Pasażerka na gapę.

Ksiądz Tomasz Jaeschke (zob. też „Pasterz, który zostawił swoje owieczki?”) w swojej książce stawia ważne pytanie:

„Czy powodem odejścia kapłana jest zawsze kobieta?” – i odpowiada:

„Nigdy. Kobieta nigdy nie jest powodem odejścia kapłana, nawet jeżeli opuszcza on Kościół, trzymając ją za rękę. Panuje powszechne przekonanie, że jeżeli kapłan odchodzi, to „przez kobietę”, zawsze. No bo jakby inaczej…ot tak? Więc najpierw gwoli sprawiedliwości: nie każdy kapłan porzuca urząd kapłański, trzymając za rękę kobietę (przez kobietę, jak już wyżej wspomniałem, nie odchodzi żaden)…

Kobieta na drodze opuszczającego szeregi kapłańskie jest często pierwszą dobrą duszą, podającą przyjazną dłoń, proponującą wspólną drogę, wspólnotę serc… Ale decyzję wyruszenia w drogę kapłan podjął dużo wcześniej.”

(T. Jaeschke, „Refleksje nad moim Kościołem”, cyt za: M. Bielawski, „Odejścia”, Kraków 2007, s. 107).

I kiedy to przeczytałam, pomyślałam najpierw, że być może moja własna intuicja, w myśl której kobieta jest raczej SKUTKIEM odejścia kapłana, niż jego PRZYCZYNĄ, jest prawdziwa. A zaraz potem pomyślałam o tych wszystkich biednych dziewczynach, którym (często w najlepszej wierze) zafundowano „pranie mózgu”, wmawiając im, że to wszystko, naturalnie, to tylko i wyłącznie ich wina („bo zawsze winna jest kobieta”).

A jeszcze później zaczęłam się zastanawiać nad tym, że to P. wyruszył w tę drogę – ja zaś jestem tylko towarzyszką jego podróży. I to towarzyszką zupełnie nieprzygotowaną na to, co ją może spotkać w drodze. Jestem, by tak rzec, „pasażerką na gapę.”

Jeden z moich czytelników napisał mi tutaj, że „widziały gały co brały” – i że decydując się na miłość do księdza powinnam wiedzieć, że nie będzie mi łatwo. Przepraszam, ale niby SKĄD miałam to wiedzieć? Nie uczono mnie przecież o tym w moim katolickim liceum ani w Oazie. Więcej nawet – to, czego doświadczam, jest czasami przeciwne całemu mojemu wychowaniu. Nie znałam też nigdy nikogo, kto byłby w podobnej sytuacji, jak ja teraz – może częściowo i dlatego, że życie byłych księży (także moich dwóch spowiedników, z którymi bezskutecznie próbowałam się skontaktować) – okryte jest wstydliwą tajemnicą.

„I wezmą Izraelici kozła i wypędzą go na pustynię – dla Azazela…” (por. Kpł 16,10.20-22).

Tyle, że ja nigdy nie chciałam iść „na pustynię”, nie miałam zamiaru opuszczać Kościoła, który jest moim domem i moją Matką (mimo, że jest to Matka, która mnie teraz odepchnie, bo nie potrafiłam się wyrzec miłości, w której choćby możliwość Ona nie zdoła uwierzyć. A ja, ze swej strony, nie mogłam postąpić inaczej, chcąc pozostać w zgodzie ze swoim wewnętrznym przekonaniem – a przecież Kościół katolicki zawsze nauczał, że trzeba iść za swoim sumieniem, nawet gdyby było ono błędnie ukształtowane…). Ja nigdy nie miałam takiego kryzysu wiary, jaki jest udziałem P. A jednak poszłam za nim na tę pustynię. Poszłam. Bo nie chciałam, żeby był tam sam…

Poszłam. Jak ta knąbrna Hagar, która nosiła nieślubne dziecko Abrahama i z własnej woli uciekła na pustynię – a jednak stała się godna tego, by przemówił do niej Anioł Pański. (Por. Rdz 16, 7-13)

I jak sceptyczna Sara, która wyszła ze swym mężem „ze swej ziemi rodzinnej i z domu swego ojca”, mimo że DO NIEJ Bóg nie przemówił… (Rdz 12, 1-5)

Poszłam. Od teraz jego „odejście” jest i moim odejściem, a jego wygnanie-moim wygnaniem, chociaż nigdy tego nie pragnęłam. Ale przecież:

„Gdzie ty pójdziesz – tam ja pójdę,
gdzie ty zamieszkasz – tam ja zamieszkam,
gdzie ty umrzesz – tam ja umrę
i tam będę pogrzebana.
Twój naród będzie moim narodem
a twój Bóg będzie moim Bogiem…”
(por. Rt 1,16-17) 

Kim jednak jest ten, który mnie prowadzi? Tak bardzo chcę wierzyć, że to Bóg, a nie szatan – bo przypomina mi się teraz także przeczytany kiedyś fragment z Tomasza Mertona: „Istnieje i taki rodzaj przywiązania, który stawia sobie za cel pójśc za przedmiotem swej miłości aż do piekła…”

A jednak ostatnio najczęściej modlę się słowami z Psalmu:

„Ty przenikasz mnie, Panie, i znasz,
czy stoję czy siedzę zawsze wiesz…
Ochraniasz mnie od zła
i prowadzisz mnie drogą odwieczną…
Gdzie przed Twoją miłością uciec mam?
Gdybym wstąpił do nieba – będziesz tam.
Czy na skrzydłach jutrzenki – czy na krańcu mórz –
znów bym znalazł Cię…”
(Por. Ps 139)

Może gdybyś był kimś innym niż jesteś…

Może gdybyś był kimś innym niż jesteś… „spotkawszy na ulicy ucałowałabym cię – i nikt by mną nie mógł pogardzić…”

Gdybyś był kimś innym, niż jesteś – MOGŁABYM CIĘ KOCHAĆ, bez tych wszystkich raniących słów i spojrzeń ze strony tych, co sami są bez grzechu…

Gdybyś był kimś innym, niż jesteś – miałabym normalne zaręczyny i ślub w białej sukni – taki ślub, jaki może mieć każda dziewczyna, choćby przedtem miała dziesięciu kochanków… Ja nie miałam, a i tak jestem zła, cyniczna, fałszywa, zepsuta – tylko dlatego, że cię pokochałam… (Wiem, wiem, że to nie jest najważniejsze, te wszystkie zewnętrzne znaki i gesty – ale ja zawsze CHCIAŁAM mieć taki ślub…)

Gdybyś był kimś innym, niż jesteś – mogłabym się modlić z podniesioną głową i nie szeptem – tak, jak to czynią ci, co się mają za sprawiedliwych…

Gdybyś był kimś innym – spędzałabym noce bez dręczących pytań i niepokojów (trochę to dziwne, jak na osobę, która rzekomo „nie ma sumienia”, prawda?).

Ale dość już tego gdybania – jesteś tym, kim jesteś. Kapłaństwo jest częścią twojej historii (a więc i mojej…). Jest tym, co uczyniło cię tym, kim jesteś.

I kto wie, może gdybyś był kimś innym, nie umiałbyś mnie pokochać. Nie wiem… I pewnie nigdy się nie dowiem.

„Zapłacona za wysoka cena-taki gest, nie powinno być przykro…”

Czy i wtedy jesteś księdzem?

Dziś oglądałam film z czyichś święceń kapłańskich… Młodzi chłopcy w bieli kładli się krzyżem na kościelnej posadzce, a potem biskup nakładał im ręce na głowę na znak udzielenia sakramentu… I już. Prostota i piękno tego obrzędu zawsze mnie ujmowały. Jak to napisał ks. Twardowski:

 

„w lipcowy poranek mych święceń

dla innych szary zapewne

jakaś moc przeogromna

z nagła poczęła się we mnie…”

 

I pomyślałam, że P. był kiedyś taki sam, jak tamci młodzi ludzie. Czy zapomniał już o tym? Czy wciąż pamięta?

 

(A P. mi dziś powiedział: „Zawsze będę księdzem.” I wiem, że to prawda.)

 

I czy wtedy, gdy jesteśmy razem, wtedy, gdy on mnie rozbiera i dotyka…czy i wtedy jest księdzem? Czy już tylko – mężczyzną? I czy w ogóle można oddzielić jedno od drugiego? I czy ja bym naprawdę chciała takiego rozdzielenia?

 

I wiem, że zawsze będę sobie (i jemu!) stawiać te pytania. Do końca świata i jeden dzień dłużej. Zawsze. Dopóki Ten, który widzi wszystko, nie zechce mi udzielić ostatecznej odpowiedzi. Kiedyś już wszystko będziemy wiedzieli, kochanie…

 

A na razie… Na razie mogę się tylko modlić, tak, jak modliłam się przed chwilą:

 

„Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nad nami! Ulituj się nad nami…”

 

Rety, kochanie, przyjedź już, bo wydaje mi się, że zaczynam wariować od tego oczekiwania…Chyba nigdy jeszcze nie byliśmy z daleka od siebie przez tak długi okres? (Rozpieściłeś mnie…;)) To wszystko przez to…że tęsknię. 🙂