Obsesje poseł Joanny.

Demokracja ma to do siebie, że wielu przedstawicieli narodu (niezależnie od tego, jaki to naród…) pragnie się za wszelką cenę wyróżnić spośród tłumu innych, sobie podobnych obywateli – i w ten sposób stać się jak gdyby „pierwszymi wśród równych.”

I jako historyczka muszę powiedzieć, że to się zaczęło już w czasach starożytnych i trwa szczęśliwie (?) do dzisiaj. Niejaki Herostrates, człek prosty, przeszedł do historii dzięki temu, że podpalił świątynię Artemidy w Efezie, Brutus dzięki temu, że – przyjacielem denata będąc – wziął udział w zamachu na Cezara, a Katon Starszy znany jest szerszej (?) publiczności głównie z tego, że ponoć każde swoje przemówienie kończył stwierdzeniem, że Kartagina powinna zostać zburzona. Wszyscy oni wyróżnili się jak najbardziej.

I śmiem twierdzić, że w naszej epoce, w erze telewizji i Internetu, ta umiejętność zwracania na siebie uwagi staje się jeszcze powszechniejsza. Nieomal każdy poseł ma na to własny sposób.

Zbigniew Ziobro na przykład miał nieustające konferencje prasowe i „gwóźdź”, który się okazał dyktafonem, Janusz Palikot – wibrator, a Renata Beger – swoje słynne kurwiki w oczach (cokolwiek to oznacza:)).

Ale na miano „polskiego Katona” (w spódnicy) zasługuje w moim przekonniu pani poseł Joanna Senyszyn, która ma zwyczaj niemal każde zdanie zaczynać (względnie – kończyć) od „Biskupi polscy…” lub „Kościół katolicki w Polsce…”

Abstrahując już od treści tych wystąpień, z którą to czasami się zgadzam, ale częściej jednak nie (np. najnowszy konik pani poseł – podatek na rzecz Kościoła zamiast „tacy” – w praktyce dyskryminuje osoby wierzące, a jego wprowadzenie w Niemczech spowodowało wręcz epidemię „fałszywego ateizmu” , która skończyła się dopiero wtedy, gdy wprowadzono paralelną opłatę <na cele kulturalne> dla niewierzących) i pomijając fakt, że jakoś nie mogę uwierzyć, że Kościół odpowiada naprawdę za całe zło tego świata (w tym za trzęsienie ziemi i koklusz :)) – chciałabym jedynie delikatnie przypomnieć sympatycznej skądinąd pani poseł, że:

  • Wszelkie uogólnienia („WSZYSCY biskupi”, „KAŻDY ksiądz”, „CAŁY Kościół”) mają to do siebie, że bardzo rzadko są prawdziwe. Sama logika uczy nas, że jeśli takie stwierdzenie jest nieprawdziwe choćby dla jednego człowieka, to jest krzywdzące wobec wszystkich;
  • Ciągłe powtarzanie tych samych argumentów osłabia ich siłę i może nawet dać powód do przypuszczeń, że na żaden inny temat nie ma się nic interesującego do powiedzenia (o co uczonej pani profesor oczywiście nie śmiałabym podejrzewać!);
  • Atakowanie w kółko tylko jednego przeciwnika nie powoduje – wbrew pozorom – wzrostu społecznej niechęci do niego, a nawet (o zgrozo!:)) może w końcu wzbudzić dlań współczucie – a przecież chyba nie o to chodzi naszej „dyżurnej antyklerykałce kraju”? 🙂

A wracając jeszcze do poruszonej już tutaj sprawy „podatku kościelnego”, to zastanawiam się nieśmiało, czy pani poseł byłaby równie entuzjastycznie nastawiona do podobnego pomysłu, gdyby dotyczył on nie związków wyznaniowych, ale…partii politycznych? Gdyby tak – o czarowna wizjo!:) – finasować je nie z budżetu państwa, lecz z podatków ich wiernych zwolenników…Ech, pomarzyć!

A swoją drogą, trochę to zabawne, że właśnie ja, ta „wyklęta i przeklęta”, staram się tutaj bronić mojego Kościoła. Czyżbym w ten sposób próbowała (bezskutecznie, wiem to na pewno) jakoś poprawić własne „notowania”? 🙂

No, cóż, zdaje się, że i ja mam swego „bzika” – a jednym z (nielicznych) plusów mojej obecnej sytuacji jest to, że ze strony Kościoła nic gorszego spotkać mnie już nie może.  Mogę więc mówić i pisać to, co naprawdę myślę – bez oglądania się na czyjeś zdanie…

Walentynka dla żony księdza? ;)

Kto wstawi się za nami
u Pana, co drogami
krętymi każe iść?
Kto nas usprawiedliwi,
gdy Pan się będzie dziwił,
że to już właśnie MY?
Ja wstawię się za Tobą
i z podniesioną głową
dziękował będę, że
Pan dał mi właśnie Ciebie,
w radości i w potrzebie –
na lepsze i na złe…
A Ty choć powiedz słowo,
że zawsze byłem z Tobą –
bo chciałem tak i już!
I razem chleb jedliśmy
i równym krokiem szliśmy
wśród wichrów, pośród burz.
Ty wciąż mnie ratowałaś,
za rękę mnie trzymałaś,
gdy z drogi chciałem zejść –
a ja otuchy krople,
gdy oczy miałaś mokre,
nie raz musiałem nieść…”
(Grzegorz Tomczak, Niebieska piosenka)



Kłopoty z Janem Pawłem II – ANEKS.

„[Papież-Polak] choć w dialogu ze światem, odwrócony od tych, którzy byli najbliżej: braci w kapłaństwie. Jakby nieczuły na ich problemy, wzywał raczej do dyscypliny, karcił, upominał. (…) Lista tematów tabu nie była krótka: ewolucja teologii (nowe prądy i idee), reforma Kościoła, teologia wyzwolenia, wolność w Kościele, antykoncepcja, wychowanie duchownych (tj. destrukcyjne elementy ich życia), celibat, rozumienie prawdy, rozumienie wolności. (…) Nie podejmował dialogu ze swoimi krytykami, z których niejeden był poważnym teologiem, rzetelnie przygotowanym do profesjonalnej debaty. Wolał raczej – piszę to z pewną dozą ironii – brać dzieci na ramiona, błogosławić, rozdawać różańce. Ojciec i jego dziatwa – taką relację ustanawiał z otoczeniem. Potrzebował więc dzieci, dużo dużych dzieci.(…) Był Jan Paweł II wielkim człowiekiem. Może zbyt wielkim? Ostatecznie pozostał tylko człowiekiem.” – pisze w swojej ostatniej książce Tadeusz Bartoś, były dominikanin i…mój były spowiednik.

 

Zgadzając się w zasadzie z głównymi punktami wywodu autora, chciałabym jednak zwrócić uwagę na dwie kwestie, które najwyraźniej mu umknęły.

 

Po pierwsze, ów nieco „paternalistyczny” stosunek zmarłego papieża do świata mógł wynikać po części z jego doświadczeń osobistych. Wojtyła, który bardzo wcześnie utracił matkę i wychowywał się pod opieką surowego, choć sprawiedliwego ojca, miał wszelkie dane ku temu, by widzieć swoją późniejszą posługę właśnie w kategoriach tak rozumianego ojcostwa. Mógł po prostu zapomnieć, że – jak to powiedział któryś z wielkich świętych – „Bóg jest Ojcem, ale Ojcem, który kocha nas tak, jak matka.” Pisałam tu już zresztą trochę o tym.

 

A po drugie, wszyscy ci, którzy się teraz tak gromko – i często słusznie – domagają reformy papiestwa (albo szerzej – całego Kościoła) niejednokrotnie nie zdają sobie sprawy z tego, że dogmat o nieomylności papieża, wprowadzony w roku 1870 pod bagnetami Garibaldiego (podczas nigdy nie dokończonego Soboru Watykańskiego I) czyni tę reformę prawie niemożliwą.

 

Chociaż bowiem rozumiem historyczne okoliczności, uzasadniające sformułowania tegoż dogmatu (w stanie zagrożenia – już nie tylko bytu politycznego Państwa Kościelnego, ale nawet życia samego papieża – ojcom soborowym istotnie mogło się wydawać, że tylko takie kategoryczne stwierdzenie zdoła ocalić Kościół dla nowych czasów), to jednak sam dogmat wydaje mi się nie tylko niebiblijny (w Dziejach Apostolskich widzimy bowiem Wielkiego Rybaka, który nie tylko upomina chcącego przed nim uklęknąć Korneliusza wielce znamiennymi słowami: Wstań, ja też jestem człowiekiem.”  (Dz 10,26) – ale i sam bywa „upominany” przez współbraci w wierze, jeśli w ich opinii w czymś pobłądzi. Na pewno nie jest więc „nieomylny” – ani nawet nie pragnie za takiego uchodzić.), ale i wielce kłopotliwy dla tych, których w założeniu miał chronić.

 

Praktyczne konsekwencje dogmatu o nieomylności są bowiem m.in. takie, że żaden papież NIE MOŻE zmienić nauczania innego papieża (np. w takich sprawach, jak antykoncepcja czy celibat), choćby nawet rozwój nauk (także teologicznych) i własne sumienie stanowczo mu to nakazywały. Musiałby bowiem wóczas przyznać, że króryś z jego czcigodnych poprzedników mylił się w tej czy innej kwestii – a to przecież, w myśl omawianego dogmatu, jest…niemożliwe.

 

Zob. też: „Kłopoty z Janem Pawłem II.”

Książka Tadeusza Bartosia „Jan Paweł II – analiza krytyczna” ukazała się nakładem wydawnictwa Sic! i jest dostępna w księgarniach od 7. lutego br. Cytowane fragmenty pochodzą z portalu Onet.pl


Postscriptum:

Kilka dni temu stacja TVN24 wyemitowała dyskusję z udziałem autora. Najbardziej uderzyło mnie jego stwierdzenie, że choć papież spotkał się nawet z Alim Agcą, to jednak nigdy nie znalazł czasu na rozmowę np. z Hansem Küngiem, jednym z teologów, którzy go krytykowali. I muszę przyznać, że pozostali księża w programie – ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski (który skądinąd sam ma na pieńku z hierarchią, aczkowiek z zupełnie innego powodu…) oraz ks. Jan Sikorski – którzy starali się bronić Ojca Świętego, wypadli na tym tle jakoś bardzo nieprzekonująco…