Tajemnica Lourdes.

Na wstępie raz jeszcze przypominam, że Kościół katolicki NIE NAKAZUJE swoim wiernym przyjmować za prawdę objawień prywatnych. Tak więc, jeżeli nawet ktoś nie wierzy, że Najświętsza Maryja Panna w roku 1858 ukazywała się kilkanaście razy 14-letniej Bernadetcie Soubirous w pewnej pirenejskiej grocie – nie popełnia herezji (ani nawet najmniejszego grzechu).

Nawiasem mówiąc, sądzę, że to właśnie osoby wierzące (a nie zdeklarowani ateiści) mają większą wolność w badaniu tego typu zjawisk nadprzyrodzonych – a to po prostu dlatego, że ich wiara NIE ZALEŻY od nich.  Wierzący na ogół wiedzą, że fałszywe cuda się zdarzają, tak więc nic strasznego się nie stanie, jeśli dowiedzie się tego w jakimś kolejnym przypadku. Inaczej niewierzący – gdyby przyznali, że coś podobnego jest przynajmniej możliwe, mogłoby to (w niektórych przypadkach) zachwiać samą podstawą ich światopoglądu, zgodnie z którą pewne rzeczy po prostu „nie mogą” mieć miejsca. Nie mogą – i już.

Ja jednak, po przeanalizowaniu całej sprawy, mam podstawy przypuszczać, że nastolatka mówiła prawdę – i rzeczywiście „coś” -lub raczej „Kogoś” -widziała.

Często sugerowano np. że mała pasterka odegrała komedię, namówiona do tego czy to przez biednych rodziców (liczących na możliwość łatwego wzbogacenia się przy tej okazji) czy też przez miejscowy kler, jak zawsze węszący duży zysk (albo – bardziej szlachetnie: pragnący w ten sposób rozpropagować wśród ludu nowy dogmat o niepokalanym poczęciu, ogłoszony przez papieża Piusa IX zaledwie cztery lata wcześniej).

Obydwie te hipotezy są jednak bardzo trudne do utrzymania, przede wszystkim dlatego, że małżonkowie Soubirous, zbiedniali młynarze, po trosze zastraszeni przez władze (które ze swej strony czyniły wszystko – i z pełną, dodajmy, aprobatą hierarchii kościelnej – aby powstrzymać szerzenie się tego „ludowego zabobonu”)  posuwali się nawet do przemocy fizycznej, byleby tylko uniemożliwić swojej „krnąbrnej” córce chodzenie do groty. A mieli się czego bać, ponieważ komisarz policji zagroził ojcu rodziny powrotem do więzienia (dokąd Francois Soubirous trafił już wcześniej za kradzież – z nędzy – dwóch worków mąki), a córce – zamknięciem w domu dla obłąkanych…

W kontekście rodziny Bernadetty warto jeszcze dodać, że nikt z jej bliskich nie wzbogacił się na jej objawieniach – po części i dlatego, że wizjonerka wykazywała w tej kwestii rzadką u siebie surowość, nie tylko odmawiając przyjmowania czegokolwiek dla siebie (nawet jabłka czy różańca, który zapragnął jej ofiarować pewien zauroczony nią monsignore)- ale i zabraniać tego całej rodzinie. Choć znając ich opłakaną sytuację materialną, nikt by przecież nie mógł mieć im tego za złe. Znana jest nawet opowieść, jak to wizjonerka spoliczkowała swego małego braciszka (mimo że poza tym bardzo lubiła dzieci!), gdy ten z dumą pokazał jej drobny pieniążek, który jacyś państwo dali mu za wskazanie drogi do miejsca objawień. Naturalnie, rozgniewana starsza siostra nakazała malcowi natychmiast odszukać owych państwa i pieniądze im zwrócić…

A gdyby to wszystko miało być tylko intrygą, ukutą przez księży, czy nie byłoby bardziej właściwe, by do jej realizacji wybrać panienkę z „lepszej” rodziny, niż nie cieszący się najlepszą sławą Soubirous, którzy bynajmniej nie należeli do kręgów bliskich parafii? Żadnej nadzwyczajnej dewocji. Chodzą do kościoła, jak wszyscy – i tyle. A ich córka-analfabetka nie zna nawet katechizmu?

W rzeczy samej, księża, którzy rzekomo mieli być „organizatorami spisku” w Lourdes, traktują tę małą niezwykle surowo, na ogół po prostu ją przepędzając, jak uprzykrzoną muchę – jeśli już nie przesłuchiwali jej na wszystkie możliwe sposoby – podobnie jak władze świeckie – często uciekając się do podstępnych pytań ( „Najświętsza Panienka była mężatką, powinna więc była mieć obrączkę na palcu. Widziałaś, czy ją miała?- zapyta ją np.. pewien biskup. Haczyk tkwił w tym, że w czasach Chrystusa nie było zwyczaju noszenia ślubnych obrączek. Gdyby więc ta mała stwierdziła, że Postać miała takową na palcu, można by ją łatwo przyłapać na kłamstwie) i straszenia piekłem. Proboszcz parafii – którego Bernadetta, rzekome „narzędzie spisku klechów”, pozna zresztą dopiero przy tej okazji – razu pewnego powie jej nawet, że niepodobna, by Tą, która jej się ukazuje, była Najświętsza Maryja Panna, ponieważ gdyby to była Ona, to przemawiałaby do niej w jakimś „godniejszym” języku (na przykład po łacinie lub hebrajsku – a przynajmniej po francusku…) a nie w jej pospolitym narzeczu…

Innym znów razem, gdy Bernadetta przebiegnie na plebanię, by oznajmić, że „Ta Tam” (Aqero, jak Ją z uporem nazywa, odmawiając uznania, że widzi Matkę Chrystusa, mimo że wszyscy jej to sugerują – doprawdy, dziwne to zachowanie u kogoś, kto miałby wszystko sobie wymyślić…) chce, aby wystawić kaplicę w miejscu objawień – przywita ją jedynie drwiący śmiech zgromadzonych przy stole duchownych: „Taaak… A ty nam dasz na to pieniądze?”

Twierdzę stanowczo, że osoba o tak „miernej” wyobraźni (co potwierdzają wszystkie świadectwa: pewien artysta, który przyjechał spotkać się z Bernadettą, zanotował ze smutkiem „dla tej dziewczyny wyobraźnia nie ma żadnego znaczenia!”), marnym wykształceniu i przeciętnej inteligencji, po prostu nie byłaby w stanie wymyślić tak skomplikowanych wizji, jakich doświadczyła – tym bardziej, że w dużej mierze odbiegały one właśnie od utartych „gustów religijnych” ówczesnej epoki. Dość powiedzieć, że nawet ta doskonale znana wszystkim katolikom ( i nie tylko!) na świecie rzeźba „Madonny z Lourdes” (białej, przepasanej błękitną szarfą majestatycznej postaci z marmuru) nie tylko w żaden sposób nie odpowiada widzeniom Bernadetty, ale wręcz w wielu punkach stanowi ich… całkowite przeciwieństwo! Tak dalece „niewłaściwe” wydawało się artyście (polskiego pochodzenia zresztą) wszystko, co mówiła o Zjawionej młoda wizjonerka. Nawet w oficjalnych dokumentach Kościoła, uznających prawdziwość objawień, znajdziemy już tylko wzmiankę o „Pani” z Lourdes, zamiast wzruszającego „petito Damiselo” – Małej Panienki – Bernadetty. No, bo jakże to tak? Przyznać, że  Ta, którą Kościół czci jako Królową i Matkę, mogła być „drobna jak dziewczynka” (Bernadetta mówiła: „była mojego wzrostu” – a wiadomo, że liczyła sobie zaledwie około 140 centymetrów).  Co znamienne, bardzo chwalona przez duchowieństwo i wiernych świeckich rzeźba Fabischa ma ponad 170 centymetrów… I jak można (mój Boże!) bodaj przypuścić, że ta Królowa Niebios będzie się w pewnych momentach objawień śmiała głośno i beztrosko jak dziecko?

No, nie! Tego już było doprawdy za wiele jak na XIX-wieczną, raczej surową duchowość…

A wreszcie – cóż to za dziwny kulminacyjny punkt objawień, kiedy 25 marca 1858 roku tajemnicza Postać wyjawia (oczywiście w dialekcie) swoje „imię” i mówi: „JA JESTEM NIEPOKALANE POCZĘCIE!’ Gdyby miała to być rzeczywiście kwestia podsunięta Bernadetcie przez kler (w celu „rozpropagowania” wśród ludu nowego dogmatu), to czy ze względów duszpasterskich  nie należałoby raczej powiedzieć: „Ja jestem tą, która została niepokalanie poczęta” albo jeszcze lepiej: „Ja jestem tą, która została poczęta bez grzechu”? Ale jak można twierdzić,. że się „jest” swoim własnym poczęciem? Wydaje się niemożliwe, by Bernadetta mogła sama wymyślić coś takiego – tym bardziej, że nie jest tajemnicą, jak wielkie problemy dogmat ten stwarza jeszcze do dziś wielu ludziom, także katolikom. Wiele osób, nawet uważających się za intelektualistów, jest wciąż święcie przekonanych, że chodzi tu raczej o poczęcie Jezusa bez udziału mężczyzny niż o ogłoszoną w ten sposób absolutną bezgrzeszność Jego Matki (co, powtórzę raz jeszcze, nie ma żadnego związku z Jej życiem seksualnym!!!!). Po cóż więc księża mieliby dodatkowo jeszcze „komplikować” to, co i tak już jest skomplikowane – i co rzekomo w ten sposób chcieli „przybliżyć” prostemu ludowi?

 

Naturalnie, tak wtedy jak i teraz, nigdy nie brakowało i takich, którzy – nie wątpiąc w absolutną szczerość tej dziewczyny, wbrew wszelkim szykanom władz świeckich i kościelnych powtarzającej z uporem swoje: „Widziałam coś, co wyglądało jak mała Panienka….” – skłonni byli przypisać to wszystko „halucynacji” czy wręcz chorobie psychicznej „niedożywionej nastolatki.” Albo przynajmniej „histerii”, ulubionemu dziecku psychiatrii tej dziwnie zresztą antykobiecej epoki (bo przypomnę, owa przypadłość miała dotykać prawie wyłącznie kobiety, istoty którym macica rzekomo  „rzuca się na mózg”.  Chciałabym wiedzieć, czy ktokolwiek zbadał, ile kobiet zostało okaleczonych w owych czasach „triumfu nauki”, gdy zaburzenia psychiczne usiłowano leczyć m.in. przez radykalną histerotomię?). Tak wtedy, jak i dzisiaj nie brakło przecież i takich, którzy (jak Dawkins czy Hitchens) radzi by WSZELKIE przeżycia i doświadczenia religijne jednym ruchem ręki przesunąć do działu z napisem „psychopatologia”.

I dla tych jednak Bernadetta, z jej iście „chłopskim”, praktycznym podejściem do życia i brakiem skłonności do jakiejkolwiek egzaltacji (skądinąd częstej u dorastających panienek: już po zakończeniu objawień, w lipcu 1858 roku, w Lourdes i jego okolicach wybuchła istna „epidemia wizjonerek”, od małych dziewczynek po dorosłe kobiety, twierdzących, że ukazuje im się a to Maryja, a to św. Józef, a to sam Jezus Chrystus….) musiała się okazać nie lada wyzwaniem. Jak to pisał kpiąco jeden z jej zagorzałych obrońców (wcześniej nihilista): „Doprawdy, dziwna to histeryczka, która będąc nią przez krótki czas objawień, nie była nią ani przedtem, ani potem!”

A jakby tego było mało, posiadamy również świadectwa wielu lekarzy, którzy badając wizjonerkę (czasami na wyraźne polecenie władz, które chętnie by zakończyły całą sprawę, zamykając dziewczynę w stosownym zakładzie) nie stwierdzili u niej jakichkolwiek odchyleń od normy psychicznej, poza, co sama przyznawała, dość słabą pamięcią i brakiem zdolności do nauki. Co więcej, miejscowy biskup rzucił „wyzwanie” jednemu z profesorów paryskiej Sorbony, który nawet nie widząc Soubirous, jedynie na podstawie dostępnych „opisów przypadku” twierdził z całą mocą, że mamy do czynienia z osobą niezrównoważoną. ” Może Pan -pisał ów biskup Tarbes, na którego terenie leży Lourdes – przybyć tutaj i spotkać się osobiście z siostrą Marie Bernard, przebywającą w klasztorze w Nevers. Aby zaś nie było wątpliwości co do jej tożsamości, poproszę Pana Prokuratora Republiki, aby ją panu przedstawił. Następnie będzie Pan mógł pozostać tu i badać ją przez czas tak długi, jaki uzna Pan za stosowne. Moja diecezja będzie zaszczycona, mogąc Pana gościć.”

Co ciekawe, owo „wyzwanie” nigdy nie zostało podjęte – zupełnie, jakby to nie Kościół bał się faktów, które przy tej okazji mogłyby wyjść na jaw (zresztą, cóż w tym mogło być groźnego? Czyż w historii Kościoła nie było nigdy fałszywych mistyków – oszustów lub zwykłych szaleńców?:)) – lecz jak gdyby to ten uczony obawiał się, że mógłby na miejscu odkryć coś, co podważyłoby jego z góry powzięte przekonanie…

 

Więcej na ten temat pisze Vittorio Messori w książce: „Tajemnica Lourdes. Czy Bernadetta nas oszukała?”

 

Lourdes

A to jest rewelacyjna Katia Miran w najnowszym filmie o tych wydarzeniach, wyświetlanym u nas pod tytułem: „Bernadetta. Cud w Lourdes.”

Biografia świętego – czy CZŁOWIEKA?

„Obywatele!(…) Państwo nie jest miejscem, gdzie prezentuje się jakiekolwiek idee! Na ścianach urzędów, szpitali i szkół nie wypisujemy swoich poglądów. Dlaczego więc wiszą tam krzyże? Dlaczego państwo nie zachowuje powściągliwości, bezstronności i sprawiedliwości w tym zakresie? Dlaczego nie traktuje wszystkich obywateli, wierzących i niewierzących, tak samo? Dlaczego zastrasza nas, ateistów, trupem wiszącym na krucyfiksie? Dlaczego straszy nim szkolną dziatwę? Apeluję zatem do wszystkich polityków, urzędników i lekarzy: zdejmijcie krzyże ze ścian.  I podkreślam, to nie jest atak na chrześcijaństwo, ale wezwanie, byśmy traktowali wszystkich równo i sprawiedliwie. Nie pozwólmy naśmiewać się z prawa!”

Nie, to nie jest kolejny cytat z bloga Armanda Ryfińskiego, ani innego działacza Ruchu Palikota – lecz fragment biografii bł. Bartolo (Bartolomeo) Longo (1841-1926), włoskiego adwokata, który w młodości był zawziętym antyklerykałem, następnie spirytystą, a wreszcie – „kapłanem” pewnej sekty satanistycznej.

(Co zresztą dowodzi, jak bardzo jałowym intelektualnie ruchem musi być wojujący antyklerykalizm – skoro przez ponad 100 lat zestaw argumentów nic a nic się nie zmienił…:))

Po nawróceniu na chrześcijaństwo natomiast został „apostołem różańca”, ogromnym wysiłkiem zbudował w Dolinie Pompejańskiej kościół, który obecnie jest uważany za „główne sanktuarium różańcowe na świecie” (i podlega bezpośrednio papieżowi) – oraz podejmował wiele dzieł charytatywnych i oświatowych wobec ubogich mieszkańców Doliny.

Trzeba przyznać, że postać to wcale intrygująca – niestety, nie można tego powiedzieć o jego wydanej po polsku biografii (hagiografii?) „Od kapłana szatana do apostoła różańca.” (Wyd. ROSEMARIA 2012).

Zacytowany fragment należy do najciekawszych – potem jest już tylko gorzej.

Opisy życia błogosławionego po jego nawróceniu są momentami wręcz nieznośnie sztampowe i cukierkowe – wydzielają tzw. przykry smrodek dydaktyczny.

Jak wówczas, gdy autor zapewnia, że Bartolo po swoim ślubie z pewną pobożną hrabiną – zawartym zresztą tylko z tej racji, by uniknąć plotek o ich gorącym romansie – żył (jakże by inaczej!) w przykładnym „białym małżeństwie” i to do tego stopnia, że ich łóżka rozdzielały kotary, a do swojej połowicy zwracał się oficjalnie per „hrabino.”

I mam szczerą nadzieję, że kiedy w 1980 roku Jan Paweł II dał Bartolo za wzór do naśladowania dla współczesnych wiernych świeckich, mimo wszystko nie miał na myśli akurat tego aspektu jego życia.

Obawiam się, że kogoś, kto by się zafascynował jego postacią i chciał za jego przykładem zwrócić się ku chrześcijaństwu, taki przykład „wzorowego życia małżeńskiego” mógłby raczej odstraszyć… :)

I tak sobie myślę, że święci i błogosławieni są często zbyt ciekawymi ludźmi, by im fundować tak kiepskie biografie…

A to jest bohater mojego posta we własnej osobie – prawda, że interesujący?:)

Święta „last minute.”

Profesor Janusz Tazbir, jeden z moich „mistrzów” w zakresie historii Kościoła, kiedyś napisał, że aż do XX wieku osoby duchowne (głównie zakonnice i zakonnicy) stanowią ponad 80 procent wszystkich wyniesionych na ołtarze. Jeszcze dalej w owej „klerykalizacji świętości” poszedł Kościół prawosławny, gdzie duchowni to ponad 90 procent ogółu świętych. Wynikało to po części z przeświadczenia, że ideał chrześcijański jest tak wymagający, że praktycznie niemożliwy do zrealizowania w „normalnym” życiu; zwłaszcza (o zgrozo!:)) w małżeństwie, gdzie z natury rzeczy uprawia się seks. (Stąd w przeszłości pomysły w rodzaju „dziewiczych małżeństw”, które dziś o. Knotz nazywa „antymałżeńskimi.”)

Tak na dobrą sprawę zaczęło to się zmieniać dopiero za pontyfikatu Jana Pawła II, który przedstawił światu jako wzór do naśladowania bardzo wielu świeckich.

Tym bardziej więc należy się cieszyć z nowych, niekonwencjonalnych „modeli” świętości, takich jak choćby (jedna z moich ulubionych) – Joanna (Gianna) Beretta- Molla (1922-1962). Ta piękna Włoszka (patrz: zdjęcie poniżej po lewej stronie) nie tylko urodziła czwórkę dzieci (jej najmłodsza córka, ta, za którą zdecydowała się oddać życie, Gianna Emmanuela, jest także lekarzem), ale i zrobiła specjalizację z chirurgii i pediatrii, prowadząc dobrze prosperującą praktykę. Kochała muzykę, taniec, teatr – a zimą chętnie szusowała na nartach.

Nie stroniła również od biżuterii i makijażu – szczegół to godny podkreślenia, jako że przecież przez wieki całe różnej maści moraliści grzmieli, że jedynie „ladacznice” poświęcają czas na upiększanie swego „grzesznego ciała.” :) Niezbyt też przystają do stereotypowego wizerunku „ascetycznej świętej” takie na przykład wyznania z listów do męża:

„Najdroższy Piotrze! Chciałabym naprawdę uczynić Cię szczęśliwym i być taką, jakiej pragniesz (…) Nie powiedziałam Ci jeszcze, że zawsze byłam stworzeniem spragnionym miłości i ogromnie wrażliwym.”

„Jestem taka szczęśliwa, że mogę się Tobą choć trochę nacieszyć, że chciałabym aby czas się zatrzymał, kiedy jestem z Tobą…”

Wiedząc, że tak bardzo lubisz otrzymywać moje bazgroły, przesyłam Ci tych kilka linijek, aby powtórzyć Ci jeszcze raz, że jestem szczęśliwa

Mój najdroższy Piotrze! Wiedząc, że tak bardzo lubisz otrzymywać moje bazgroły, przesyłam Ci tych kilka linijek, aby powtórzyć Ci jeszcze raz, że jestem szczęśliwa…

Jest dziewiąta. Godzina, o której zazwyczaj przychodzi mój drogi Piotr. Ale tego wieczoru nic z tego… jest wtorek! Powiesz mi, że jestem zbyt zachłanna i trochę przesadzam, ale im więcej przebywam z Tobą, tym bardziej tego pragnę.”

„Jeśli sprawi Ci to przyjemność, pomyśl, że podczas następnej podróży będę już przy Tobie i będę Ci mówiła wiele, wiele razy, aż Cię zmęczę, że jesteś całym moim życiem…

Dużo, dużo pocałunków od Twojego [synka] Pierluigi i od rozmiłowanej w Tobie

Gianny.”

Jej mąż, do którego adresowane były te wszystkie słowa gorącej miłości, stwierdził kiedyś, że chyba każdy mężczyzna marzy o takiej kobiecie. I że nigdy nie przypuszczał, że żył obok „świętej”. Bo przecież jego „Joasia” była taka normalna i naturalna…

A biorąc pod uwagę, że i proces beatyfikacyjny inż. Piotra Molli (zmarłego w 2010 roku) podobno jest już w toku, być może doczekamy się (nareszcie!) w Kościele kanonizowanego małżeństwa, które do końca wspólnego życia cieszyło się także radością seksualności. Oby stało się to jak najszybciej…

A ta druga dama to patronka mojej córki, bł. Aniela Salawa (1882-1922), beatyfikowana także przez Jana Pawła II. Proszę nie brać tego za przejaw mojej niechęci do kleru, ale jakoś nie chciałam, by opiekunką Małej była jakaś siostra zakonna z odległych wieków. Aniela zaś była przez całe swe życie „kobietą pracującą”, która zmarła opiekując się chorymi żołnierzami – i pozostawiła bardzo ciekawy dziennik przeżyć duchowych, porównywany często do Dzienniczka s. Faustyny. Wybrałam zaś to jej (oryginalne) zdjęcie, bo wydaje mi się, że jej oficjalne „kościelne” wizerunki są zbyt przesłodzone – ukazują ją jako bezbarwną „szarą myszkę”, podczas gdy w rzeczywistości była to (wedle słów mojego Męża:)) – „kobita z charakterem.” :)