Jedność warta mszy.

Dziś w radiu usłyszałam sensacyjnie brzmiącą wiadomość: „Msza znowu po łacinie!” Tymczasem najpewniej chodziło o to, że znowu będzie można sprawować Eucharystię i inne katolickie obrzędy (np. pogrzeb) nie tylko w językach narodowych, ale TAKŻE po łacinie, wg dawnego (?) mszału.

 

Warto tu zresztą przypomnieć, że – wbrew temu, co sądzi wielu ludzi – łacina nigdy nie została całkowicie „usunięta” z Kościoła – po Soborze Watykańskim II dopuszczono po prostu inne języki do użytku liturgicznego.

 

A obecna decyzja Benedykta XVI jest po prostu ukłonem w stronę mniej radykalnego skrzydła tzw. „lefebrystów” – którzy nie uznali reform soborowych, a z którymi ten właśnie papież szukał porozumienia od początku swojego pontyfikatu.

 

Niemniej jednak wątpić należy, czy gest ten doprowadzi do całkowitego zakończenia schizmy bpa Lefebre’a – ponieważ część jego najbardziej radykalnych zwalenników uważa wszystkich papieży poczynając od Jana XXIII za heretyków i głosi doktrynę tzw. „sedewakantyzmu” tj. wakatu na tronie papieskim.

 

Pierwsze dni z „reszty naszego życia”…

Baaardzo długo nie pisałam  – wybaczcie mi, to dlatego, że ostatnio w naszym życiu zachodziły zmiany tak szybkie i gwałtowne, że nie miałam już siły i ochoty na pisanie.

 

Przede wszystkim, jak już wiecie, mam pracę – i pochłania mi ona ogromnie dużo czasu. Oprócz tego, i to jest rzecz zupełnie świeża – WYNAJĘLIŚMY MIESZKANIE! Mamy nareszcie jakiś własny kąt: dwa całkiem przytulne, małe pokoiki plus kuchnia i łazienka (ciekawostka, bez umywalki, ale to drobny defekt :)). Urządzamy się dopiero – i wczoraj np. „elegancko” spożywaliśmy nasze zupki z kubeczków (z braku głębokich talerzy) – co jednak, przyznacie, ma swój wdzięk. Przynajmniej po latach będziemy mieli co wspominać…

 

Na razie jestem tak zaabsorbowana pracą, że to mój nieoceniony P. robi zakupy, pichci rzeczone zupki oraz pierze sobie skarpetki – ale obiecuję, że to się niebawem zmieni. Postaram się być „wzorową żoną.” Muszę się tylko odrobinkę wdrożyć. 🙂

 

Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć jedynie, że praca, którą wykonuję powinna nam przynieść całkiem konkretny zysk, który będzie można wymienić na parę miesięcy spokojnego zamieszkiwania pod obecnym adresem – albo też, ewentualnie, na nasze własne cztery kółka (wierzcie mi, że bez samochodu życie z osobą niepełnosprawną staje się wręcz niewiarygodnie skomplikowane…)

 

Mieszkamy dosłownie o kilka kroków od kościoła – tego samego, przy którym należałam ostatnio do wspólnoty – i to jest swoista ironia losu, zważywszy, że bardzo chciałam rozpłynąć się w powietrzu, zatrzeć za sobą wszelkie ślady i „zmylić pogonie.” 🙂 No, cóż, widocznie Pan Bóg chciał inaczej…

 

Mamy już klucze do naszych własnych drzwi, mamy wspólną lodówkę i Internet – a teraz

 

„uśmiechnięci, wpółobjęci

spróbujemy szukać zgody

choć różnimy się od siebie

jak dwie krople czystej wody…”

 

 – jak to zawsze piszą na ślubnych zaproszeniach. 🙂

 

Oby tylko szara codzienność nie zjadła naszej pięknęj miłości…

 

 

Blisko, coraz bliżej…

Ten tytuł jest celowo dwuznaczny. 🙂 Odnosi się bowiem po pierwsze do tego, że już coraz bliżej jest termin, który sobie wyznaczyliśmy, aby być razem (o, mój Boże, co to będzie…;)) – a po drugie do tego, że ostatnio rzeczywiście byliśmy tak blisko siebie, jakbyśmy się chcieli zupełnie stopić w jedność – i tak już pozostać. Na zawsze.

 

Jego przyjazd był jak uciszenie burzy na jeziorze – i teraz już nic mnie nie martwi, nie złości, nie denerwuje… Mimo że nadal nie wiem, jak zdołam być żoną…i matką jednocześnie… Mimo, że boję się, że jego….nasza…miłość ostygnie, kiedy ze „święta” stanie się codziennością. Mimo że nadal szukamy mieszkania, a do 15 sierpnia muszę wykonać pewne trudne, ale za to świetnie płatne zlecenie (mam umowę! mam umowę!! mam umowę!!! :)).  Mimo że rozmowa z rodzicami jest wciąż jeszcze przed nami…

 

Wszystko to wydaje mi się teraz tak śmiesznie mało istotne, wobec faktu, że wiem, że jestem kochana – i że nie jestem sama. Już wiem.

 

A moje dzieciątko (chyba już dużo za duże, by nazywać je Fasolką :)), korzystając z tej iście idyllicznej atmosfery, postanowiło właśnie rozpocząć dwunasty tydzień swojego istnienia.

 

O mój, Boże! Czy ja mogę być taka szczęśliwa? Naprawdę mogę? I czy nie jest tak, że za każde szczęście (zwłaszcza takie – przekraczające normalną, ludzką miarę) trzeba będzie w końcu kiedyś zapłacić?

 

Ale może ja już zapłaciłam?