Mężczyźni często pytają…

„Dlaczego ONA tak bardzo nalega na ten ślub? Czemu nie jest jej dobrze tak, jak jest?”

No, cóż, mam na ten temat własną teorię, w myśl której MĘŻCZYZNA  to „człowiek- samotnik” ( „To jestem JA. To jest MOJA jaskinia i MOJA kobieta.” a nawet: „To MÓJ Bóg!”) – natomiast KOBIETA to „człowiek uspołeczniony.”

(Jest w „Pamiętnikach Adama i Ewy Marka Twaina taki wzruszający fragment zapisków mężczyzny: „My? My? Ciekawe, skąd wziąłem to słowo? A, już wiem: to nowe stworzenie<kobieta> ciągle go używa.”)

Dlatego też kobiety są bardziej od mężczyzn wyczulone na różne społeczne zwyczaje i obyczaje – i to one te obyczaje przekazują potomnym.

Dlatego, zupełnie prywatnie a nie naukowo, jestem przekonana, że to kobiety zapoczątkowały opowiadanie HISTORII. Oraz, na przykład, publiczne oddawanie czci Bogu.

Z tego samego powodu kobiety są na ogół znacznie bardziej wrażliwe na punkcie tego, „co ludzie powiedzą?” niż przeciętni mężczyźni.

Kobieta szuka AKCEPTACJI społecznej tam, gdzie mężczyźni bardziej pragną społecznego UZNANIA.

Dlatego właśnie mężczyźnie może zupełnie wystarczyć własne, „prywatne” szczęście posiadania ukochanej kobiety (ewentualnie wzmocnione jeszcze przez podziw innych mężczyzn:”Stary, ale masz fajną laskę!”) – natomiast kobieta chciałaby to swoje szczęście jakoś „upublicznić”, zamanifestować wobec całej społeczności – a nawet wobec Boga.

Proszę mi wierzyć, że – mimo że kocham i jestem kochana – jakaś część mojej duszy głęboko cierpi z tego powodu, że być może nigdy nie będę mogła tego oficjalnie uczynić. (Więc proszę Cię, drogi Czytelniku, następnym razem dobrze się zastanów, zanim znowu powiesz coś w rodzaju: „O co jej chodziło z tym ślubem? Przecież byliśmy tacy szczęśliwi!” – bo może się okazać, że w tym związku jedynie TY byłeś w pełni szczęśliwy – ONA już niekoniecznie…)

A mężczyźni, którzy często sami nie czują takiej potrzeby, ulegają jej jednak z miłości do kobiety. Czasami. 🙂 Dlatego gdzieś kiedyś przeczytałam, że fakt, że obecnie także niektórzy mężczyźni dobrze się czują w małżeństwie jest największym zwycięstwem  „kobiecego sposobu myślenia” w całej historii ludzkości. 🙂

Poza tym, nie oszukujmy się, nasza biologia jest taka, że nasze dzieci potrzebują względnie stabilnych warunków życia rodzinnego przez co najmniej 5, 10 czy 15 lat. No, i kobiety starały się zawsze jakoś – nie zawsze skutecznie – sobie tę stabilność zagwarantować.

Choć jestem także w stanie zrozumieć, że mężczyzna, którego rodzice również się rozwiedli, nie wierzy już w możliwość obiecania komuś wierności – i dotrzymania tej przysięgi (a to jest właśnie dla mnie istota zaślubin – cała reszta, jak suknia ślubna czy wystawne przyjęcie, to już tylko niepotrzebne, a często uciążliwe i kosztowne, dodatki). Ale czy „prawdziwy facet” to w końcu nie ten, który w każdej sytuacji stara się dotrzymać słowa? 🙂

Ludzie nauczeni rozwiązywania wszelkich problemów poprzez jedyny (rzekomo) „cywilizowany” środek, jakim jest natychmiastowe rozstanie, nie zauważają że winna jest tu nie tyle „instytucja małżeństwa”, co raczej oni sami. Bo nigdy tak napawdę nie dowiedziono, jakoby „wolne związki” z natury mniej sprzyjały zdradzie, przemocy czy alkoholizmowi, niż „związki zalegalizowane.”

Szczęśliwe córy Koryntu?

Czytałam ostatnio recenzję książki trzech młodych, warszawskich prostytutek „Czarodziejki.com”, wydanej pod pseudonimem Ewa Egejska.

I choć doceniam zamiar pokazania tego życia dosłownie „od kuchni” (bo jest to zapis rozmów kuchennych bohaterek – o sobie, o życiu i o klientach), pokazania „ludzkiej twarzy” tej profesji – co już 100 lat temu genialnie próbował zrobić Toulouse-Lautrec poprzez swoje malarstwo – to jednak niektóre stwierdzenia tej recenzji-wywiadu nie tyle mnie zaszokowały (sądzę, że raczej trudno byłoby mnie czymś zgorszyć…), co raczej głęboko zasmuciły.

Po pierwsze, w tym świecie „wszystko ma swoją cenę”, co w konsekwencji oznacza, że WSZYSTKO przelicza się na pieniądze. Dziewczyny opowiadały, że nawet pomiędzy nimi a bywającymi w agencji księżmi zachodzi swoista (jak to określiły) „wymiana usług.” Ponieważ wiele z nich jest wierzących i praktykuje, duchowni ci w zamian za seks udzielają im…rozgrzeszenia.

No, cóż, zapewne panienki nie są na tyle obeznane z teologią, żeby wiedzieć, że takie rozgrzeszenie jest, zgodnie z prawem kanonicznym, NIEWAŻNE – czyli, przynajmniej z jednej strony, usługa jest, że tak powiem, „niepełnowartościowa.”

Po drugie, to odwieczne stwierdzenie, że mężczyźni chodzą do takich przybytków po to, „czego nie mogą dostać w domu” (A to niby dlaczego?! Jeżeli się kogoś kocha, to nie powinno w nim być NIC obrzydliwego!) – „bo gdyby poprosił o to żonę i matkę swoich dzieci, toby ją poniżył. A my mu to zrobimy z uśmiechem na twarzy. Jeśli chce uderzyć, albo nawet na mnie nasikać – może mieć to wszystko. Za odpowiednią opłatą.” A ja, głupia, zawsze myślałam, że ludzka GODNOŚĆ (także godność prostytutki) nie ma ceny…

Po trzecie, dziewczyny same przyznają, że nie jest to łatwe życie. „Mniej więcej po pół roku każda przeżywa kryzys. Oczekiwania finansowe spełnione, obawy rozwiane (?!) – a ty patrzysz na facetów na ulicy i czujesz tylko obrzydzenie. Która to przetrzyma – zostaje.” 

No, tak… Tylko ja się zastanawiam, czy naprawdę warto to „przetrwać”? Czy nie płaci się za to ostatecznie swoją wrażliwością, zdolnością do kochania, człowieczeństwem?

No, i jeszcze to: „Życie w agencji kręci się wokół seksu. Dziewczyny same są nakręcone, potrzebują bzykania pięć-sześć razy dziennie. Bez miłości. A za to z orgazmami.”

Ja wiem. Seks jest bardzo ważną częścią życia ludzkiego. Piękną. I potrzebną. Wcale nie uważam, jak pewna głośna ostatnio posłanka LPR-u, że „kobieta i mężczyzna nie są stworzeni do seksu” (jakby się tak przyjrzeć tekstom Księgi Rodzaju, to okaże się, że jest raczej odwrotnie…;)). Ale nikt mi nie wmówi, że taka koncentracja tylko i wyłącznie na „tych sprawach”nie zubaża jakoś naszego człowieczeństwa…

Na zakończenie wywiadu autorki stwierdzają zaś, że „różnica pomiędzy dziwką a przyjaciółką jest tylko taka, że dziwka bierze od ciebie pieniądze przed, a przyjaciółka po…”

I bardzo chciałabym im powiedzieć, że miłość między mężczyzną a kobietą to jednak coś więcej niż tylko kwestia umiejętnego „wyciągania pieniędzy” z faceta. Ale może się mylę?

Ewa Egejska, „Czarodziejki.com – tylko dla dorosłych.”, wyd. Octobus Centre, 2007.

Cienki lód, domek z kart…

Dobrze mi w tym małym świecie, który zbudowaliśmy sobie wspólnie z P. Tak dobrze, spokojnie i bezpiecznie, że nie odczuwam nawet potrzeby kontaktu z innymi ludźmi.

Niestety, zdaję sobie również sprawę z tego, jak bardzo kruchy i nietrwały jest ten świat – i z tego, że bardzo wielu ludzi będzie się usilnie starać o to, żeby zburzyć ten mój mozolnie zbudowany spokój. Ludzie potrafią wybaczyć innym bardzo wiele – ale na pewno nie to, że ktoś (szczególnie w mojej sytuacji!) ośmiela się być tak nieprzytomnie, nieprzyzwoicie, wręcz bezwstydnie szczęśliwy.

Zapewne łatwiej by mi darowano (ciesząc się na dodatek z własnej wielkoduszności), gdybym potrafiła przyjąć pozę „pokutującej Magdaleny”: nieustannie bić się w piersi, wciąz na nowo wyznawać swe grzechy (także tym, którzy wcale nie są uprawnieni, by mnie o nie pytać) i mieć cierpienie wypisane na twarzy… Ale ja tak nie potrafię!

Zamiast tego nie mogę się wyrzec mojej upartej wiary w to, że to Bóg dał nam tę miłość – i że kiedyś to On, Ten, który ma moc oddzielić zboże od plew, wyjawi nam, co w niej było rzeczywiście grzeszne, a co święte…Wiem jednak, że nie ominą nas w tej miłości także „gorzkie pigułki” – nie zdołamy uniknąć wielu trudnych pytań, nie uciekniemy od przykrych słów. Jestem w pełni świadoma tego, że nie da się bez końca uciekać. Jeżeli nawet udaje się nam (ciągle jeszcze) ukrywać przed światem fakt, że jestem w ciąży – to i to już nie potrwa długo.

Kiedyś myślałam, że (wykorzystując moją wrodzoną delikatność i niechęć do jakichkolwiek „demonstracji”) zdołam nawet w zaistniałej sytuacji żyć „prawie normalnie” (mimo, że „prawie” czyni tu naprawdę wielką różnicę!)

Ale teraz już wiem, że stąpam po kruchym lodzie – a pytanie brzmi tylko, kiedy on  pęknie…

Bo to wszystko jest po prostu zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe. Jestem grzesznicą – i to taką, „której się udaje.” A że człowiek nie może być tak szczęśliwy zupełnie bezkarnie – więc i ja zostanę w końcu za to ukarana.

Coś się stanie, coś musi się stać. Coś wisi w powietrzu – czuję to szóstym, siódmym i wszystkimi innymi zmysłami. Ten mój mały, szczęśliwy świat pryśnie jak bańka mydlana. Tylko kiedy? Kiedy? Kiedy?