Tajemnica Anny.

„- Dla mnie dziwne jest także, że niektórzy ludzie, którzy określają się jako katolicy, dla definiowania płciowości człowieka używają argumentów prymitywnie biologicznych, żywcem przeniesionych ze Związku Radzieckiego połowy ubiegłego wieku. Zawsze wydawało mi się, że dla człowieka wierzącego w Boga prymat duszy nad ciałem jest oczywisty, a miłość i tolerancja jest zasadą. Jestem pewna i nie dlatego, że wierzę, ale po prostu dlatego, że – mówiąc to samo innymi słowami – wiem, iż psychika człowieka osadzona w jego ciele jest istotą człowieczeństwa każdej osoby, a godność człowieka i jego podmiotowość niezbywalna. Kobietą jest więc każda osoba, która czuje się kobietą. – powiedziała Anna Grodzka w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”.

A mnie dziwi, że pani poseł najwyraźniej nie wie, że przywoływany przez nią argument o rzekomym „prymacie duszy nad ciałem” wcale nie jest z gruntu chrześcijański, lecz ma rodowód antyczny i gnostycki. A jego przenikanie na grunt chrześcijaństwa doprowadziło w przeszłości do wielu nadużyć (które z pewnością by się jej nie spodobały!), jak np. deprecjonowanie ciała i ludzkiej płciowości właśnie.

Można też w tym widzieć echa poglądu Kartezjusza, który głosił, że człowiek to w zasadzie nic innego, jak tylko „myśl” uwięziona w maszynie. Chrześcijaństwo (i judaizm!) zasadniczo zawsze, przeciwnie, głosiło JEDNOŚĆ ciała i ducha. Choć, przyznaję, można i w Biblii znaleźć i takie niepokojące pod tym względem zdania jak: „Duch daje życie – ciało na nic się nie przyda.” (J 6,63)  Jest to jednak tylko dowód na owo przenikanie się wczesnego chrześcijaństwa z ówczesną filozofią, o którym pisałam powyżej.

Rozumiem, że zaburzenie tej naturalnej jedności, jakim niewątpliwie jest transseksualizm, może powodować u ludzi wiele cierpienia – i proszę, mi wierzyć, ROZUMIEM to cierpienie (sama nie jestem sobie w stanie nawet wyobrazić, że budzę się rano i nagle mam penisa – rozumiem zatem, dlaczego wśród osób dotkniętych transseksualizmem odsetek samobójstw jest aż tak wysoki: dla kogoś, kto psychicznie jest kobietą – czy mężczyzną – życie w ciele przeżywanym jako „obce” musi się jawić jako senny koszmar. Może to być także swego rodzaju problem teologiczny – czyżby Bóg się „pomylił”, dając tym ludziom „niewłaściwą” płeć?).

Pragnę też od razu zaznaczyć, że nie czuję do pani Anny żadnej niechęci, co więcej – żywię do niej niejaki szacunek odkąd dowiedziałam się, że celowo opóźniała zabieg „korekcyjny” po to, by zminimalizować negatywne skutki tej choroby dla swoich najbliższych. (Choć gdyby zdecydowała się wcześniej, efekt mógłby może być lepszy, niż jest obecnie – młodszy organizm z reguły lepiej reaguje na terapię hormonalną. Wczoraj wspólnie z P. oglądaliśmy „Wybory Miss Transseksualistek” z USA i proszę mi wierzyć, niektóre z nich w niczym nie przypominały „przebranych mężczyzn” – były to po prostu normalne, urodziwe dziewczyny).

A jednak jest to (chyba) bardziej choroba ducha, niż ciała (a to CIAŁO się właśnie okalecza, próbując przywrócić tym ludziom równowagę). Nawet pewien profesor biologii, wypowiadający się niedawno na łamach „Polityki” przyznał szczerze, że robimy tak, ponieważ NIE POTRAFIMY wyleczyć psychiki takiego człowieka.

Podobne ujęcie tożsamości człowieka jako tego, „co się czuje” (a nie tego, co fizycznie JEST) zaprezentowała wczoraj w TVN24 niezawodna p. prof. Środa.

Zgadzam się, że taki pogląd może być czasami użyteczny – np. do zwalczania rasizmu czy nacjonalizmu. Człowiek nie staje się Polakiem dlatego, że się nim urodził, tylko dlatego, że się za niego uważa.

Jeśli jednak zgodzimy się z tym, że to, co nazywamy „obiektywną rzeczywistością” w ogóle nie istnieje (to znów echa Kartezjusza, który za jedyną PEWNĄ rzecz uznał naszą MYŚL!) – to czemu nadal z uporem leczymy ludzi, którzy CZUJĄ SIĘ np. Napoleonem? Mimo, że uznanie ich wewnętrznej tożsamości z pewnością poprawiłoby ich samopoczucie?

Oglądałam też reportaż o człowieku, który znalazł chętnych lekarzy i z ich pomocą stopniowo upodabnia się do kota, którym się czuje. Któż z nas może zatem twierdzić, że NIE JEST kotem? Na jakiej podstawie?

No, i nie wiem, jak w duchu takiej skrajnie subiektywnej filozofii rozwikłać casus Anny Anderson (ur. ok. 1896, zm. 1984) – kobiety, którą uznano za chorą psychicznie i oszustkę, mimo że jej szaleństwo polegało głównie na tym, że do końca życia konsekwentnie powtarzała, że jest cudownie ocaloną najmłodszą córką cara Mikołaja II, Anastazją. (Dla porządku dodam, że w latach 50-tych w jednym ze szpitali w b. ZSRR żył też pacjent, którego rzekoma schizofrenia objawiała się jedynie tym, że twierdził, że jest bratem Anastazji, Aleksiejem – co ciekawe, badania wykazały, że człowiek ten mógł cierpieć na hemofilię, tak jak jego „pierwowzór.”)

Wiele bym dała za to, by wiedzieć, kim w rzeczywistości była „Anna”, ale koronnym dowodem przeciw niej były właśnie badania genetyczne, według pań Grodzkiej i Środy mające drugorzędne znaczenie dla określenia tożsamości człowieka. Czy zatem nie powinniśmy pośmiertnie uznać „Anny” za Anastazję, skoro takie (i to wbrew wszelkim szykanom!) było jej najgłębsze przekonanie?

Nie, nie, nie. Wydaje mi się, że tożsamość (i płciowość!) człowieka to oczywiście coś więcej, niż tylko ciało – ale i więcej, niż „naga dusza.” A może po prostu – jedno I drugie? Z naciskiem na „i.”

Zob. także: „Kobieta czy mężczyzna?”

Rzeczywistości (nie)równoległe?

Wydaje mi się, że zawsze (w Sieci czy poza nią) jesteśmy tacy sami – jesteśmy tym, kim jesteśmy… Byłam tą samą osobą, gdy wchodziłam na najostrzejsze seksstrony – i wtedy, gdy na innych stronach udzielałam głębokich (?) duchowych porad, i wtedy, gdy mój mąż – też  przecież „wyłowiony z Sieci” – pisał do mnie rzeczy, po których łzy płynęły mi na klawiaturę. Każda z tych osób to jakaś część mojej własnej duszy… 


Internet nie jest  jakimś „innym światem” – ale jest odbiciem tego, który jedynie posiadamy; lustrem, w którym się przeglądamy. I tak jak wszędzie, są tu świątynie i są śmietniki (i sądzę, że przez lata swoich przygód z Internetem zdążyłam już dość dobrze poznać i jedne i drugie…). Czasami łatwiej nam się tu „obnażyć” (ale i łatwiej kłamać) niż gdzie indziej, bo sądzimy, że chroni nas anonimowość.

Z drugiej strony, czasami chciałoby się wierzyć, że ten świat w wersji cyfrowej jest lepszy od tego po tej stronie ekranu, stąd tak wiele kobiet usuwa zmarszczki i ślady porodów ze swoich profili, a wszyscy mężczyźni nagle stają się umięśnieni, romantyczni i… nieżonaci. 😉 

Sama zauważyłam, że odkąd dotarłam do „happy endu” z moim księciem, staram się raczej nie pisać na blogu o tym, że często czuję się zdołowana jako żona i matka, bo moje dziecko uparcie NIE JEST tym złotowłosym aniołkiem z obrazka, a mój mąż, zamiast recytować mi Szekspira, niekiedy zwyczajnie domaga się kolacji. 🙂 Niech sobie ludzie myślą, że są na świecie małżeństwa, nad którymi nigdy nie zachodzi słońce…;) 


(Drogie panie – a tak z ręką na sercu:  Która z Was, tworząc własnego awatara na jakimś forum czy w serwisie społecznościowym, nie chciała stworzyć w istocie „lepszej”, atrakcyjniejszej wersji samej siebie?:))

W wirtualnej rzeczywistości wciągają mnie obecnie głównie blogi i fora (ale i tak komputer chodzi prawie non-stop, tym bardziej, że przy nim także pracuję…) – natomiast P. namiętnie grywa w gry sieciowe w rodzaju Traviana. I zastanawiam się czasami, czy już przekroczyliśmy tę cienką „granicę bezpieczeństwa”, poza którą znajduje się uzależnienie?

Ostatnio wstrząsnęła mną zwłaszcza historia tego koreańskiego małżeństwa, które „żyjąc” jedynie w Sieci zagłodziło swoją 3-miesięczną córeczkę na śmierć. Nigdy nie chciałabym, żeby nasz mały synek kiedyś zapragnął być… MONITOREM – żeby rodzice częściej na NIEGO patrzyli…


 


On, ona, ono?

W Szwecji rodzice pewnego dwulatka odmawiają komukolwiek informacji o jego płci. Dziecko nazwali Pop i zapewniają, że nie chcą go wciskać w „określone ramy”. Ich zdaniem, płeć to przeżytek.

„- Chcemy aby Pop dorastał(a) jako osoba bardziej wolna i od początku uniknął wciśnięcia w określone ramy płciowości – mówi matka. Jej zdaniem okrucieństwem jest sprowadzenie na ten świat dziecka z niebieskim bądź różowym stemplem na czole”.

A jak w praktyce wygląda codzienność Popa? Rodzice kupują mu różnokolorowe ubranka – zarówno spodnie jak i spódniczki, często zmieniają mu fryzurę. Pop, choć ma nieco ponad dwa lata, ma już pełną swobodę w doborze zarówno garderoby, jak i zabawek.

W wywiadzie dla dziennika”Svenska Dagbladet”24-letni rodzice przyznają, że ich decyzja zakorzeniona jest w“feministycznej ideologii mówiącej, że płeć jest wytworem społecznym”.

Ojciec i matka Popa zapowiadają, że nie ujawnią jego płci tak długa,jak tylko będą mogli uniknąć, ich zdaniem tendencyjnych i odgórnie  narzuconych, norm traktowania dziecka jako kobiety czy mężczyzny.

Rodzice twierdzą, że zdają sobie sprawę z biologicznej różnicy pomiędzy chłopcem i dziewczynką, ale nigdy nie odnoszą się do swojego dziecka ani w męskiej ani w żeńskiej formie. Nazywają je po prostu Pop.

– Wierzę, że tak ukształtowana samoświadomość i osobowość Popa pozostanie mu do końca życia – z dumą wyznaje matka.

Przyjaciele rodziny i sąsiedzi nie widzą problemu w decyzji rodziców, uważają to jedynie za ciekawy pomysł. Podobnego zdania jest zresztą tzw. „konsultantka do spraw płciowej równości” Kristina Henkel, którą cytuje gazeta „The Local”.

– Można tu mówić raczej o niestereotypowej płciowości, gdyż dziewczynka może robić to samo co chłopiec, a chłopiec to, co dziewczynka – mówi konsultantka, która uważa całą sprawę za „pozytywny eksperyment”.

Obecnie matka Popa spodziewa się drugiego dziecka i zapowiada, że będzie je wychowywała w ten sam sposób. – Wydaje mi się, że uczyni z tych dzieci silniejsze jednostki – mówi konsultantka Henkel.”

Źródło: AJ/Bibula.com/Thelocal.se/www.fronda.pl

Rozumiem zatem, że i mama Popa nie jest KOBIETĄ, a jego tata MĘŻCZYZNĄ?:) Jedno,to „człowiek który go urodził” a drugie „ten, który go spłodził”?Smutne… Ciekawe, jak to biedne, „bezpłciowe” stworzenie poradzi sobie w świecie, gdzie nie ma „ludzi” lecz są chłopcy i dziewczynki? Notabene, czy osoba ludzka nie ma przypadkiem prawa do podstawowej wiedzy o tym, kim jest?

A ta, pożal się Boże, „konsultantka ds. równości” (a swoją drogą, w dawnych, dobrych czasach ludzie mieli kierowników duchowych i/albo doradców finansowych – a teraz? No, cóż – jaka cywilizacja, tacy i „przewodnicy”!) zachwyca się „eksperymentem”, dokonywanym bądź co bądź na żywym człowieku… Jestem też przekonana, że szybko znajdą się całe tabuny naśladowców tej „pary odważnych prekursorów” (bo głupota podobno jest zaraźliwa).

Nawiasem mówiąc, Szwecja ma za sobą już kilka nieudanych i moralnie dwuznacznych „eksperymentów społecznych” , jak choćby ten z przymusową sterylizacją upośledzonych dzieci (co próbowano wdrażać w życie w latach 70-tych).

No, cóż, wszystko to w imię „postępu ludzkości”…

Postscriptum: Mój półtoraroczny synek nosi spodnie (a nie sukienki!), co zresztą wcale nie przeszkadza mu bawić się ciężarówką, a za chwilę tulić pluszową myszkę (płci żeńskiej!:)) i poić ją z butelki- myślę zresztą, że w tych swoich „niestereotypowych” zabawach naśladuje raczej swojego tatę, niż mnie – bo to głównie P. zajmował się nim od chwili narodzin (ja mu tylko trochę pomagam:)).

Ale nosi także – odziedziczoną po starszych kuzynkach – koszulkę z napisem: „ANYTHING BOYS CAN DO, GIRLS CAN DO BETTER!” – i naprawdę poważnie się zastanawiam, czy to hasło nie jest aby „seksistowskie” i dla niego, jako dla chłopca, krzywdzące?