nie ma goryczy.”  Ano, właśnie.

„”Pragniemy dawać, ale bywa, że nikt nie chce przyjąć naszego daru. Miłość jest tym, za czym najbardziej tęsknimy i co najbardziej chcielibyśmy ofiarować. Nikt nie dostrzega, że miłość jest nieustannie dawana i odrzucana.”

Otóż to. Iluż to ja sama znałam ludzi, ze wszech miar godnych miłości, których jednak nikt nie chciał pokochać…

Albo: „Małżeństwo nie daje nikomu prawa, aby uczynił z drugiej osoby niewolnika, ale jednocześnie małżonkowie są od siebie w pewnym stopniu zależni. Dobrze jest brać tylko tyle, ile potrafimy ofiarować.”; „Bez marzeń związek małżeński może się stać jedynie ciągiem obiadów i kolacji, spożywanych w zaciszu domowej kuchni.” :)

„Różnica pomiędzy prorokiem a poetą polega na tym, że ten pierwszy żyje tak, jak naucza. Z poetą jest inaczej. Może pisać wspaniałe wiersze miłosne, żyjąc bez miłości. Gdy jednak pogodzi się z myślą, że nie jest kochany, z czasem staje się kimś, kogo ludzie kochają.”

A to z kolei mogłaby być świetna myśl przewodnia do tekstu o celibacie. Sama znałam wielu takich kapłanów – kochanych przez wszystkich.

Wszystko to jednak jest bardzo mało – ogólnie rzecz biorąc, ten dziwny „związek-nie-związek” wydał mi się po pewnym czasie nieco pretensjonalny i nużący.

Sam pisarz musiał zresztą zdawać sobie sprawę z dziwaczności sytuacji (opartej głównie na niedopowiedzeniach i półsłówkach, zupełnie, jakby oboje próbowali jednocześnie „zjeść ciastko – i mieć je nadal!”), skoro napisał w pewnym momencie:

„Godzimy się, żeby ominęło nas coś, co jest najbardziej naturalne pod słońcem. Jesteśmy zdrowymi, normalnymi ludźmi. Ty pragniesz przyjmować, a ja dawać i przez to cała ta sytuacja staje się jeszcze bardziej absurdalna.”

Nie wiem, czy to kwestia specyficznej ówczesnej obyczajowości (jakże odmiennej od naszej) czy może raczej tego, że każda taka próba zaglądania za zasłonę prywatności lubianego autora zawsze skończyć się musi nieuchronnym rozczarowaniem.

Z pewną ulgą więc powracam do strof Gibrana (tak pięknie przyswojonych polszczyźnie przez Ernesta Brylla), który tak oto pisał w Proroku o miłości:

„Gdy miłość Cię wzywa, idź za jej głosem,

chociaż jej drogi trudne są i strome.

A gdy obejmie cię skrzydłami – ulegnij,

nawet gdyby miał cię zranić miecz w nich ukryty.

Gdy miłość mówi do ciebie, miej wiarę,

choćby ten głos miał rozbić twoje sny, jak wiatr północny,

co pustoszy ogrody.”

A o małżeństwie:

„Kochajcie się wzajem,

lecz nie przemieniajcie miłości w więzy niewoli.

Dotykajcie brzegów dusz waszych jako morze swobodne.

Puchary wzajemnie sobie napełniajcie, lecz z jednego pucharu nie pijcie.

Dzielcie się wzajem chlebem, ale nie pożywajcie jednej kromki…”

Zakochany-ProrokNa zdjęciu: Mary Haskell i Kahlil Gibran.

Przeczytajcie sami: Kahlil Gibran. Prorok. Listy Proroka. Wybór i adaptacja Paulo Coelho. Wyd. Drzewo Babel, Warszawa 2006. [Edycja limitowana dla Czytelniczek PANI, wyd. Bauer]