Wszystkie troski posła Biedronia.

Doprawdy, wzrusza mnie już ta nieustająca troska posłów Twojego Ruchu (dawniej: Ruch Palikota) o wiecznie uciskanych – przez swoje wspólnoty wyznaniowe, oczywiście – ludzi wierzących.

Już to, jeśli chodzi o wyznawców islamu i judaizmu, których to ci piewcy wszechtolerancji próbują bohatersko oduczyć ich „barbarzyńskich zwyczajów” – już to, jeśli chodzi o nieszczęsne katolickie dzieci, które to – podobno – topią się masowo, na skutek słuchania na religii opowieści o Jezusie, kroczącym po wodzie…

Na tej niwie szczególnie wyróżnia się poseł Robert Biedroń, który – podobnie jak 90% moich rodaków – dał już się poznać jako wybitny znawca katolicyzmu i wszystkich ciemnych spraw jego.

(W pamięci utkwiło mi zwłaszcza jego przejmujące wyznanie, jakoby został ateistą, ponieważ w dzieciństwie jakaś wstrętna zakonnica wytargała go za uszy – rozumiem, że była to trauma wystarczająca, ażeby zupełnie odrzucić jakąkolwiek myśl o istnieniu Boga…)

Do tej pory nie wiedziałam jednak, że ów wielki mąż stanu jest także – od niedawna – ekspertem od prawosławia. No, prawdziwy człowiek Renesansu, po prostu! I nic to, że ów obiecujący naukowiec-politolog w trakcie doktoratu – miał w początkach swego urzędowania poważne problemy z wyjaśnieniem dziennikarzowi Radia Zet, co to jest sejmowy Konwent Seniorów. Wystarczy, że świetnie umie zdefiniować, czym jest „homofobia.”

Bo też i walce z homofobią w Kościele poświęcony ma być kalendarz, wydany (podobno) przez prawosławnych księży-gejów.

„Przecież księża, także innych wyznań, też mają swoją orientację seksualną.” – błyskotliwie zauważył poseł. Kalendarz miał na celu zwrócenie uwagi, że prawosławni księża to zwykli ludzie, którzy też mogą mieć swoje pasje, preferencje czy pragnienia.  No, proszę, nigdy bym nie pomyślała!:)

Ale ten kalendarz, zdaniem naszego eksperta, „obnaża” coś równie silnego – kościelną homofobię. „To z pewnością się nie spodoba dewotom.” – konkluduje z triumfem Biedroń.

Tak, nie ma to z pewnością jak smak skandalu o poranku, nieprawdaż, panie pośle?:)

Nie wiem, czy w pana oczach zasłużyłam już na zaszczytne miano „dewotki” (choć, moim zdaniem, to piękne słowo ma tyleż wspólnego z tolerancją dla inaczej myślących, co gdybym ja nazwała pana „pedałem” – czego jednak NIGDYnie uczynię…) – ale muszę pana rozczarować: mnie ten kalendarz nie gorszy ani trochę.

Ja w nim widzę nie tyle „pornografię”, co raczej po prostu piękne, męskie akty. A że niekiedy te zdjęcia przedstawiają młodych mężczyzn z różańcami w ręku? A kto powiedział, że nie można się modlić również w „stroju Adama” (i Ewy)?:)

„Wszystko nagie i odkryte przed Jego oczyma…” – jak kiedyś głosił przekład Wulgaty.

Nie wiem także, na jakiej podstawie twierdzi się tak jednoznacznie, że jest to „kalendarz gejowski.” Ja tego nie widzę. Modele (którzy prywatnie wcale nie wszyscy są homoseksualistami, przyłączyli się zaś do tego projektu, aby nie być posądzonymi o „homofobię” właśnie) – nie mają przecież swej orientacji wypisanej na czole. Ani nigdzie indziej.:)

Powiem więcej: mam szczerą nadzieję i wierzę, że również wielu ludzi podzielających pańskie preferencje zobaczy w tych fotografiach coś więcej (coś innego) niż tylko „kawałek świeżego mięska do schrupania.”

Chociaż pytanie pewnego internauty, który zapytał, dlaczego gejów przedstawia się na ogół jako młodych, pięknych i atletycznie zbudowanych mężczyzn – jakby żadni inni w ogóle nie istnieli – nadal pozostaje w mocy.

Czy może jednak prawdą jest to, co kiedyś gdzieś przeczytałam – że samotność starych gejów jest w tym środowisku tajemnicą poliszynela?

Oczywiście, można powiedzieć – i poseł Biedroń właśnie tak czyni – że w tym wypadku księża prawosławni są jakby bardziej „dyskryminowani”, niż katoliccy.Heteroseksualni duchowni w Cerkwi mogą mieć żony, homoseksualni powinni żyć w celibacie – zaś katolicyzm, bardziej sprawiedliwie, wymaga życia w czystości od jednych i drugich. To prawda.

Jednak, przepraszam, co komu do tego, w jaki sposób jakaś religia ustala sobie kryteria obowiązujące własnych kapłanów? Czy gdyby gdzieś istniał jakiś Kościół, który – załóżmy hipotetycznie – dopuszczałby do święceń tylko żonatych, rudych i piegowatych, moglibyśmy zasadnie mówić o „dyskryminacji” wszystkich pozostałych?

Moim zdaniem jest to raczej kwestia zwykłego POSZANOWANIA WOLNOŚCI RELIGIJNEJ danego wyznania. Ale co ja tam mogę wiedzieć o dyskryminacji… Prawda?:)

Niepokoi mnie w tym jednak jeszcze coś innego – że poseł Biedroń z  taką pewnością siebie mówi w tym  przypadku wyłącznie o „obłudzie Kościoła.” Jako że takie przekonanie zakłada z góry, że wszyscy ludzie (niezależnie od orientacji seksualnej) po prostu MUSZĄ uprawiać seks.

Jeśli więc ktoś twierdzi, że „tego” nie robi (ze względu na przekonania religijne, na przykład), to znaczy, że kłamie, udaje i z pewnością robi „to” w ukryciu, czyli jest hipokrytą…

Rozumiem zatem, że przy jego następnej wizycie w Polsce pan poseł Biedroń nie omieszka zapytać jego świątobliwości Dalaj Lamy, z kim, gdzie i jak realizuje on swoje naturalne potrzeby erotyczne? Ten to dopiero stary obłudnik…;)

Zdjęcie pochodzi z www.orthodox-calendar.com. A cały wywiad z posłem Twojego Ruchu, do którego się odniosłam, znajdziecie tu: 

http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/kontrowersyjny-kalendarz-koscielna-homofobia-nie-spodoba-sie-dewotom/33bzd

Z tej samej półki: Co mnie bardzo odstręcza od wszelkiej maści aktywistów LGBT, to, że zazwyczaj stosują oni taktykę „wszystko albo nic!”

To znaczy, że jeśli ktoś się nie zgadza w zupełności i bez zastrzeżeń z wszelkimi postulatami tego ruchu, traktowany jest przez nich natychmiast jak śmiertelny wróg, choćby nawet (tak naprawdę), wykazywał przy tym maksimum dobrej woli.

Coś takiego spotkało niedawno papieża Franciszka ze strony jego rodaków, argentyńskich gejów, którzy krzyczeli, że papież „jest przegrany!” – mimo, że, przypomnę, kard. Bergoglio nie był całkowicie przeciwny jakimkolwiek regulacjom prawnym, dotyczącym par homoseksualnych (tzw. „umowom partnerskim”) – sprzeciwiał się jedynie nazywaniu ich „małżeństwami” i adopcji dzieci, przypominając, że nie tyle „każdy człowiek ma prawo do dziecka”, co raczej każde DZIECKO ma naturalne prawo do miłości matki i ojca.

Ciekawe, jak sobie z tym fantem poradzi nasz poseł Biedroń, który już kilkakrotnie wyznawał poufale, że „kibicuje Frankowi.” :)

Muszę jednak przyznać, że nawet się z tych argentyńskich protestów ucieszyłam. Podobno wielkość człowieka poznaje się nie tylko po tym, jakich ma przyjaciół, ale także po tym, kim są jego wrogowie…

„Następna fala bólu” – czyli o komunii dla osób rozwiedzionych (i nie tylko).

Ostatnio wiele się mówiło o tym, że papież Franciszek – w odpowiedzi na nalegania biskupów, zwłaszcza z Europy Zachodniej – planuje zwołać dwa synody, które mają się zająć sytuacją rodzin chrześcijańskich, także tych niesakramentalnych.

W tym kontekście przebąkiwano o tym, że być może biskupi pochylą się wreszcie nad problemem dopuszczania do sakramentów (głównie spowiedzi i komunii świętej) osób rozwiedzionych, zwłaszcza zaś tych rozwiedzionych „nie ze swojej winy.”

W niektórych diecezjach niemieckich biskupi (kierując się chyba zasadą miłosierdzia i indywidualnego osądu sumienia) zaczęli już nawet dopuszczać osoby żyjące w ponownych związkach do sakramentów.

W tych dniach jednak, gdy papież ogłaszał zamiar zwołania synodu (a nawet dwóch, co świadczy o powadze problemu. Na pierwszej sesji ma się odbyć dyskusja, a na kolejnej – sformułowanie wniosków…) Kongregacja Nauki Wiary wydała orzeczenie, przypominające katolikom o fundamentalnej zasadzie nierozerwalności małżeństwa – i o tym, że jest to zasada sformułowana wprost i bardzo jasno przez samego Jezusa (a nie w czasach późniejszych, przez Kościół) – a zatem Kościół nie czuje się upoważniony, by ją zmieniać.

I tutaj ze zdziwieniem obserwowałam reakcję niektórych mediów katolickich na to oświadczenie.

Wiele z nich zgodnie bowiem dopatrzyło się tutaj „definitywnego zamknięcia drzwi dla dopuszczenia do Eucharystii niesakramentalnych małżonków” – choćDLA MNIE fakt, że będąc już żoną/mężem jednej osoby nie można w Kościele katolickim ważnie poślubić innej (przyjąć sakramentu małżeństwa) – nie implikuje w sposób konieczny tego, że korzystanie w tym stanie duszy z innych sakramentów – przede wszystkim ze spowiedzi – byłoby tylko „grzechem i obrazą Boską.”

Chciałabym, żeby to było zupełnie jasne: małżeństwo jest dla mnie zasadniczo nierozerwalne (pomijam bardzo poważne przypadki, w rodzaju maltretowania, kiedy to rozwód okazuje się konieczny) – a naruszenie tej więzi uważam za bardzo poważny grzech.

Ale jednak TYLKO grzech, jak inne, nie zaś coś, co powinno wykluczać człowiekaNA ZAWSZE ze wspólnoty Kościoła – a tak niestety często się dzieje, gdy „rozwodników” odsuwa się już nie tylko od Stołu Pańskiego, ale nawet – jak zauważa mój dawny spowiednik, o. Mirosław Ostrowski (który obecnie w Warszawie zajmuje się duszpasterstwem takich osób) – od pełnienia różnych „pomniejszych” funkcji, nawet takich, jak czytanie podczas liturgii.

Niech mi Bóg wybaczy podobne zuchwalstwo, ale zastanawiam się czasem, czyNAPRAWDĘ (w zamyśle Chrystusa) sakramenty święte to ma być taka „nagroda dla grzecznych dzieci”, taki cukierek za dobre sprawowanie? Czy raczej pomoc dla wędrujących grzeszników? I czy Jezus nie powiedział, że „nie potrzebują lekarza zdrowi, tylko ci, którzy się ŹLE mają?”

I czy fakt, że człowiek „niedomaga” (grzeszy) w jednej sprawie, powinien definitywnie zamykać mu drogę do pomocy Kościoła w innych kwestiach? Czy nie należałoby raczej tych ludzi dopuścić w jakiejś formie („warunkowo”) – przynajmniej do spowiedzi? Przynajmniej tych, którzy nie byli winni rozpadowi swojego pierwszego związku – co więcej, niejednokrotnie uczynili wszystko, żeby do niego nie dopuścić?

Watykański dokument określa także praktykę siostrzanej Cerkwi Prawosławnej, która – po spełnieniu pewnych warunków (pokuty) – dopuszcza jednak rozwiedzionych do ponownych zaślubin, mianem „przeszkody ekumenicznej.”

A ja się zastanawiam, czy rzeczywiście bracia prawosławni lekceważą w ten sposób nakaz Pana Jezusa i powagę sakramentu małżeństwa? Czy nie kierują się raczej zasadą „miłosierdzie przed prawem”, która powinna nam zawsze przyświecać?

Oczywiście, w tym okazywaniu miłosierdzia też należałoby zachować pewien umiar – bo w końcu ile razy, bez narażania się na śmieszność, można komuś ślubować, że się go nie opuści „aż do śmierci”?

Zdaje mi się, że Cerkiew Prawosławna daje swoim wiernym trzy takie szanse („do trzech razy sztuka”?:)) – jeśli się mylę, proszę mnie poprawić – przy czym tylko pierwsze małżeństwo jest celebrowane z całym ceremoniałem, kolejne zaś zawierane są według innej liturgii, o bardziej pokutnym charakterze. Każde następne małżeństwo natomiast uważane jest już za nieważne i grzeszne.

Zostawmy to jednak.

Jako „niesakramentalną” żonę znacznie bardziej zabolały mnie reakcje niektórych dziennikarzy, niż sama treść dokumentu Kongregacji.

Oto bowiem, choć np. „Przewodnik Katolicki” współczująco zauważa, że tak autorytatywne stwierdzenie, wyrażone właśnie wtedy, gdy wydawało się, że nadchodzą jakieś zmiany, „musiało tylko wywołać u samych zainteresowanych nową falę bólu” – to jednak zaraz dodaje, że sytuacja rodzin niesakramentalnych jest problemem tylko z naszego, europocentrycznego punktu widzenia.

No, tak, „prawdziwe”, dobre rodziny katolickie mają zupełnie inne problemy. Prawdziwe. I to nimi właśnie papież i biskupi powinni się zająć w pierwszej kolejności. Bo po cóż tak ciągle zajmować się tymi zatwardziałymi grzesznikami?

Przykro mi, ale wyczuwam w tym właśnie raczej tę duszpasterską chęć dalszego „wyczesywania dziewięćdziesięciu dziewięciu bieluśkich owieczek” – niż wyjścia na peryferie naprzeciw tej jednej, która się zagubiła, do czego tak gorąco zachęca papież Franciszek.

To jeszcze jednak nic w porównaniu z tym, czego dokazał – notabene lubiany przeze mnie – red. Franciszek Kucharczak w „Gościu Niedzielnym.”

Z widoczną satysfakcją napisał on bowiem, że – wbrew temu, czego się spodziewali niektórzy – Stolica Apostolska nie wydała przyzwolenia na „cudzołóstwo.”

No, tak. Cudzołóstwo. Jakże to łatwo zamknąć całą złożoność ludzkich losów w tym jednym słowie: cudzołóstwo. Jakby tu tylko o „pobłażanie dla grzechu” chodziło…

Myślę tu zwłaszcza o tych wszystkich osobach, które zostały zdradzone i porzucone, a także o tych, których jedyną winą jest to, że się z nimi związały, często po wielu latach od rozwodu (same nie mając żadnych „przeszkód małżeńskich” według prawa kanonicznego). Czy i one – niewinne przecież rozpadowi niczyjego małżeństwa – powinny ponosić taką samą karę, jak te, które zdradzały i porzucały? Nie jestem pewna… Nie wiem. Zastanawiam się tylko.

„Kościół władzy” czy MIŁOŚCI?

Nigdy nie ukrywałam, że tym, co zawsze najbardziej odstręczało mnie od niektórych nurtów feminizmu jest częste w nich interpretowanie WSZELKICH ZJAWISK, nawet tak złożonych, jak religia, na jednej tylko płaszczyźnie, mianowicie w  „kluczu władzy” i dominacji – naturalnie, dominacji mężczyzn nad kobietami.

Wydaje mi się, że takie podejście do rzeczywistości jest niezwykle redukcjonistyczne, upraszczające, nieprawdziwe. Zupełnie tak samo, jak fałszywe było marksistowskie ujmowanie historii ludzkości jedynie przez pryzmat „posiadania” – i walki „klas posiadających” z nieposiadającymi. (Pamiętam, jak kiedyś gdzieś przeczytałam wspomnienie córki Karola Marksa, jak to ojciec zwięźle jej wyjaśnił, że Jezus „to był taki rewolucjonista, którego zabili bogaci.”:))

Tego typu redukcjonistyczna filozofia wkrada się też czasami do teologii, głównie katolickiej.

Jedna z przedstawicielek tego nurtu, która zasłynęła powiedzeniem, że „jeśli Bóg jest mężczyzną, to mężczyzna jest bogiem” już dawno na skutek tych jakże ożywczych poszukiwań duchowych opuściła Kościół katolicki i nawet chrześcijaństwo, i zaczęła oddawać cześć Bogini Matce-Ziemi, Gai.

Co dla mnie jest równie nieroztropne, jak robienie z Boga „Wielkiego Macho.”

Powtórzę po raz kolejny. Bóg, na ile mi wiadomo, nie jest ani mężczyzną, ani kobietą (aczkolwiek Jezus był mężczyzną – i objawił nam Boga raczej jako Ojca, niż Matkę!) – a nawet gdyby – przyjmijmy na chwilę to absurdalne założenie – Bóg rzeczywiście BYŁ mężczyzną, w niczym nie zmieniałoby to faktu, że każdy ziemski „syn Adama” pozostałby nadal tylko człowiekiem.

Ponieważ jednak – czemu wielokrotnie dawałam już wyraz na tym blogu! – marzy mi się np. powrót do starożytnej instytucji diakonatu kobiecego w Kościele (być może z prawem do spowiadania – sądzę, że „kierownictwo duchowe”, sprawowane przez kobietę, mogłoby być wzbogacającym doświadczeniem, zwłaszcza dla mężczyzn. Choć muszę przyznać, że DLA MNIE osobiście byłaby to posługa psychologicznie nie do udźwignięcia: już kiedy byłam animatorką wspólnot młodzieżowych, te wszystkie tajemnice, które powierzali mi w zaufaniu moi podopieczni, niekiedy bardzo mi ciążyły. Albo to jest tak, że kobiety w ogóle za bardzo się przejmują, „zachowując wszystkie te sprawy w swoim sercu” – albo po prostu ja nie mam do tego powołania:))  – i codziennie się modlę, aby to papież Franciszek był tym, który odważy się na taki krok w stronę starodawnej Tradycji.

Dawno (łamane przez „chyba nigdy”) nie słyszałam też w kościele kazania – już nie wspominając nawet o liście biskupów! – które by dotyczyło problemu przemocy w rodzinie. A przecież jest to problem, który dotyka setek kobiet spośród tych, które co niedziela grzecznie zasiadają w kościelnych ławkach.

Z zaciekawieniem więc słuchałam w niedzielnej radiowej „Familijnej Jedynce” – to jest taki poranny blok programów katolickich, nadawany od 6. do 9. rano – wywiadu z pewną polską „teolożką”, w nadziei, że się może czegoś dowiem na interesujące mnie tematy.

I muszę przyznać, że zaczęło się nawet ciekawie: od pytania, po co właściwie kobieta ma studiować teologię – o ile, oczywiście, nie zamierza zostać katechetką.

Sama zastanawiałam się niejednokrotnie, czemu – skoro to kobieta-Maryja jest patetycznie nazywana „wychowawczynią powołań kapłańskich” – kobiety nie uczestniczą  w większym stopniu także w formowaniu  młodych mężczyzn do kapłaństwa. Pytanie do księży, czytających tego bloga: ile znacie kobiet, które wykładają w wyższych seminariach duchownych? No, ile?

Myślę, że one tam głównie sprzątają. I gotują.

A wydaje mi się, że bardzo by się tam przydały – choćby dlatego, że dzięki swej intuicji łatwiej mogłyby wychwycić pewne niepokojące sygnały w zachowaniu kandydata.

Mam koleżankę, która przez pewien czas pracowała w seminarium i ona twierdzi, że da się wyczuć, który z przebywających tam mężczyzn ma problemy z własną seksualnością: według niej objawia się to często lekceważącym lub dwuznacznym odnoszeniem się do kobiet…

Z tym się zatem zgodziłam. Bezsprzecznie potrzebujemy więcej kobiet na kościelnych katedrach. Niestety, dalej było już tylko gorzej. Usłyszałam bowiem tylko tradycyjne utyskiwania na temat „czego to kobietom w Kościele nie wolno” i pochwałę francuskich działaczek, które bohatersko „walczą” o to, by oddano im to, co już posiadały, czyli możliwość sprawowania funkcji „administratorek parafii.”

I pomyślałam sobie wtedy: „Mój Boże, świat wokół nas jest coraz bardziej zdechrystianizowany, a my się kłócimy we własnym gronie o to, kto ma administrować parafią albo rozdawać komunię! Niedługo we Francji czy w Czechach w ogóle nie będzie działających kościołów, więc i zarządzać nie będzie czym…”

Toż to czysty klerykalizm – to przekonanie, że w Kościele ksiądz czy biskup jest kimś lepszym i ważniejszym, ponieważ jest tym, który ma „władzę.”

Te kobiety rozumują tak: „W Kościele władzę mają mężczyźni, więc już najwyższa pora, by się tą władzą z nami podzielili!”

Słuchałam więc tego trwającego dobrych kilkanaście minut wywiadu i ze zdziwieniem zauważyłam, że w ciągu całej rozmowy ANI RAZU nie padły słowa „wierzymy”, „modlimy się”, „Pan Bóg” czy też „Jezus”. Bardzo często natomiast powracały sformułowania – „walczymy”, „żądamy”, „musimy się domagać.”

Jest to jednak, bardzo mi przykro, język typowy dla POLITYKI a nie dla Ewangelii!

Ja w ogóle jestem przeciwna utożsamianiu chrześcijaństwa z „pójściem na wojnę” przeciwko komukolwiek, jak to się często czyni, mówiąc np. że Kościół „walczy” z in vitro czy antykoncepcją – albo, ostatnio, że „Kościół ma nowego wroga: gender.”

Moim zdaniem misja Kościoła w ogóle nie powinna polegać na „walce” – tylko na ukazywaniu światu piękna i mocy Ewangelii, która jako jedyna ma moc przemieniać serca ludzi, bez żadnego moralizowania i rzucania gromów na grzeszników…

A ten świat na pewno nie stanie się bardziej chrześcijański od tego, że jakaś kobieta zostanie biskupem.

Zwłaszcza, że jak pokazują liczne przykłady Kościołów, które wprowadziły już u siebie taką innowację, Kościół rządzony przez kobiety nie jest wcale lepszy od tego rządzonego przez mężczyzn. Wszędzie tam, gdzie jest władza, pojawiają się od razu pycha, zawiść, chciwość, pieniądze… No, i alkohol. Jakiś czas tamu Onet tylko mimochodem informował o niemieckiej pani biskup, która rozwaliła samochód, jadąc po pijanemu. Podobny incydent z biskupem Piotrem Jareckim w Polsce był tematem burzliwych debat przez kilka tygodni.

Ale kiedy pani teolog już skończyła wychwalać dokonania swoich zachodnich koleżanek na polu kościelnej emancypacji (w tym „zbuntowanych” amerykańskich zakonnic, o których tu kiedyś napisałam, że chcą poprawiać samego Jezusa:)), przeszła z kolei do tego, czego jeszcze bardziej nie lubię: do krytyki „tradycyjnych ról”, pełnionych od wieków przez kobiety w Kościele…

Proszę Państwa, ja ROZUMIEM, że być może podmywanie staruszków czy opieka nad ociemniałymi to nie są rzeczy tak prestiżowe, jak bycie „biskupką” czy choćby skromną administratorką parafii. Zapewne nie ma się przy tym absolutnie żadnej władzy. Bardzo mi przykro, jednak ktoś to MUSI robić.

A ostatecznie: co LEPIEJ wyraża ducha Kościoła, ducha miłości bliźniego, ducha Tego, który powiedział, że „ostatni będą pierwszymi”? Się pytam.

Postscriptum: To swoją drogą interesujące, że kiedy grupa łysych młodzieńców zakłóciła wykład Zygmunta Baumana lub gdy nieznani sprawcy oblali brunatną cieczą Kubę Wojewódzkiego – mówiło się natychmiast o „zagrożeniu faszyzmem” i „niedopuszczalnej nienawiści prawicowych ekstremistów”, kiedy natomiast ukraińskie półnagie femenistki zaatakowały (już po raz drugi w tym roku!) prymasa Belgii – to jest to tylko „uzasadniony obywatelski sprzeciw wobec nieodpowiedzialnych działań Kościoła.” (Tym razem chodziło o to, że duchowny, jako jeden z niewielu, wypowiadał się negatywnie o planowanej w tym kraju nowelizacji ustawy eutanazyjnej, o której pisałam w jednym z poprzednich postów.).

Bo czy ktokolwiek na świecie słyszał o lewicowych (czy feministycznych) ekstremistkach? Skąd! :) Przecież każdy wie, że takie zwierzę, jak ekstremista lewicowy w ogóle nie istnieje! :) A jeśli już to nie u nas, nie w Europie, nie w naszych czasach, itd.

Tak samo, jeśli ktoś – nawet w bardzo agresywny, chamski sposób – krytykuje Kościół katolicki, to ZAWSZE jest to jedynie „uzasadniona krytyka” – natomiast, jeśli to któryś z hierarchów ośmieli się coś skrytykować, z reguły mówi się i pisze że „Kościół potępia”, „wyklucza”, „straszy.”  Kościół „idzie na wojnę”, Kościół „ma nowego wroga…”

Czujecie tę subtelną różnicę? Nie tylko językową zresztą.