I niech lepiej zapadnie cisza…

Pytałam niedawno jednego z moich byłych spowiedników, jak mam sobie radzić z powracającą wciąż falą brutalnej krytyki pod własnym adresem. Czy może powinnam w ogóle przestać pisać tego bloga (skoro to aż  tak ludzi mierzi)?

Ostatnio znowu zostałam zrównana z podłogą – choć bardzo się starałam, żeby wszystkich, którzy tu przychodzą, traktować z szacunkiem, jak moich Gości… Widać starałam się jeszcze za mało. Przepraszam wszystkich, których uraziłam.

Odparł, że powinnam wobec tego zachować spokój – ale zająć się przede wszystkim tym, co się dzieje w moim wnętrzu.

Zdecydowałam więc, że wrócę tu dopiero, gdy się stanę choć odrobinę lepszym człowiekiem…Nie mam pojęcia, kiedy znajdę w sobie dość siły i odwagi, żeby cokolwiek znowu do Was napisać

Tymczasem zostawiam Was samych – z bardzo piękną piosenką. Choć nie wiem już, czy sama mam prawo ją śpiewać, mam nadzieję, że chociaż Wam się spodoba…

http://retrospekcyjna.wrzuta.pl/audio/4INm40KBAfr/pedro_n._-_tak_malo_tylko_do_ciebie_nalezy

 

Najtrudniejsze fragmenty Biblii: „Rzeź niewiniątek.”

Kilka dni temu w Radiu Warszawa (jest to diecezjalne radio diecezji warszawsko-praskiej) wysłuchałam przejmującego słuchowiska o tym, jak to Herod, król Judei (który był już wówczas bardzo chory), wiercąc się nocą na łożu, zmaga się ze swoimi wewnętrznymi demonami, planując tzw. „rzeź niewiniątek” – wymordowanie wszystkich małych chłopców w Betlejem.

To niebanalne ujęcie popularnego „jasełkowego” tematu skłoniło mnie do napisania niniejszej refleksji.

Przede wszystkim, warto powiedzieć, że z Herodem jest pewien problem. Otóż wiadomo, że umarł on (najprawdopodobniej na raka żołądka) w 4 roku „przed narodzeniem Chrystusa”! Tak, tak – i stąd właśnie wiemy, że mnich Dionizy Mały, który w VI w. ustalił początek ery chrześcijańskiej, pomylił się o co najmniej kilka lat (dziś najczęściej mówi się o sześciu lub siedmiu – ponieważ z kolei wtedy urzędował w Syrii „Kwiryniusz”, wspominany przez równoległą relację św. Łukasza).

Dalej, krytycy zauważają, że inne (pozabiblijne) źródła historyczne z epoki, często bardzo nieprzychylne wobec polityki Heroda, nic nie wspominają o tym niechlubnym epizodzie z jego życia. Niektórzy z nich, jak np. mój dawny spowiednik, Tadeusz Bartoś (który  także twierdzi, nie wiem, na jakiej podstawie, że Jezus z całą pewnością nie urodził się w Betlejem. Ale on, jeśli można wierzyć w tej sprawie Terlikowskiemu, zasłynął także powiedzeniem, że ci, którzy jeszcze wierzą w zmartwychwstanie Chrystusa, są całkiem jak ci, którzy wierzą, że „Elvis żyje.” No, cóż – nie od dziś wiadomo, że neofici są zawsze najbardziej gorliwi…), że cała ta opowieść jest tylko nic nie znaczącą dziecinną bajeczką – że, mówiąc w pewnym żartobliwym uproszczeniu: „żadnego Heroda nigdy nie było, nie ma i nie potrzeba!”:)

Tym jednak chciałabym odpowiedzieć, że, przede wszystkim, w porównaniu z innymi zbrodniami tego króla, który okrutnie traktował nie tylko swoich żydowskich poddanych (nie był bowiem Żydem, lecz Idumejczykiem i nie cieszył się sympatią tych, nad którymi z woli Rzymu miał panować – mimo, że formalnie przeszedł na judaizm i rozpoczął budowę nowej Świątyni w Jerozolimie), ale nawet własną rodzinę (podejrzewano go, nie bez podstaw, o zabicie własnej żony i synów) – rozkaz zgładzenia paru dzieciaków (biorąc pod uwagę ówczesną wielkość Betlejem, „chłopców w wieku do lat dwóch” nie mogło być tam na pewno więcej, niż pięćdziesięciu…) – mógł się nie wydawać godny odnotowania.

Tym bardziej, że – trzeba to sobie jasno uświadomić – starożytność w ogóle nisko sobie ceniła małe dzieci, co w dużej mierze wynikało z ich wysokiej umieralności (dość przypomnieć, że na ziemiach dawnej Słowiańszczyzny „postrzyżyny” chłopca odbywały się dopiero, gdy ukończył on siódmy rok życia – wcześniej nie widziano nawet potrzeby, by nadawać dziecku oficjalnie imię, skoro nawet nie było wiadomo, czy przeżyje…)

Warto też dodać, że – teologicznie rzecz ujmując – autor Ewangelii nie miał żadnej potrzeby, aby zmyślić taką dziwną historię – śmierć niemowląt nie była koniecznym „znakiem” nadejścia Mesjasza według żadnego z pism prorockich.

Można też od razu zauważyć pewną „chronologiczną niekonsekwencję”, która występuje w katolickim kalendarzu liturgicznym – właściwie uroczystość  Objawienia Pańskiego (Trzech Króli) oraz „święto Świętych Młodzianków” (wspomnienie zamordowanych dzieci betlejemskich, obchodzone 28 grudnia) powinniśmy obchodzić PO uroczystości Ofiarowania Pańskiego (2 lutego), a nie przed nią!

A to dlatego, że Maryja i Józef zgodnie z prawem żydowskim przynieśli Dziecko do Świątyni „aby je przedstawić Panu” w 40 dni po narodzeniu – natomiast podróż „Mędrców ze Wschodu” (być może z terenów ówczesnej Persji, dzisiejszego Iranu – tamtejsi władcy byli również kapłanami, nazywanymi po grecku „magoi”; nawiasem mówiąc, to, co dziś powszechnie uważamy za „czapkę czarnoksiężnika” to właśnie nakrycie głowy… władców perskich!:)) do Palestyny z całą pewnością musiałaby trwać dłużej, być może nawet około 1,5 roku, licząc od ukazania się tajemniczej „gwiazdy.”

To by również tłumaczyło, dlaczego Herod – dowiedziawszy się (dopiero od Mędrców!) o narodzinach Jezusa, kazał dla pewności objąć wyrokiem śmierci dzieci nawet dwuletnie.

Bardziej poruszające w kontekście wiary wydaje mi się  jednak inne pytanie: dlaczego Bóg na to wszystko pozwolił? Czyżby okazał się aż takim egoistą, że pozwolił na śmierć kilkudziesięciu niewinnych chłopców (skóra mi cierpnie na myśl o tym, że były to wszystko maluchy w wieku mniej więcej mojej Anieli…a ona jest taka słodka i bezbronna, kiedy śpi…) i na cierpienie ich matek – po to tylko, by jeden z nich, Jego Syn, Syn Maryi, mógł zostać ocalony?

Wydaje mi się, że ta bulwersująca opowieść nabiera jednak zupełnie innego wymiaru, jeśli się pamięta, że ten mały Królewicz został ocalony nie po to, żeby mógł sobie (jak to w bajkach bywa…) „żyć długo i szczęśliwie” – tylko po to, żeby ludzie mogli Go zabić we właściwym czasie, przybijając do krzyża…

Można więc powiedzieć, że nie tyle został wówczas ocalony od śmierci, co po prostu wyrok na Niego uległ odroczeniu…

Rzeź-niewiniątek

Ilustracja: Michał Rutz, Ołtarz smoleński. Rzeź niewiniątek.

A wszystkim Czytelnikom, należącym do obrządków wschodnich, którzy dziś obchodzą Boże Narodzenie, chciałabym najserdeczniej życzyć błogosławionych Świąt!

Co naprawdę myślę o… GENDER?

Przede wszystkim, chciałabym zauważyć, że z „gender” jest trochę tak, jak z katolicyzmem. :) Wszyscy o tym dyskutują, ale niewielu się tak naprawdę na tym zna.

Powiedziałabym nawet, że ilość wygłaszanych na ten temat bzdur jest wprost proporcjonalna do stopnia niewiedzy.

Toteż ja sama chciałam zaczekać z napisaniem tego posta, aż się trochę „oczytam.” Tymczasem jednak, chwilowo, nie stać mnie na wykupienie książek z interesującej mnie dziedziny. ;(

Gdyby ktoś z Państwa zechciał zasponsorować mi kilka pozycji, byłabym niezwykle zobowiązana…:)

Ale, pomyślałam sobie, skoro już tylu samozwańczych „ekspertów” wypowiada się na ten temat bez żadnej znajomości rzeczy, to mogę i ja – zastrzegając jednakże, że wiem o tym znacznie mniej, niżbym sobie życzyła.

Ostatnio zresztą znowu zrobiło się na ten temat głośno, za sprawą listu biskupów, którzy dostrzegli w gender zgoła największe zagrożenie dla świętej rodziny polskiej.

List ów krytykują nad podziw zgodnie i publicyści „Tygodnika Powszechnego” (jak Błażej Strzelczyk) i feministki (niezrównana Eliza Michalik rzuciła błyskotliwie, że wszystkim krytykom gender chodzi ni mniej więcej tylko o obronę „władzy facetów”, którzy pragną nadal żyć „z wykorzystywania pracy innych” – tj., w domyśle, swoich matek, żon i córek. Słowem: klasyczny wyzysk człowieka przez człowieka, jak by powiedział towarzysz Marks. Zabawne jest to o tyle, że akurat „faceci” w sutannach, którzy ten list napisali, na ogół nie żyją z kobietami. Rozumiem zatem, że „żyją z pracy” swoich gospodyń i innych zakonnic?:)).

Szczerze mówiąc, zawsze mnie trochę śmieszy, kiedy różni komentatorzy (często wojujący ateiści) zaczynają dyktować hierarchom Kościoła, czym „powinni” się zajmować, a czym już zupełnie nie powinni.

Wydaje mi się, że dopóki to nie narusza zasad porządku publicznego, każdy duchowny może we wnętrzu własnej świątyni nauczać czegokolwiek zechce. Nawet, jeśli wola – że Ziemia jest płaska. I nikomu nic do tego.

Mimo wszystko, nie kwestionując faktu szkodliwości tej nowej utopii (o czym dalej), zastanawiam się jednak, dla JAKIEGO PROCENTA ludzi, którzy co tydzień grzecznie zapełniają kościoły, ma ona jakiekolwiek realne znaczenie?

Sądzę raczej, że zjawisko to na szczęście jeszcze dosyć niszowe – i że wielu spośród słuchających mogło nie mieć zielonego pojęcia, o co właściwie ekscelencjom chodzi…

Chciałabym także kiedyś usłyszeć w kościele list biskupów (napisany prostym, ludzkim, zrozumiałym językiem – bez teologicznego zadęcia!) pochylających się z równą troską nad problemem przemocy w rodzinach czy też nad zagrożeniami, jakie powodują pijani kierowcy.

W tym punkcie przychylam się do zdania o. Pawła Gużyńskiego, że nie jest dobrze, jeśli bita kobieta w kościele usłyszy tylko, że „ten gender jest zły!”

Przepraszam, ale nigdy jakoś nie mogłam pojąć dlaczego to, że ktoś bije  i gwałci po pijanemu swoją żonę, to tylko jego grzech prywatny, nadający się co najwyżej do wyznania w konfesjonale – ale to, że niektóre (katolickie!) pary myślą np. o in vitro, to już „problem społeczny”, wymagający napiętnowania z każdej ambony w tym kraju. Podobnie z gender.

Do napisania tych paru słów zupełnie na gorąco sprowokowała mnie jednak najpierw niezawodna prof. Środa, gdy w wywiadzie dla „Faktu” stwierdziła autorytatywnie, że „gender to nie żadna ideologia, to NAUKA.”

Przykro mi, pani profesor, ale po raz kolejny ośmielę się z panią nie zgodzić.

Sam fakt, że się WYKŁADA coś na uczelni nie świadczy jeszcze o „naukowości” tego czegoś. Przypomnę, że podobnie niegdyś wykładano na uniwersytetach „marksizm-leninizm” lub „ekonomię polityczną socjalizmu.” Czytałam nawet o uczelniach, które mają katedry parapsychologii. Czy to oznacza, że irydologia, różdżkarstwo lub chiromancja są dyscyplinami naukowymi?:)

Z dziedziny gender tworzy się zresztą szereg równie „wiekopomnych” prac, zrozumiałych i ważnych głównie dla ich autorów i promotorów, jak te, które w minionym okresie z całą powagą „udowadniały” wyższość gospodarki socjalistycznej nad kapitalistyczną.

Mała próbka: „Rola Internetu w negocjowaniu nieheteronormatywnej tożsamości płciowej…”  I na coś takiego idą ciężkie granty unijne…

Zdaję sobie przy tym sprawę, że podobny zarzut (nienaukowości) ateiści mogą zechcieć postawić np. teologii. Ale jeśli teologia nie jest – załóżmy – dyscypliną naukową, to tym mniej „badania nad społeczną i kulturową tożsamością płci.”

O naukowości (tak mnie uczono na zajęciach z metodologii badań historycznych) przesądzają bowiem dwie rzeczy:

1) (po pierwsze): właściwa metodologia. Mówiąc najprościej, żadna nauka nie TWORZY samodzielnie alternatywnej rzeczywistości, ona ją tylko ODKRYWA i OPISUJE.Tym się różni m.in. od „sztuki”, która może kreować własne światy, jak tylko chce.

2) (Po drugie):Sprawdzalność w praktyce (empiryczna). W odniesieniu do nauk historycznych jest to np. zgodność z materiałem źródłowym, odkryciami archeologicznymi itd. A szerzej w humanistyce także z odkryciami innych nauk o człowieku, jak medycyna, psychologia czy etnografia.

OBYDWU tych rzeczy często brakuje badaniom gender (podobnie jak brakowało ekonomii politycznej socjalizmu).

Po pierwsze na siłę tworzy się najpierw WNIOSKI (choćby to, jakoby kobiety ZAWSZE i wszędzie były „klasą uciskaną”), a dopiero następnie nagina do nich rzeczywistość. Kiedyś w zakłopotanie wprawił takich uczonych pewien cmentarz słowiański ze średniowiecza, na którym nie znaleziono ANI JEDNEGO szkieletu kobiety, który by nosił ślady świadczące o tym, że jego posiadaczka była za życia maltretowana. Ale pani Środa i tak będzie twierdzić, że w dawnych wiekach to nic tylko „samcy męczyli kobiety.” Tak po prostu było i już. :)

Po drugie – to już mogę powiedzieć z całym przekonaniem – w gender nie chodzi wcale o „równość płci” (mój tata gotował kaszki i ocierał noski, a moja mama robiła karierę w biznesie BEZ konieczności przebierania się w cudze szmatki, co „nowe wychowanie” uważa za pożądane, a nawet niezbędne) tylko raczej o ich LIKWIDACJĘ.

Nie chodzi zatem o to, że chciałabym „zapędzić kobiety do garów”, jak się to często i zbyt łatwo spłyca.  Tym bardziej, że sama nie umiem gotować.:)

Uważam, że nie ma nic złego w większej „wymienności” ról społecznych – wszak i Joanna d’Arc nosiła zbroję, co nie przeszkodziło wcale w ogłoszeniu jej świętą patronką Europy. Hildergarda z Bingen, ogłoszona Doktorem Kościoła przez „konserwatywnego” papieża Benedykta, była lekarką i kompozytorką. I tak dalej, i tak dalej.

Uwaga do niektórych księży, którzy (niestety) wypowiadają się na ten temat: nawet jeżeli na obrazkach Świętej Rodziny święty Józef jest tym, który pracuje „w pocie czoła” w warsztacie, a Maryja jest tą, która nosi wodę czy piecze podpłomyki, to jeszcze wcale nie znaczy, że „Tylko tak powinna wyglądać PRAWDZIWA rodzina. Tak chciał Bóg! Na wieki wieków amen.” A wszystko inne jest już poważnym wykroczeniem przeciwko „odwiecznemu prawu Bożemu.” Nie.

Znacznie większy problem moim zdaniem polega na tym, że gender nie postrzega odmienności płci jako WARTOŚCI, tylko jako pewne OGRANICZENIE, które trzeba koniecznie zniwelować.

Jak to napisała prekursorka takiego myślenia, Simone de Beauvoir w „Drugiej płci”: „Nie urodziłyśmy się kobietami – zrobiono z nas kobiety!” Nie wiem, jak ta pani – ale ja jestem kobietą od samego początku: i nawet sobie to chwalę…

W rzeczywistości, jak sądzę, wątpliwości dotyczące własnej tożsamości płciowej przejawia znikoma część ludzkości – a jednak specjaliści (specjalistki) od gender starają się usilnie wytworzyć w nas wrażenie, że taka „płynność i niepewność” jest nieomal najważniejszym problemem, dręczącym homo sapiens.

Nawiasem mówiąc, w moim odczuciu nawet najsłynniejsza polska transseksualistka, Anna Grodzka, przeczy pewnymi swymi zachowaniami niektórym genderowym dogmatom.

Nigdy na przykład nie widziałam tej pani w spodniach – które w XXI wieku przecież chętnie noszą kobiety, określane w genderowym slangu jako cis-gender (w przeciwieństwie do tych „trans”). Te wszystkie kwieciste sukieneczki, widoczna biżuteria i wysokie obcasy… Czy to jednak nie jest próba jak najlepszego wpasowania się w „opresywny społeczny wzorzec kobiecości”? :)

Kwestionuje się zatem znaczenie (pozytywne) samych różnic płciowych jako takich. Gender głosi, mówiąc w uproszczeniu, że „NIE MA już mężczyzny ani niewiasty lecz jest CZŁOWIEK.” (notabene, coś takiego jak „człowiek” realnie nie istnieje – jest to pojęcie abstrakcyjne, ponieważ każdy, chce tego czy nie, RODZI SIĘ już z jakąś płcią). 

Odrzuca się BIOLOGICZNE (mimo wszystko!) podstawy pewnych różnic kulturowych – podczas gdy mnie się wydaje, że tak, jak teologia mówi, że „łaska buduje na naturze” (mówiąc w uproszczeniu: to, do czego człowiek ma nadprzyrodzone „powołanie” to na ogół to samo, do czego przejawia pewne naturalne skłonności. Ktoś, kto nie ma słuchu muzycznego, raczej nie zostanie śpiewakiem operowym, a ten, co mdleje na widok krwi, nie będzie dobrym lekarzem.) – tak też można powiedzieć, że cała ludzka KULTURA „nadbudowana” jest na NATURZE.

Nie bez przyczyny – a już na pewno nie z powodu jakiegoś odgórnego „narzucania” czy „opresji” – ludzie zamieszkujący okolice podbiegunowe jedzą co innego i inaczej się ubierają, niż ci, którzy mieszkają na równiku… Tak samo można by chyba powiedzieć, że nie tyle „kultura stwarza płeć” co „płeć tworzy kulturę.”

Czyżby określenia typu: „literatura kobieca”, „kobieca wrażliwość” czy też „męska rzecz” – były tylko figurami językowymi, pozbawionymi realnego znaczenia? Nie wydaje mi się.

 Różnice płciowe są zatem przez gender postrzegane nie jako wartość, którą należałoby doceniać,  lecz wprost jako zagrożenie dla ludzkiej wolności („jeśli mogę sobie wybrać zawód, światopogląd, partnera, kolor włosów, a nawet godzinę śmierci (eutanazja) – to czemuż by nie PŁEĆ? To takie niesprawiedliwe!”)

Przyznam się, że jako chrześcijanka nie bardzo wiem (redaktorze Strzelczyk!), jak pogodzić taką postawę ze stwierdzeniem, że „WSZYSTKO, co Bóg stworzył było dobre”? Jeśli „wszystko” to także różnice, dzielące kobiety i mężczyzn. (Ostatnio zresztą neurologia odkryła kilka nowych, fascynujących różnic w funkcjonowaniu naszych mózgów – ja bym się raczej zachwycała, jakim cudem różniąc się tak bardzo, jesteśmy w stanie współpracować ze sobą, ubogacać się wzajemnie, porozumiewać się, a nawet, czasami, kochać:))

Tymczasem gender głosi, że „tylko to, co IDENTYCZNE może być naprawdę RÓWNE.”

Nawiasem mówiąc, to też oczywista prawda, iż nie jesteśmy wszyscy, jako ludzie, identyczni. Ostatnio w ulotce pewnego lekarstwa przeczytałam, że nie jest ono wskazane dla ludzi rasy czarnej, ponieważ mogłoby ich zabić. Czy takie „nierównościowe” stwierdzenie, to już rasizm?:) Nie. To tylko stwierdzenie naukowego faktu.

Po trzecie wreszcie – wnioskom (powziętym a priori) „naukowców” (a częściej „naukowczyń”) spod znaku gender często przeczą ustalenia innych nauk szczegółowych – historii, archeologii, językoznawstwa, antropologii, etnologii.

Podam tylko jeden przykład. Kiedyś ekipa etnologów dotarła do pewnego plemienia, które nigdy jeszcze nie widziało kredek. Nikt więc nie instruował dzieci, co „powinny” rysować dziewczynki, a co chłopcy – bo te dzieci nigdy jeszcze nie rysowały niczego. I okazało się, że kiedy naukowcy rozdali im kartki i kredki – dziewczynki zaczęły rysować kwiatki i motyle, a chłopcy – jakieś studnie i żurawie (czyli ichniejsze „urządzenia techniczne.”).

Takich ustaleń genderowcy albo nie przyjmują do wiadomości (słyszałam o tym że na pewnej uczelni w USA feministki doprowadziły do zwolnienia pewnego neurobiologa, który „zgrzeszył” tym, że odkrył, że kobiety i mężczyźni wykorzystują INNE części mózgu przy rozwiązywaniu zadań matematycznych. Tak mocno wierzą w dogmat, że „równy znaczy IDENTYCZNY” że mu tego nie darowały…) – albo próbują stworzyć z gender jakąś jedną wielką „supernaukę” – narzędzie do całościowego wyjaśniania rzeczywistości. A to już jest jedna z głównych cech IDEOLOGII. Każdej.

Jedna wspólna odpowiedź na wszelkie pytania, jakie możemy sobie postawić w zderzeniu z otaczającym światem prawie na pewno jest fałszywa – i nieważne, czy będzie to odpowiedź „fundamentalnie” pojmowanej religii („Bo tak mówi Biblia!”; „Bo Bóg tak chce!”) – czy też udających naukę ideologii.

A gdyby wyznawcy ideologii gender byli zupełnie konsekwentni w swoich zapatrywaniach, powinni też przebudować całą ideę zawodów sportowych.

Bo jak na razie to występuje tam ohydna „segregacja ze względu na płeć” i ordynarne wypominanie kobietom, że jednak nie są „równie dobre” jak mężczyźni. Bo skoczkowie o tyczce skaczą 6 metrów, a skoczkinie – tylko 5. Proponuję, żeby robić zawody koedukacyjne i przyznawać mężczyznom „punkty karne” za „nieodpowiednią” płeć.

I jeszcze coś: jeśli PRAWDZIWA jest ideologia gender („jesteś tym, kim się CZUJESZ, a nie na co WYGLĄDASZ„) to nie rozumiem, czemu IAAF odebrała pośmiertnie medale Stanisławie Walasiewiczównie, która, jak się okazało, miała męski genotyp? Całe życie myślała, że jest kobietą – tak wyglądała i tak się czuła – a jednak nie słyszałam, żeby się za nią wstawił jakiś komitet ONZ-owski. A więc jednak GENY mają jakieś znaczenie?:)

http://www.youtube.com/watch?v=5oGL7njQwrg

Po obejrzeniu tego filmu mój przyjaciel, o poglądach dalekich od konserwatywnych, stwierdził: „Już chyba tylko głupiec mógłby wierzyć, że chodzi im [wyznawcom gender] o jakąś równość płci.”

Odparłam na to, że mnie się wydawało, że takie pomysły zostały już dostatecznie zdyskredytowane przez eksperymenty z ubiegłego wieku, dokonywane np. w izraelskich kibucach, gdzie także próbowano wychowywać dzieci „bez płci” (chłopcom dając do zabawy lalki, a dziewczynkom – zabawki militarne – skutek tego był taki, że dziewczynki próbowały w tajemnicy tulić czołgi, a chłopcy urządzali bitwy lalek:)), a nawet bez rodziny.

Dopiero po latach wychodzą na jaw traumatyczne wspomnienia tak „wzorcowo” wychowywanych ludzi, jako żywo przypominające te z niektórych irlandzkich internatów…

Wygląda jednak na to, że ludzkość jest skłonna do znudzenia powtarzać swoje dawne błędy…

I jeszcze jedno: chociaż nie narzucam swoim dzieciom w żaden sposób, czym „powinny” się bawić – mała Aniela na przykład zauważalnie woli samochody od lalek – to jednak stoję całym sercem po stronie tych rodziców, których dzieci relegowano z przedszkola za odmowę udziału w „równościowych” przebierankach. I po stronie tych biednych, kilkuletnich, upokorzonych chłopców, którzy podobno zamykali się w łazience, byle tylko nie kazano im się przebierać w „dziewczyńskie” ciuszki…

Ktoś, kto coś takiego wymyślił, nie tylko nie ma bladego pojęcia o psychice przedszkolaka, ale nawet nie rozumie różnicy, jaka zachodzi pomiędzy „daniem wyboru” dziecku, a NARZUCENIEM mu określonego zachowania w imię z góry przyjętej ideologii…

Gender-1

Seks-1Gender-3

 

 

 

 

 

 

Postscriptum: Miałam już przestać pisać na temat, który wydaje mi się – mimo wszystko – dosyć jałowym przedmiotem rozważań, ale niestety niezawodna redaktor Michalik (z właściwą sobie „subtelnością” i szacunkiem dla ludzi o innych przekonaniach:))  znowu walnęła mnie  swoim intelektem między oczy, niczym obuchem, odwracając tok mego myślenia o 180 stopni.

Otóż stwierdziła ona, że bardzo mylą się ci, którzy (jak ja) sądzą, że „gender” dąży do zniesienia różnic płciowych: „Chciałabym oświadczyć – powiedziała – że gender właśnie zauważa te różnice i to do nich dostosowuje praktyczne rozwiązania społeczne i prawne. „

Jako przykład przytoczyła jakąś miejscowość w „równościowej” Skandynawii, gdzie tamtejszy „pełnomocnik do spraw gender” (jeśli „gender” jest rzeczywiście TYLKO nauką, jak inne, rozumiem, że tamtejsi mieszkańcy posiadają również  specjalnych „pełnomocników” do spraw innych dziedzin wiedzy?:)) odkrył z przerażeniem, że kobiety nie chcą jakoś korzystać z nocnych autobusów. To zupełnie zrozumiałe, że PARYTETY muszą być zachowane – nawet w autobusach nocnych!

Zatroskany urzędnik rozpisał przeto ankietę, z której naukowej analizy wynikało, że (o, dziwo!) „kobiety się po prostu boją.”  

Natychmiast wdrożono specjalną dyrektywę, w myśl której, „na żądanie KOBIETY” kierowcy autobusów nocnych mają obowiązek zatrzymywać się niemal pod samymi drzwiami domu pasażerki – co więcej, grzecznie zaczekać, aż  zamknie ona za sobą owe drzwi.

Rozumiem zatem, że prawdopodobieństwo, że to wracający do domu wieczorową porą MĘŻCZYZNA (nawet starszy czy niepełnosprawny) zostanie napadnięty w ciemnej uliczce, bliskie jest ZERU?

No, tak, zapomniałabym – wedle tradycyjnej wykładni feminizmu to KOBIETA zawsze jest OFIARĄ, mężczyzna może być jedynie agresorem… (Czyżby więc „gender” było po prostu jeszcze jedną odsłoną feminizmu?)

Kobieta – choćby miała trzy fakultety i czarny pas w karate :) – pozostaje zawsze słabą, bezbronną istotką, wymagającą troskliwej opieki, ponieważ nie jest w stanie sama o siebie zadbać – i w tym celu należy użyć wszelkich możliwych środków, jakimi dysponuje państwo i prawo…

Oczywiście, można ją postrzegać i tak – i wielokrotnie w historii, na przykład w wieku XIX, tak właśnie ją postrzegano. Odprowadzanie damy do domu (szczególnie w nocy) to całkiem miły, dżentelmeński obyczaj. Osobiście nie miałabym nic przeciwko temu. Tylko nie rozumiem, dlaczego teraz ma się to nazywać „gender”?

***

Informacja z TVN24: ” Picie jest ‚demokratyczne.’ Dotyczy wszystkich grup wiekowych, zawodowych i społecznych. Jednakże wiadomo, że wśród mężczyzn najwięcej piją ci najmniej wykształceni, z małych miejscowości. Wśród kobiet natomiast tendencja jest dokładnie odwrotna…”

No, cóż, wygląda na to, że ten „sukces”, za którym tak tęskniła Simone de Beauvoir i jej koleżanki, ma jednak dla kobiet bardzo wysoką cenę…