MOJE REKOLEKCJE: Świadectwo czy „antyświadectwo”?

Ostatnio nurtuje mnie duchowo problem, CZYM właściwie jest ten blog i jaką rolę spełnia? Czy jest tylko próbą samousprawiedliwienia się, publiczną spowiedzią „jawnogrzesznicy”? 

Czy miejscem, w którym mogę (nareszcie;)) przedstawiać swoje poglądy na różne tematy, nie będąc przy tym ograniczona żadnymi dogmatami i nakazami, poza tymi płynącymi z mojego własnego sumienia? (Jest to zresztą jedna z nielicznych dobrych stron mego nietypowego statusu w Kościele. Tak naprawdę zawsze chciałam móc mówić głośno to, co myślę – czasami jednak ta potrzeba duchowej niezależności stała w sprzeczności z całym moim wychowaniem. I z potrzebą bycia lubianą i akceptowaną przez wszystkich. :))
Jezus powiedział, że drzewo poznaje się po owocach – jakie więc są owoce tego, co tu wypisuję? Czy naprawdę pomagam ludziom czy przeciwnie – sieję zgorszenie? Wprowadzam tylko zamęt – czy jednak daję świadectwo?
Z nauczania papieskiego: „Świeccy mogą spełnić swoje zadanie tylko pod warunkiem, że zdołają przezwyciężyć rozdźwięk między Ewangelią a własnym życiem, nadając wszystkim swoim działaniom w rodzinie, w pracy i na polu społecznym spójność właściwą takiemu życiu, które czerpie natchnienie z Ewangelii i w niej znajduje siłę, aby w pełni się realizować.” (Adhortacja apostolska „Christifideles laici.”)
I obawiam się, że właśnie tego warunku moje życie nie może obecnie spełnić…
Z dzisiejszych czytań mszalnych: „[Jezus] jednak znając ich myśli, rzekł do nich: „Każde królestwo wewnętrznie skłócone pustoszeje i dom na dom się wali. Jeśli więc i szatan sam ze sobą jest skłócony, jakże się ostoi jego królestwo?Kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie; a kto nie zbiera ze Mną, rozprasza.” (Łk 11, 17-18.23)

(Wyjątki z tekstów papieskich cytuję za: Domowe rekolekcje z Janem Pawłem II, Wydawnictwo M, Kraków 2005).


MOJE DOMOWE REKOLEKCJE. Wiara „jawnogrzesznicy.”

Ponieważ jest bardzo mało prawdopodobne, aby udało nam się w tym roku odbyć „normalne” rekolekcje wielkopostne, postanowiłam zakupić pewną niewielką książeczkę z ułożonymi tematycznie fragmentami tekstów Jana Pawła II – i rozważać sobie codziennie jeden jej rozdział.


Następnie przyszło mi do głowy, że mogłabym się nimi dzielić z Wami tu na blogu – bo może komuś z Was te moje przemyślenia także przyniosą jakiś pożytek? Ci, których moje życie duchowe zupełnie nie obchodzi, proszeni są o pominięcie wyrozumiałym milczeniem tych „wielkopostnych” fragmentów bloga.

Dzień 1: WIARA

W co ja właściwie jeszcze wierzę? W co wierzę? I czy już dawno nie zrobiłam sobie z chrześcijaństwa rodzaju „duchowego supermarketu”, z którego wybieram sobie tylko to, „co mi się podoba” – beztrosko pomijając całą resztę?

I jak mogę być dla kogokolwiek „autorytetem w sprawach wiary”, jeśli nie wiem nawet, czy udało mi się zachować własną (mimo, że walczę o to z całych sił…)? Przecież wiadomo, że z próżnego to i Salomon nie naleje…

Z nauczania Jana Pawła II: „Trzeba ponownie odnaleźć i ukazać prawdziwe oblicze chrześcijańskiej wiary, która nie jest jedynie zbiorem tez wymagających przyjęcia (…). Jest natomiast poznaniem Chrystusa w wewnętrznym doświadczeniu, [jest] prawdą, którą trzeba ŻYĆ. (…) Istnieje zatem pilna potrzeba, by chrześcijanie ponownie odkryli nowość swej wiary oraz jej moc osądzania kultury, dominującej w ich środowisku.” (Encyklika Veritatis Splendor)

Szczerze mówiąc, jest to rzecz, z którą zawsze miałam pewien problem – bo nigdy nie wiem, gdzie leży ta delikatna granica pomiędzy uzasadnionym i słusznym OCENIANIEM ludzkich poglądów i postaw, z którymi się spotykam (bo przecież NIE JEST tak, że jako chrześcijanka mogę jedynie bez zastrzeżeń i z łagodnym uśmiechem na ustach zaakceptować wszystko, cokolwiek robią czy mówią inni ludzie…), a ich nieuprawnionym POTĘPIANIEM.

Z dzisiejszych czytań mszalnych: „[Jezus im odpowiedział]„Czy nigdy nie czytaliście w Piśmie: Właśnie ten kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła. Pan to sprawił, i jest cudem w naszych oczach.”(Mt 21,42).

I muszę się przyznać, że bardzo często czuję się właśnie w ten sposób – jak „bezużyteczny kamień”, który budowniczowie Kościoła ze wstrętem odłożyli na bok…

Tym bardziej więc za każde najmniejsze dobro, jakie Bóg chce mimo wszystko czynić przez moje ręce i moje słowa – Jemu niech będą dzięki!

(Wyjątki z tekstów papieskich cytuję za: Domowe rekolekcje z Janem Pawłem II, Wydawnictwo M, Kraków 2005).

Rozważania adwentowe…

Jak powiedział kiedyś ks. Oszajca – w Kościele największy jest ten, kto najbardziej KOCHA. Choć niektórych zwłaszcza noszenie sutanny skłania do myślenia o sobie jako o kimś wyjątkowym i wielkim – podczas, gdy wszyscy powinniśmy tak myśleć raczej o innych (a zwłaszcza o Bogu).

W związku z powyższym nurtuje mnie od pewnego czasu przeczytana na Onecie opinia pewnego latynoskiego hierarchy, który stwierdził z niewzruszoną pewnością, że „homoseksualiści i transseksualiści nie wejdą do Królestwa Bożego.” No, zgoda, może i grzeszyli (choć i Katechizm odróżnia przecież samą SKŁONNOŚĆ od CZYNÓW grzesznych – i chociaż nie bardzo rozumiem, czym mogli zgrzeszyć transseksualiści, jeśli dla wielu z nich sytuacja „bycia w niezgodzie z własnym ciałem” jest po prostu wielkim, osobistym cierpieniem) – ale któż z nas jest bez grzechu? A jeśli, dajmy na to, taki homoseksualista zdecyduje się umrzeć za wiarę w Chrystusa, to też nie będzie mu to policzone? Nie ma najmniejszych szans, by się „prześlizgnąć” przez tę ciasną bramę? Ani-ani?

 ***

A przy okazji ostatniego „polecenia” mojego bloga przez Onet dostałam – jak zwykle w takich razach – także kilka maili o treści zbliżonej do: „Dziękuję, że potrafisz tak być z Panem Bogiem za pan brat…” Odparłam na to, że to wcale nie ja jestem z Nim „za pan brat” (choć za czasów mojej młodości bywało inaczej…) tylko On, pomimo wszystko, nigdy nie przestał mnie kochać. Bóg jest wielką miłością – tego jednego jestem pewna. SŁYSZELIŚCIE kiedyś tę Ewangelię?”I przyszły do Jezusa wielkie tłumy mając z sobą chromych, ułomnych, [jak ja…] niewidomych, niemych i wielu innych, i położyli ich u nóg Jego, a On ich uzdrowił. ” (Mt 15,30) Słyszeliście to? Uzdrowił ich… Zgodnie z prawem mojego Kościoła nie mogę teraz przystępować do spowiedzi i komunii (choć co noc widzę to w moich snach…), ale zawsze mogę przecież „upaść do nóg Jezusa.” Tego mi nikt nie zabroni…A może Rabbi i mnie uzdrowi? Bo czy On będzie kogoś pytał, czy nie jest czasem transseksualistą, albo żoną byłego księdza? „I otrze Bóg łzę z każdego oblicza.” (Iz 25,8) Z każdego… A więc i z mojego też…


„Nędzni i biedni szukają wody…
a język ich wysechł już z pragnienia. 
Lecz Ja, Pan, wysłucham ich, 
nie opuszczę ich Ja, Bóg Izraela.
Każę wytrysnąć rwącym strumieniom 
na suchych, nagich wzgórzach 
i źródłom wód pośrodku nizin –
by pustynię zamienić w pojezierze…”

(por. Iz 41,17-18)