Opuszczona winnica?

Obecny rok – jak podaje Krajowe Duszpasterstwo Powołań – jest „rekordowy” pod względem liczby kandydatów do seminariów – zgłosiło się ich tylko sześciuset. Tak źle nie było podobno od czasów „wczesnego Gierka.”

Oczywiście, nasze czasy nie sprzyjają tworzeniu się powołań kapłańskich i zakonnych (materializm, konsumpcjonizm, kult przyjemności, etc., etc.) – a ewidentne skandale w Kościele (często nieudolnie i – dodam – nieuczciwie tuszowane) oraz wszechobecna  krytyka jego instytucji i nauczania (która zresztą niekiedy prowadzi mnie do wniosku, że może jednak to Kościół ma rację?:)) sprawiają, że coraz rzadziej jest to dla młodych ludzi propozycja atrakcyjna.

Wbrew temu, co się mówi (że „księża mają lekką robotę i kasy jak lodu”) jakoś niewielu młodych garnie się do takiej „kariery.”

Jednocześnie jednak – co może zaszokować niektórych zawziętych antyklerykałów – większość młodych księży obecnie nie pochodzi wcale ze wsi (tradycyjnie przez nich uważanej za „bastion ciemnoty i zabobonu”- czytaj: religii), ale z dużych miast, gdzie aktywnie działają nowe ruchy i wspólnoty katolickie. Coraz częściej też do bram zakonów i seminariów pukają osoby po wyższych studiach.

Wniosek z tego taki, że chociaż rodzina – zwłaszcza w miastach – straciła swoją rolę „wychowywania powołań”, to rolę tę z sukcesem spełnia „mała grupa życia chrześcijańskiego” i inne nowe formy duszpasterstwa – zgodnie zresztą z zaleceniami Soboru Watykańskiego II. A nowi kapłani, chociaż mniej liczni, mają często głębszą wiarę i są lepiej przygotowani do wypełniania swoich funkcji.

Czy należy się zatem martwić o przyszłość Kościoła? Moim zdaniem – nie, chociaż dramatyczne wezwanie Jezusa: „Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo.”(Łk 10,2) wydaje się dzisiaj bardziej aktualne, niż kiedykolwiek.

Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie napisała, że jeżeli co roku w Polsce (jak się oblicza) „odchodzi z kapłaństwa” ok. 120 księży, to jest to strata niepowetowana. I chociaż nie uważam (o czym pisałam tu już wielokrotnie), że zniesienie celibatu byłoby lekarstwem na wszelkie bolączki, to jednak jestem przekonana, że przynajmniej część z nich z radością wróciłaby do obowiązków duszpasterskich, gdyby nie kazano im się przy tym wyrzekać miłości do kobiety i dziecka, które kochają…

A swoją drogą, zastanawiam się ostatnio nad radą, jakiej swego czasu udzielił o. Jan Góra (skądinąd mądry i rozsądny kapłan) na pytanie o to, co powinien zrobić uczciwy ksiądz w takiej sytuacji. Otóż powinien „przeprosić Pana Jezusa – i uciekać jak najdalej. Dalej, niż sięgną oczy jej i dziecka.”  Przeprosić Pana Jezusa…a nie „ją” i dziecko… Czy nie znaczy to w istocie, że z punktu widzenia Kościoła „ta kobieta” i jej uczucia są zupełnie bez znaczenia?

Elegia na śmierć idei olimpijskiej.

Niedawno zakończone igrzyska w Pekinie dały już wielu publicystom powody do narzekań na upadek światowego sportu. Postanowiłam więc i ja dorzucić swój kamyczek do tego ogródka.

To oczywiście prawda, że chińska olimpiada pokazała, jak bardzo we współczesnym świecie liczą się PIENIĄDZE – a wszyscy, nie da się ukryć, jesteśmy uzależnieni od gospodarki Państwa Środka. Wszystko – poczynając od bawełnianej koszulki, którą mam na sobie, poprzez baterię mojego telefonu aż do grzechotki, którą bawi się mój syn – z bardzo dużym prawdopodobieństwem jest MADE IN CHINA. (Tego ostatniego zresztą naprawdę trudno jest uniknąć, ponieważ Chiny opanowały – podobno – nawet do 90% światowej produkcji zabawek!) I z tego powodu nikt z „wielkich tego świata” nigdy nie ośmieli się zbojkotować Chin…

Ale czyż nie było to zjawisko widoczne już wcześniej, kiedy jubileuszową Olimpiadę roku 1996 przyznano nie – jak by się godziło – Atenom, lecz, „ze względów pozasportowych” (głównie finansowych!) amerykańskiej  Atlancie?

A co ze słynną ideą „pokoju i braterstwa między narodami”? Także i w tym punkcie idee olimpijskie zdają się przemieniać w swoją własną karykaturę – jakże daleko odeszliśmy od czasów, gdy sportowcy RPA byli karani zakazem uczestniczenia w zawodach międzynarodowych z powodu panującej w ich kraju polityki apartheidu! – z tym, że i to nie zaczęło się od dziś.

Dosyć przypomnieć „igrzyska Hitlera” w Berlinie w 1936, albo w Moskwie w 1980 roku. (W obydwu tych przypadkach działacze sportowi mogliby się zapewne usprawiedliwiać, że przyznając tym państwom organizację tak wielkiej imprezy liczyli na ich „otwarcie się na świat” – który to argument podnoszono zresztą także przy okazji Pekinu). Albo pamiętne igrzyska w Monachium w 1972 roku, których nie przerwano mimo tragicznej śmierci izraelskich sportowców z rąk terrorystów. Wiadomo – the show must go on!

A dzisiaj, aby pokryć powszechne zawstydzenie z powodu tego, co dzieje się w Tybecie, ukuto wygodną (i jakże obłudną!) formułkę mówiącą, że „przecież to tylko sport!” Tak? A ja myślałam, że IDEA OLIMPIJSKA to jednak coś więcej…

Kolejną sprawą jest wszechobecna we współczesnym sporcie PRESJA WYNIKÓW, która w moim przekonaniu odpowiada nie tylko za tak niekorzystne zjawiska, jak doping, ale przede wszystkim za to, że człowiek uprawiający wyczynowo jakąś dyscyplinę kojarzy się dziś ze wszystkim, tylko nie z antycznym powiedzeniem „w zdrowym ciele – zdrowy duch!” W najlepszym razie staje się trzydziestokilkuletnim emerytem, w najgorszym zaś – kaleką…

A co by się stało (pomyślcie przez chwilę), gdybyśmy – zamiast bicia kolejnych niebosiężnych rekordów (które są już tak wyśrubowane, że nie da się tego zrobić bez specjalnych technik i „dopalaczy” – bo ciało ludzkie, jestem o tym przekonana, posiada pewne własne, naturalne granice) powrócili do prostej zasady, że mistrzem jest ten, który pobiegł najszybciej, skoczył najwyżej, rzucił najdalej? Tak po prostu?

Zgadzam się, że wówczas sport straciłby może nieco ze swojej „widowiskowości” (co w epoce Internetu i telewizji wydaje się niemal nie do pomyślenia!:)), ale zapewne zyskałby na  uczciwości…

I jest to pewien paradoks, że stara, coubertinowska idea, że „nie liczy się wynik – liczy się udział” przetrwała w najczystszej formie wśród tych „najmniejszych”, tych, na których zawodowi sportowcy niejednokrotnie patrzą z nieuzasadnioną wyższością (widać to było choćby po sporach wokół premii za medale) – wśród uczestników Paraolimpiad i Olimpiad Specjalnych…

Biblioteczka „żony eksa.” (2)

  • Kate Saunders, Peter Stanford, Katolicy i seks. Od czystości do czyścca. wyd. MUZA SA.,wyd. II Warszawa 2007. Polecam tę pozycję jedynie po to, by pokazać, jakie głupoty przychodzą ludziom do głowy, gdy myślą o seksie „po bożemu.” Można je streścić w powiedzeniu: po ciemku i tylko po to, by mieć dzieci, brón Boże z przyjemnością, bo to, panie, grzech! Jest to klasyczny przykład taktyki zwanej po angielsku „słomiany człowiek” – najpierw tworzy się karykaturę poglądów przeciwnika, by je następnie wyśmiać i obalić. Np. w kwestii NPR przytaczają jedynie humorystyczny (?) obraz „młodej żony, która wkłada sobie termometr w pupę” (cha, cha, cha – jakie to śmieszne, nieprawdaż?) – nie wysilając się wcale na zbadanie, na czym właściwie nowoczesne metody naturalne polegają. Szczególnie rozbawiła mnie sugestia, jakoby „św. Augustyn wraz ze swoją konkubiną stosował kalendarzyk małżeński i w następstwie tego dorobił się syna” – ponieważ nawet zasady prymitywnej metody naturalnej, zwanej „kalendarzykiem” opracowano dopiero ok. 1930 roku. Zatem, być może, Augustyn stosował jakąś metodę opartą na ABSTYNENCJI SEKSUALNEJ, ale z całą pewnością nie była to metoda kalendarzykowa – jako że nawet podstawowe mechanizmy, sterujące rozrodem u ludzi nie były jeszcze wówczas poznane. Już nawet nie wspominając o tym, że nowoczesne metody rozpoznawania płodności są od tej ostatniej oddalone o całe lata świetlne i znacznie od nich skuteczniejsze (także – czego sama jestem najlepszym przykładem – w przypadku cykli nieregularnych i po porodzie). Potwierdza to nawet WHO, którą trudno przecież posądzać o to, by była organizacją wyznaniową. Autorzy jednak wiedzą lepiej – „TO” nie działa i już! Jako remedium na temu podobne „dzieła” polecam np. klasyczną już dziś pozycję Marioli i Piotra Wołochowiczów Seks po chrześcijańsku czyli jak w pełni wykorzystywać Boży dar płciowości?, wyd. VI, Warszawa 2007., a w sprawach związanych ze stosowaniem metod naturalnych – znakomity podręcznik Johna i Sheili Kippleyów Sztuka naturalnego planowania rodziny, z którego sami chętnie korzystamy.
  • Aldona Rogulska, Adam Klonowski, Oskarżyłam księdza. Historia Ewy Orłowskiej., wyd. NOWY ŚWIAT, Warszawa 2008.  Porażająco prosta opowieść niekochanej dziewczynki (a potem kobiety), z urodzenia już – zdawałoby się – predestynowanej do roli ofiary. Historia „proboszcza z Tylawy” widziana oczyma molestowanego dziecka, a także mieszkańców wsi i hierarchii kościelnej. Oraz ksiądz grekokatolicki i jego piękna, mądra żona w roli oskarżonych o „montowanie antykościelnego spisku.” Pouczające.
  • Andrew M. Greeley, Piekłowstąpienie, wyd. KSIĄŻNICA, Katowice 2006. Autor, ksiądz katolicki, znany głównie z powieści kryminalnych z wątkiem „kościelnym” (Błogosławieni cisi; Grzechy kardynalne; Pokusa), tym razem napisał książkę o „zakazanej miłości” kapłana i siostry zakonnej. Ujęte w nowoczesną formę rozważanie o tym, czym tak naprawdę jest „wola Boża.” Oraz egzotyczny z naszego punktu widzenia obraz przemian, jakie następowały w Kościele amerykańskim po Soborze Watykańskim II.
  • Ewa Nizińska, Stroma ścieżka., wyd. MY BOOK, Szczecin 2006. Jedna z niewielu na naszym rynku książek z cyklu „byłam zakonnicą” , pozwalająca spojrzeć na to, co niekiedy dzieje się za klasztornym murem i naświetlająca mało znany problem kobiecych „odejść” z zakonów. Dedykowana wszystkim, którzy nie mają odwagi odejść… (A propos: poszukuję jeszcze książki Katarzyny Skowrońskiej, Byłam zakonnicą. Pamiętnik siostry Piotry. Gdyby ktoś coś słyszał – proszę o kontakt!).