Przepraszam tych z Was, którym zaczynam się wydawać nieco monotematyczna, ale co najmniej od czasów pracy maturalnej, którą pisałam m.in. o rozterkach Antygony, problem „prawo a sumienie” nieustannie, że tak powiem, zapładnia mój umysł.
Ostatnio znowu „podniecił” mnie w tym względzie mój były spowiednik, Tadeusz Bartoś, publikując w dodatku „Europa” do Newsweeka (nr 8/2010) artykuł z jakże modną ostatnio tezą, że „religia powinna być sprawą prywatną” – a to dlatego, że (jak twierdzi mój dawny przyjaciel i mentor) także Jezus zwracał się ze swoim przesłaniem jedynie do jednostek, a nie do społeczeństw.
Ta skrajnie indywidualistyczna wizja „religijności” (muszę przyznać, że kiedy to przeczytałam, wyobraźnia podsunęła mi plastyczny obraz „duszyczek” zmierzających ku Światłu, każda we własnej, szczelnie zamkniętej i odizolowanej od innych „bańce mydlanej”. A więc jednak rację miał Różewicz – i „będziemy zbawieni pojedynczo”?:)), pomijając fakt, że kłóci się z moim rozumieniem „wiary” jako osobistego przekonania, zaś „religii” jako zbioru aktów, mimo wszystko, społecznych,
podaje także w wątpliwość wiele przekonań, w moim odczuciu, zupełnie fundamentalnych dla chrześcijaństwa. Bo jak w takim razie rozumieć stwierdzenia Jezusa typu: „Ja jestem prawdą, drogą i życiem”? (J 14, 6). Zauważmy, że Jezus nie stawia, jak Piłat i greccy filozofowie, pytania o to, „czym jest prawda” – On, zdaje się, bezczelnie udziela na nie odpowiedzi…
A jeśli, jak twierdzi Bartoś, w dzisiejszych czasach nastąpił już „koniec prawdy absolutnej” to czy takie stwierdzenie nie jest jedynie uroszczeniem chorego umysłu? W takim ujęciu nauka, którą przynosi Jezus (Budda czy Mahomet) nie jest ani na jotę więcej warta, niż „prawda” jaką ma do przekazania facet spod budki z piwem – w obu przypadkach mamy do czynienia jedynie z „prawdą jednostkową”, czysto subiektywną.
I co wtedy począć z tym „nieszczęsnym” nakazem „nauczania wszystkich narodów” (Mt 28,19)? Jakim prawem i w imię czego chrześcijanie mieliby sądzić, że prawda ich Mistrza (z tak wyraźną tendencją do megalomanii, jak widać…) jest bardziej godna polecenia, niż jakakolwiek inna z miliona „prawd” dostępnych na tym świecie?
W opowiadaniu Tomasza Terlikowskiego pt. „Operacja Chusta”, publikowanym w odcinkach na jego blogu na Fronda.pl, jest taka czarna (jak to zwykle u niego – swoją drogą, jak na chrześcijanina, to straszny z niego pesymista:)) wizja niedalekiej przyszłości w zupełnie już zdechrystianizowanej Europie, kiedy to pewien ateista postanawia przyłączyć się do chrześcijan.
Ksiądz, czy też pastor, przyjął go niechętnie i zaczął przekonywać: „A po co to panu? Przecież jako niewierzący też może pan być dobrym i szlachetnym człowiekiem!” No, właśnie – po co miał reklamować innym coś, w czym sam już od dawna nie widział nic szczególnego? No, cóż – ten przynajmniej był uczciwy…:)
Ale mój dawny duszpasterz jednocześnie zdaje się przyznawać prawu państwowemu wyraźny prymat nad prawem religijnym (z dość niefortunnym, moim zdaniem przykładem, że państwo powinno sprawdzić, czy prawo kanoniczne aby „nie łamie podstawowych praw człowieka” z tej racji, że na przykład księdzu nie pozwala się na „swobodną zmianę zawodu.” Przyznam, że wciąż mnie trochę razi traktowanie kapłaństwa li tylko jako „fachu” takiego samego, jak inne – nawet, jeśli to robi były już duchowny. Ale czyżby to oznaczało, że Kościół, w ramach swojej autonomii, nie ma prawa ustalić dla kandydatów na swoich „pracowników” dowolnych warunków?:)) – a nawet (chyba że go źle zrozumiałam) ponad prawem moralnym.
Jest jednak prawdą, że w praktyce nie da się „zostawić za progiem domu” swoich prywatnych przekonań – a inaczej mówiąc, oddzielić w nas grubą linią tego, co „publiczne” od tego, co „tylko prywatne.” (Dobrze to zapewne rozumieją nasi polscy homoseksualiści, kiedy walczą np. o – równorzędne z „heterykami”- prawo do posiadania zdjęcia swego partnera na służbowym biurku. Jeżeli nasza seksualność – podobnie jak nasza religijność – jest „sprawą prywatną” – nie zaś dotykającą relacji społecznych! – to po co to robią?:)). A mówiąc ściśle, chyba nie da się dokonać takiego zabiegu, nie popadając w hipokryzję.
Jestem całym sercem za ograniczeniem udziału „Kościoła” (aczkolwiek niekoniecznie wszystkich jego członków:)) w polityce – niemniej, jak ktoś kiedyś powiedział, w dzisiejszych czasach „wszystko jest sprawą polityczną.” I czy np. mówić (głośno i publicznie) że zgodnie z moim najgłębszym przekonaniem coś tam jest „złe” i nie mogę się na to zgodzić, to już jest ta „nieuprawniona ingerencja w politykę”, czy jeszcze nie?
Czy naprawdę zainteresowania „Kościoła” (którym są przecież wszyscy wierzący!) powinny się ograniczyć do roztrząsania jakże istotnej kwestii, ile aniołów zmieści się na czubku szpilki – we wszystkich zaś pozostałych sprawach chrześcijanie powinni być (tak, jak i wszyscy inni) bezwzględnie posłuszni prawu państwowemu, niezależnie od tego, czy uznają je za słuszne, czy też nie? „Dura lex-sed lex”?
Przyznaję, że w teorii brzmi to nawet kusząco – zagłębić się w metafizycznych dociekaniach, dotyczących zbawienia duszy SWOJEJ (bo niczyja inna, zgodnie z tym, co powiedziano wyżej, nie powinna mnie nawet obchodzić:)), a cały otaczający świat mieć w…dużym poważaniu.
I to prawda, że Jezus powiedział także: „Królestwo moje nie jest z tego świata” – i że wszelkie próby zbudowania „Królestwa Bożego na ziemi” zazwyczaj kończyły się raczej piekłem…
Rzeczywistość wszakże – jak to zwykle ona – skrzeczy. Jeśli bowiem to prawda, że zasada „religia musi być sprawą wyłącznie prywatną” jest jedynie godna, słuszna i zbawienna, to można dojść do wniosku, że pierwsi chrześcijanie byli nie tylko „wariatami” którzy zginęli zupełnie niepotrzebnie (bo przecież tolerancyjne Imperium Rzymskie nikomu nie zabraniało czcić – „w zaciszu swojej izdebki” – jakich chciał bogów, albo też nie czcić żadnego, wedle uznania). Gorzej. Oni byli buntownikami przeciw państwu, anarchistami. Nikt im przecież nie kazał wyrzekać się swojej „wiary” – oczekiwano od nich jedynie zwykłego respektu dla PRAWA PAŃSTWOWEGO – które to nakazywało od czasu do czasu wszystkim obywatelom wykonać pewne czynności (nikt przecież nie wymagał od nikogo, aby to czynił z wewnętrznego przekonania!). Żeby nie być niesprawiedliwą (choć, co prawda, taka jednostronność przystoi „ciemnocie”, którą podobno jestem:)) – podobnym restrykcjom ze strony prawa stanowionego przez chrześcijan podlegali potem „niewierzący.”
(Nawiasem mówiąc, „rozdział Kościoła od państwa” – choć w dawnych „państwach chrześcijańskich” rzadko był przestrzegany – można uznać również za „wynalazek” Ewangelii:„Oddajcie Bogu, co boskie, a cesarzowi – co cesarskie.” (Łk 20,25) – to tak gwoli przypomnienia dla tych, którzy uważają że jest to wynalazek ze wszech miar szatański. 🙂 Cywilizacje starożytne, włącznie z islamską – nie znały rozdziału „tronu” i „ołtarza.” Inaczej mówiąc – tak, jak dla nas dziś wszystko może być sprawą „polityczną” – tak też w owych czasach wszystko było sprawą „religijną.” W pewnym sensie dokonaliśmy więc zwrotu o 180 stopni…)
Podobnie tym, którzy w przeszłości odmawiali służby wojskowej czy wzięcia udziału w usankcjonowanym prawem ludobójstwie, włos by na pewno nie spadł z głowy, gdyby swoje prywatne przekonania przezornie zachowali dla siebie, grzecznie egzekwując prawo – i nic oprócz prawa.
I wychodzi na to, że ci pracownicy charytatywni, których talibski sąd skazał na śmierć za zbrodnię (domniemanego) posiadania Biblii – też byli sami sobie winni. Po co czynili to, czego „nie wolno” zgodnie z prawem tamtego kraju?
A co mi tam… Jestem chrześcijanką – anarchizm i bunt mam we krwi…:) I myślę, że każdym sporze pomiędzy „Antygoną” a „Kreonem” będę bronić prawa jednostki do wyrażenia sprzeciwu sumienia… Nawet, uspokajam nie podzielających mych przekonań Czytelników, gdyby to Kreon był katolikiem, a Antygona – ateistką… 🙂 Ale, z drugiej strony… (dla mnie, jak dla Tewjego Mleczarza, zawsze istnieje jakaś „druga strona”:)) czy nie jest to, przynajmniej w niektórych przypadkach, popieranie BEZPRAWIA przeciw PRAWU? Dalej nie wiem…