Kościół a WOŚP (przyczynek).

Wiele już „atramentu” przelano na blogach, pisząc o tym, jak to KK niechętnie, a czasami wręcz wrogo traktuje doroczną akcję, firmowaną przez Jurka Owsiaka.

Niektóre nieprzemyślane opinie dały nawet dyżurnym antyklerykałom asumpt do tego, by sądzić, że „ci czarni są najzwyczajniej w świecie zazdrośni, bo ludzie dają na Orkiestrę, a nie na tacę!”

Na tle tych wzajemnych oskarżeń (od strony katolickiej przodują w nich zwłaszcza środowiska związane z Radiem Maryja) bardzo pozytywnie wyróżnił się metropolita lubelski, abp Józef Życiński, który podczas mszy transmitowanej przez telewizję głośno podziękował tym spośród wiernych, którzy mieli przylepione do ubrań „orkiestrowe” serduszka – słusznie dostrzegając w tym wyraz międzyludzkiej solidarności, która – dodał – „nie zawsze jest rozumiana przez krzykaczy.”

A jako młoda mama, której synek korzystał po urodzeniu zarówno ze sprzętu medycznego, jak i z badań przesiewowych słuchu, finansowanych przez Fundację, nie śmiałabym nigdy być „przeciw” – nawet jeśli męczy mnie czasem nieco krzykliwa, medialna forma całego przedsięwzięcia.

Bo, patrząc na całą rzecz „ewangelicznie” – złe drzewo nie mogłoby przecież wydawać tak dobrych owoców, prawda?

A wszystkim, którzy sądzą inaczej, chciałabym tylko zadedykować pewną mądrą maksymę: „Nie należy odrzucać dobrego pomysłu tylko dlatego, że się nie lubi pomysłodawcy.”

Święty Trójkąt?

Chciałabym przede wszystkim prosić Cię, drogi Czytelniku, byś nie brał wszystkiego, co księża mówią lub piszą na ten drażliwy temat za oficjalne nauczanie KK – bo to po prostu NIE JEST to samo. Często wierzący (mnie nie wyłączając!) przedstawiają jako „dogmat” coś, co jest tylko ich prywatnym poglądem albo fobią.

Mój mądry spowiednik zawsze mi tłumaczył, że nadmierne zainteresowanie sprawami (cudzej) alkowy przejawiają zwłaszcza ci, którzy sami mają jakieś z „tym”problemy. Kościół – mówił – może oczywiście dawać małżonkom pewne moralne wskazówki (np. odnośnie antykoncepcji czy aborcji), ale powinien taktownie zatrzymać się na progu sypialni i nigdy, przenigdy nie zaglądać ludziom pod kołdrę!

Niektórzy katolicy, zwłaszcza ci starszej daty, wciąż odbierają „te rzeczy” jako coś grzesznego, a przynajmniej wstydliwego: „Teraz, Panie, pobłogosław, ale nie patrz na nas, kiedy „to” robimy!”

Niedawno długo (aczkolwiek chyba nieskutecznie) próbowałam przekonać pewnego „tradycjonalistę” że naprawdę nie jest tak, że Bóg „odczuwa wstręt” do wszystkiego, co  w nas fizyczne (jak np. wytrysk nasienia) i toleruje to wyłącznie z powodu prokreacji. Logicznie rzecz ujmując, jak mógłby się „brzydzić” tym, co sam stworzył?

W Biblii jest nawet takie piękne zdanie: „Niczym się nie brzydzisz, co uczyniłeś, bo gdybyś miał coś w nienawiści, nie byłbyś tego uczynił.” < Mdr 11,24> (Notabene, zastanawiam się, czy to zdanie nie powinno wpłynąć na stosunek niektórych wierzących nie tylko do seksu, ale także np. do niepełnosprawnych, do przedstawicieli innych ras i orientacji seksualnych?:))

Oczywiście, zagraża nam również pokusa nadmiernej „sakralizacji” seksu. U Szymona Hołowni znalazłam zabawne stwierdzenie, że pewnej części ludzi „szczęście wieczne” kojarzy się dziś z wiecznie trwającym…orgazmem. No, skoro nie zaznali innego „szczęścia”…

„Zapraszanie Jezusa do naszego łóżka”, co z kolei praktykują inni, to jednak także pewna przesada. Bo jeżeli Pan Bóg jest rzeczywiście Miłością, to jest obecny w każdym przejawie ludzkiej miłości – także w tym najbardziej intymnym! – i nie potrzeba Go jeszcze tam jakoś specjalnie „zapraszać.”

O. Knotz, czołowy kościelny „specjalista od tych rzeczy” mądrze kiedyś powiedział, że każdy sakrament ma własną liturgię, a dla sakramentu małżeństwa jest nią właśnie samo zbliżenie, więc gdybyśmy próbowali (z nadmiaru pobożności) odmawiać przedtem jeszcze różaniec, to by nam się zwyczajnie…odechciało!:)

A Żydzi mają takie piękne powiedzenie: „Kiedy mąż i żona są razem, chwała Boża ich otacza.” I to chyba zupełnie wystarczy.

A w pewnych sytuacjach „trzy osoby to już tłum”, nawet, jeśli jedną z nich jest Osoba Boska,prawda?:)

Postscriptum: Od czasu pamiętnej dyskusji z Rabarbarem o in vitro (Zob. „Żelazne zasady”; „”Magdalena Środa czyta list biskupów”)  zastanawiam się ciągle, czy „kryterium celu” które Kościół często stosuje w sytuacjach „trudnych” naprawdę nie dałoby się zastosować także w tym przypadku (o ile wszystkie poczęte tą drogą przyszłyby następnie na świat), a również, na przykład. w odniesieniu do stosowania antykoncepcji? Skoro bowiem stosowanie pigułki w celach leczniczych trudno uznać za coś złego, to może podobnie „po ludzku” należałoby podejść do sytuacji, kiedy para stosuje „zabezpieczenia” ponieważ kolejna ciąża zagrażałaby zdrowiu lub życiu kobiety. Albo kiedy ma ona już dziewięcioro dzieci i nieodpowiedzialnego męża-pijaka? Naszym głównym celem (motywem działania) nie jest bowiem wówczas „zamknięcie się na dar życia” , prawda? 🙂

Postulowałabym, żeby pozostawić tu nieco więcej „luzu” ich własnemu sumieniu, mimo że istnieje zagrożenie, że taki „wyjątek od reguły” pociągnie za sobą całą lawinę następnych. Dyskusja o aborcji czy eutanazji też zawsze rozpoczyna się od szczególnie drastycznych przypadków, takich w których „no, po prostu grzech byłoby na to nie pozwolić!” Na podobnej zasadzie „wyjątku” zezwoliły na stosowanie „sztucznych” środków antykoncepcyjnych Kościoły protestanckie (w początkach XX w.), a dziś już wiele z nich w pełni akceptuje przerywanie ciąży, często z tej racji, że „prawo tego nie zabrania.”

KŁOPOT „Z WYJĄTKAMI OD REGUŁY” POLEGA NA TYM, ŻE BARDZO TRUDNO WYZNACZYĆ GRANICE…

Epitafium dla Trzech Króli.

Dawno, dawno temu, gdy cała Europa była jeszcze nie tylko „chrześcijańska”, ale przede wszystkim ROLNICZA, wszystko było bardzo proste.

Jako że zima to w rolnictwie „martwy sezon”, ludzie mogli sobie świętować Boże Narodzenie przez całe 12 dni – a świadectwem tego jest chociażby stara, angielska kolęda, która w kolejnych zwrotkach wylicza podarunki, jakie chłopiec przysyła dziewczynie na każdy z tych dni.

Również w tradycji staropolskiej te dni miały status „półświąteczny” – nie należało wówczas wykonywać ciężkich, a „niekoniecznych” prac, w miarę możności wcześniej kończono codzienne obowiązki, a wieczorami spotykano się, aby wspólnie pośpiewać kolędy. W dniu Trzech Króli natomiast rozdawano dziatwie drobne podarunki i słodycze (np. „opłatki smarowane miodem” :)), na pamiątkę tych darów, które od mędrców otrzymał mały Jezus. Współczesne wspólnoty Drogi Neokatechumenalnej, które stawiają sobie za cel powrót do korzeni chrześcijaństwa, zalecają rodzicom postępować podobnie.

Trzeba tu zresztą przypomnieć, że to ten dzień był pierwotnie dniem świętowania przyjścia Chrystusa – bo fakt „ukazania się Mesjasza światu” wydawał się ważniejszy od Jego fizycznych narodzin.

Szóstego stycznia, jak wiadomo, obchodzą Boże Narodzenie chrześcijanie obrządków wschodnich – i to chyba nie tylko dlatego, że w niektórych krajach obowiązuje kalendarz juliański.

Nieco zamieszania wprowadza już sam „tytuł” tego święta.

Św. Mateusz Ewangelista mówi, że: „gdy Jezus narodził się w Betlejem w Judei zapanowania króla Heroda, Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy”(Mt 2,1).

Stąd w niektórych językach świata mówi się nie o (trzech) królach, lecz o „magach” – używa się także nazw „Epifania”  i „Objawienie Pańskie.” Ciekawe jest zresztą, że owe charakterystyczne spiczaste „perskie” czapki, które noszą czarnoksiężnicy we wszystkich bajkach aż do Pottera, po raz pierwszy pojawiają się właśnie na wczesnych freskach, przedstawiających pokłon Mędrców. Średniowieczna legenda mówi także, że było ich dokładnie „trzech” i podaje imiona: Kacper, Melchior i Baltazar. Nieco później pojawia się tradycja mówiąca o tym, że należeli oni do trzech różnych ras.

A wszystko to dlatego, że św. Mateuszowi, piszącemu dla chrześcijan wywodzących się z judaizmu, opis tego wydarzenia miał posłużyć do udowodnienia, że to właśnie Jezus jest wypełnieniem proroctw Starego Testamentu, mówiących o tym, że nadejdzie czas, kiedy to wszystkie „narody” (czyli nie-Żydzi) złożą hołd Bogu Izraela.
A skąd pomysł, że ci magowie/mędrcy ze Wschodu byli również „królami”? Ano stąd, że Europejczycy wiedzieli, że na terenie dawnej Persji władcy często bywali także najwyższymi kapłanami – i chętnie parali się matematyką i astrologią. Obecnie, co ciekawe, niemiecka Kolonia szczyci się rzekomymi relikwiami tych władców, których oczywiście w ciągu wieków „schrystianizowano.”

Ale nowoczesna gospodarka ma to do siebie, że bardzo źle znosi długie „przestoje.” (Czy jednak nie oznacza to także, że nie umiemy już nie tylko świętować, ale nawet wypoczywać, mimo że tzw. „czasu wolnego” mamy dziś więcej, niż kiedykolwiek przedtem?). Z tego względu, jak wiadomo, w zeszłym roku przepadł w naszym parlamencie projekt przywrócenia 6. stycznia dnia wolnego od pracy. Podobno nas na to nie stać. Święto to było jednak w Polsce dniem wolnym aż do 1960 roku, a jego zniesienie było niewątpliwie częścią antykościelnych represji, podjętych za czasów Władysława Gomułki.

Warto także dodać, że do dziś świętują tego dnia między innymi obywatele: Austrii, Finlandii, Hiszpanii, Niemiec (w niektórych landach), Słowacji, Szwecji i Włoch – a trudno przecież powiedzieć, by były to wszystko kraje bardzo sklerykalizowane…

TEORETYCZNIE w Polsce jest zaledwie 11 dni ustawowo wolnych od pracy. Niby nie jest to dużo, ale… ci, którzy podnoszą ten argument, zdają się nie pamiętać o naszej narodowej słabości do „długich weekendów.”

Śmiem twierdzić, że gdyby nam dać wolne w Trzech Króli, to byśmy radośnie świętowali „jak Pan Bóg przykazał” – od Wigilii aż do 6 stycznia! No, to – niech nam się święci! 😉

Por. też: „Problemy z niedzielą.”