Matka mądrych.

Nadzieja (tak samo, jak wiara i miłość) nie jest ani „opium dla ludu”  ani ułudą, jest SIŁĄ. Dopiero ci, którzy utracili wszelką nadzieję, stracili naprawdę wszystko. Bo „dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą”.

Jak już dobrze wiecie, jestem niepełnosprawna, i w wieku 14 lat usłyszałam, że powinnam przestać się łudzić, bo prawdopodobnie nigdy już nie będę chodziła. Wtedy zrozumiałam, co znaczy „stracić wszelką nadzieję.” Ja nie straciłam – i dziś (chwiejnie, bo chwiejnie, ale zawsze:)) stoję na własnych nogach.

Zawsze chciałam mieć rodzinę, dziecko, męża, pracę – normalne, szczęśliwe życie – i wszyscy (nawet moja własna matka!) uważali, że jestem niepoprawną MARZYCIELKĄ. No, i proszę – wygrałam! Mam pracę, którą lubię, kochającego męża i pięknego, zdrowego syneczka. A wszystko to dzięki niezłomnej nadziei. W pięknej książce Stasi Eldredge „Urzekająca” przeczytałam kiedyś, że każda kobieta ma prawo stać się tym, czym zawsze marzyła, żeby być.  

Także Paulo Coelho kiedyś napisał, że jeśli czegoś bardzo pragniesz i uparcie do tego dążysz, to cały Wszechświat zaczyna Ci sprzyjać. Myślę, że problemem większości ludzi nie jest to, że marzymy zbyt dużo, tylko, że zbyt łatwo rezygnujemy z naszych ideałów, marzeń i planów…A przecież droga do szczęścia wiedzie od MARZEŃ i PLANÓW, poprzez ich konfrontację z RZECZYWISTOŚCIĄ i URZECZYWISTNIANIE…

A teraz ja…dziecko Kościoła bez Kościoła…marzę i mam nadzieję…że niezależnie od wszystkich burz i zawirowań kiedyś wszystko w moim życiu ułoży się tak, jak trzeba…i dopłynę do bezpiecznego portu…

Szczypta Dulskiej w każdym z nas.

Czy chcielibyście, aby prostytutka mieszkała z Wami przez ścianę i czasami (jak to między sąsiadami bywa) przychodziła pożyczyć cukier? Albo była, dajmy na to, przewodniczącą Rady Rodziców w szkole Waszego dziecka?;)

A mój znajomy, Tomasz Jaeschke, w swojej świetnej książce (którą wielokrotnie już miałam zaszczyt tu przywoływać) zatytułowanej (nomen omen!) „Nierządnice” pisał o „najstarszej profesji świata” m.in. tak:

„Sam św. Augustyn zagalopował się kiedyś i stwierdził, że prostytucja jest złem, ale złem poniekąd koniecznym. W rozprawie O porządku (12. rozdział II Księgi) napisał: „Jeśli wykorzenicie prostytucję, zniszczy was gwałtowność waszych namiętności.” Cokolwiek by powiedzieć, niezły dylemat dla uczciwego teologa. Złe, a jednak dobre…

Święty Hieronim, bądź co bądź wobec samego siebie bardzo surowy, okazał prostytutkom sporo zrozumienia. Jego definicja kobiety lekkich obyczajów trąci szczerą wyrozumiałością: „Nierządnica jest to kobieta, która oddaje się wielu mężczyznom w celu zaspokojenia ich namiętności.” (z Listu do Fabioli) (…) Prostytutki, te, o których się mówi, że pielęgnują najstarszy zawód świata, oddały bądź co bądź przysługę wielu „potrzebującym.”” (T. Jaeschke, Nierządnice. O moim kapłaństwie i moim Kościele, Katowice 2006, s.28,33).

No, cóż, mówi się, że żadna praca nie hańbi…choć co do tej akurat można by mieć wątpliwości…bo niby DLACZEGO normalna, sympatyczna, uczynna i miła kobieta oddaje swoje ciało mężczyznom jako coś w rodzaju…intymnej spluwaczki? Czy tylko dla pieniędzy, z życiowej konieczności? Czy dlatego, że to „łatwe” pieniądze? Znając historie życia wielu prostytutek jakoś nie bardzo w tę łatwość wierzę…

I nie wiem, czy one same nie czują się potem przez tę pracę jakoś zbrukane, splamione? Czy jeśli mają dzieci, to te dzieci wiedzą, czym mamusia się zajmuje? A jeśli któraś nie ma z tym problemu, „bo to praca, jak każda inna” – to czy naprawdę chciałaby, żeby jej dzieci zarabiały na życie w taki sam sposób? Strasznie dużo tych pytań – bez odpowiedzi.

Jednego jestem pewna: nigdy nie należy potępiać OSOBY, bez względu na to, czym się zajmuje. Nawet Jezus powiedział: „Celnicy i nierządnice wchodzą do Królestwa Niebieskiego przed prawymi i sprawiedliwymi.” (por. Mt 21,31) A że ludzie się na to czasem oburzają? No, cóż – to tylko kolejny dowód na to, że w naszym dzielnym narodzie duch pani Dulskiej jest wiecznie żywy…Pewien  mój znajomy ksiądz słusznie mawiał, że tylko gorszy się gorszy…

 

(Dziewczyna, którą tu widzicie, przez 20 lat była tancerką i striptizerką w nocnych klubach – a teraz nadal tańczy, wykonując tańce liturgiczne – czym bardzo zgorszyła moich „przyjaciół” z www.fronda.pl – skąd również pochodzi to zdjęcie. Najwidoczniej są oni przekonani, że „taka” kobieta, jeżeli naprawdę pragnie zmienić swoje życie, powinna nałożyć wór pokutny i włosiennicę i zaszyć się w pustelni…)

Kryzys blogowy?

Do niedawna trudno mi było zrozumieć rozterki moich przyjaciół, którzy zwierzali mi się z utraty wiary w sens własnego blogowania. Na ogół doradzałam im spokój i większy dystans emocjonalny. Sądziłam bowiem, że wystarczy, że się świadomie nie chciało nikogo zranić czy obrazić…

Teraz jednak sama poważnie się zastanawiam, czy nie powinnam „rzucić w diabły” tego całego pisania? Przecież cokolwiek bym nie napisała, to zawsze może się zdarzyć, że ktoś poczuje się tym głęboko urażony – choćbym nawet z całej duszy tego nie chciała… I po co mi to?! Lepiej mieć dwóch prawdziwych przyjaciół niż jednego „wroga”, choćby wirtualnego…

A może rzeczywiście jestem „pretensjonalną” osóbką, która uważa, że zawsze ma rację – i chciałaby wszystkim narzucić tę swoją „jedyną prawdę” choćby przemocą? Nigdy tak wprawdzie o sobie nie myślałam – ale może pora zacząć? Któż to może wiedzieć sam o sobie? To dopiero INNI są tym niezawodnym lustrem, w którym się przeglądamy…  

A jeszcze inna rzecz, że jako osoba niepełnosprawna, prawie całą swoją wiedzę o życiu i świecie czerpię z książek, których przeczytałam całe mnóstwo – i zastanawiam się, czy to na pewno dobrze, że prawie każde zdanie zaczynam od „gdzieś czytałam, że…”?

Czy to znaczy, że w tym, co piszę, nie ma nawet śladu żadnej własnej myśli, żadnych osobistych doświadczeń? Że nie umiem powiedzieć ani słowa  „od siebie”? A z drugiej strony, już starożytni Rzymianie mówili, że „czerpie wodę sitem, kto chce mądrym być bez książek”. No, więc jak to w końcu jest? Sama nie wiem… może powinnam trochę odpocząć… od bloga…i Wy ode mnie…