Katechizmowa rodzinka.

Niby już od paru ładnych lat mamy ten XXI wiek, ale w polskich podręcznikach szkolnych, szczególnie tych przeznaczonych dla najmłodszych, jakoś zupełnie tego nie widać.

 

Oto w wierszykach dla dzieci, na ilustracjach, w kolorowankach i ćwiczeniach wciąż widzimy tę samą Mamę, która sprząta, pierze i gotuje (a wolną ręką jeszcze kołysze najmłodsze dzieciątko!) – i Tatę, który w pocie czoła zarabia na dom, a po pracy siada w miękkim fotelu z gazetą w ręku, względnie myje (lub naprawia) samochód – a w najlepszym razie pakuje do niego całą rodzinę i zabiera ją “na wycieczkę za miasto.”

 

Na próżno by tam chyba szukać wzmianek o tym, że mężczyzna powinien dzielić z żoną domowe obowiązki, ponieważ ona na ogół też pracuje, a pytanie “kim jest Twoja mamusia?” wciąż wydaje się autorom tych książeczek mocno niepoprawne politycznie.

 

Żeby to było zupełnie jasne – NIE JESTEM feministką, a sam feminizm (zwłaszcza w jego skrajnych formach) uważam za groźną odmianę szowinizmu, o czym tu wielokrotnie już pisałam.

 

Niemniej jednak…wydaje mi się, że nawet z punktu widzenia mężczyzny bycie z kobietą o “kuchennej” umysłowości, której horyzonty ograniczają się do tradycyjnych “trzech K” musi być mało inspirujące…

 

Powiedzcie mi szczerze, panowie: czy taka perfekcyjna “żona ze Stepford” to to, czego naprawdę pragniecie? (Pytałam już o to mojego P., ale jakoś tak zręcznie uchylił się od odpowiedzi…;))

 

No, i potem nawet trudno się dziwić, kiedy taki znudzony swoim “ideałem” mąż zaczyna sobie szukać intelektualnej partnerki poza domem, np. w miejscu pracy. I często ją nawet znajduje…

 

(Pewna zaangażowana w katolicką działalność społeczną kobieta kiedyś zauważyła, że w modlitwie za kobiety mowa jest tylko o zakonnicach i matkach, jakby żadne inne kobiety w ogóle nie istniały! Ciekawe, prawda?)

 

Por. też: “KOBIETY – ostatnia szansa dla Kościoła?”, “Co naprawdę myślę o…FEMINISTKACH?”

 

Czy wielodzietność jest patologią?

Często się teraz słyszy, że mieć dziecko to głupota, nieodpowiedzialność, ciemnota i ogólnie – “wpadka.” A co dopiero, jeśli ma się tych dzieci…kilkoro?

 

Moi rodzice oboje pochodzą z wielodzietnych (ale nie patologicznych!) rodzin. Mój tata miał pięciu braci i dwie siostry, a moja mama – pięć sióstr i brata. I zawsze uważałam, że to wielka frajda mieć tyle cioć, wujków, sióstr i ciotecznych braci. Pamiętam z dzieciństwa te urokliwe Wigilie w domu mojej śp. Babci, kiedy to do stołu zasiadały co najmniej 24 dorosłe osoby – nie licząc całej gromady dzieciaków.

 

I wyobrażam sobie też, jakie upokorzenia przeżywała moja piękna i wykształcona Mama, kiedy jechała rodzić swoje TRZECIE (a nie dziesiąte!) dziecko i musiała wysłuchiwać niewybrednych komentarzy w rodzaju: “Te na tej wsi to takie ciemne są, że nie wiedzą, kiedy przestać rodzić!” Mam dwóch braci – i wcale nie uważam, żeby nas było za dużo!

 

Miałam także nauczycielkę od pdż-tu (przysposobienia do życia w rodzinie), która mówiła żartem o sobie, że jest antyreklamą swojego przedmiotu, miała bowiem ośmioro dzieci. Była to jednak jej zupełnie świadoma decyzja – ona i jej mąż zawsze pragnęli mieć liczną rodzinę. I co komu do tego?!

 

A ja się zastanawiam, dlaczego “wielodzietność” tak często, że już niemal automatycznie, kojarzy nam się z jakąś patologią? Czy “nowoczesna” rodzina w stylu “on, ona i piesek” nie jest w istocie bardziej “patologiczna”?