Z Archiwum X Kościoła: Płaczące Madonny.

Jak wiele innych zjawisk, opisywanych przeze mnie w tym cyklu, także „płaczące wizerunki” (niekiedy chodzi o przedmioty roniące łzy, kiedy indziej – broczące krwią lub spływające jakąś inną, wonną substancją, na przykład olejkiem) należą do kategorii tzw. „objawień prywatnych”  – to znaczy, że nikt (nawet jeśli jest katolikiem) nie musi koniecznie w nie wierzyć, nawet w przypadku oficjalnego uznania ich za nadprzyrodzone przez Kościół (co zdarza się stosunkowo rzadko).

Tym, co wręcz najbardziej rzuca się w oczy – zwłaszcza wobec powtarzających się antyklerykalnych oskarżeń o „wykorzystywanie wiary prostego ludu” – jest właśnie daleko posunięty sceptycyzm hierarchii kościelnej wobec takich przejawów ludowej religijności. Jedna z autorek zauważyła nawet: „Arcydzieła nigdy nie płaczą, lecz płaczą „zwykłe” Madonny.”

Aż do końca XV wieku zjawisko to było właściwie nieznane, choć motyw „płaczu Matki Bożej” (co warto zauważyć, nieobecny w Piśmie Świętym) pojawił się w kulturze nieco wcześniej – czego dowodem są liczne średniowieczne utwory, zwane po łacinieplanctus Mariae (lament Maryi). W kulturze polskiej najznakomitszy przykład tego rodzaju stanowi Lament świętokrzyski, datowany na około 1470 rok.

Pierwszy udokumentowany przypadek „płaczącej Madonny” miał miejsce w roku 1489 we włoskiej miejscowości Pennabilli, w pobliżu Rimini, gdzie „zapłakał” fresk z XI stulecia, umieszczony w kościele pod wezwaniem św. Krzysztofa (św. Augustyna). W ogóle na przestrzeni wieków da się zauważyć pewna „nadreprezentacja” Włoch w występowaniu tego typu objawień. Spośród bardziej znanych miejscowości można wymienić Asyż (1492) czy Locarno (1504) – ale zdarza się to również w innych miejscach na świecie: we Francji, Niemczech i w Kolumbii.

Teologowie i historycy, zajmujący się tym tematem, zwracają uwagę na fakt, że najwięcej tego typu zdarzeń ma miejsce w momentach „przełomowych”, na przykład w okresach wojen i rewolucji (jak we Francji w latach 1790-1830). W roku 1813, roku wielkiej „bitwy narodów” pod Lipskiem (właśnie tam!) płacząca Maryja miała się nawet ukazać naszemu rodakowi, Tomaszowi Kłosowskiemu..

Oblicza się, że w XX wieku miało miejsce około 400 tego typu (prawdziwych i rzekomych) cudów – to cztery razy więcej, niż wynosi łączna liczba odnotowanych zdarzeń tego rodzaju sprzed poprzedniego stulecia!

A spośród nich na pewno warto wymienić dwa najbardziej znane przypadki – z Syrakuz (1953 rok) i z Civitavecchia (1995), gdzie gipsowa figurka Maryi „zapłakała” krwią.

Przypadek z Civitavecchia jest wart uwagi z kilku powodów. Przede wszystkim dlatego, że figurka, o którą chodzi, była niczym nie wyróżniającą się statuetką z gipsu, taką samą, jakich wiele (ponieważ są produkowane seryjnie) można było dostać w sklepikach z pamiątkami w Medjugorie – gdzie właśnie kupił ją proboszcz włoskiej parafii, obiecując przywieźć zaprzyjaźnionej rodzinie jakąś pamiątkę z pielgrzymki do tego znanego sanktuarium.

I chociaż można powiedzieć, że w rodzinie Gregori panowała już wcześniej pewna atmosfera „religijnej egzaltacji”, predysponująca ich niejako do bycia uczestnikami nadzwyczajnych zdarzeń – to jednak trzeba też powiedzieć jasno, że ojciec tej rodziny, Fabio, zwykły elektryk, pracujący dla państwowej firmy energetycznej, który własnoręcznie wykonał w swoim ogrodzie kapliczkę dla podarowanej mu przez księdza figurki – sprawiał raczej wrażenie człowieka trzeźwego i twardo stąpającego po ziemi.

Dlatego też nie uwierzył, kiedy 2 lutego 1995 roku jego sześcioletnia wówczas córeczka, Jessica, przybiegła do niego z krzykiem, wołając: „Tato, tato, chodź zobaczyć! Figurka Matki Bożej płacze krwią!”

Najpierw zupełnie odruchowo ją karci: „Nie bądź niemądra – jak figurka z gipsu może płakać?!” – kiedy jednak mała wciąż nalega, idzie zobaczyć, o co jej chodzi – i przede wszystkim zaczyna szukać naturalnego wyjaśnienia dla niezwykłego zjawiska. Początkowo przypuszcza, że to Jessica, bawiąc się w ogrodzie, skaleczyła się w rękę i pobrudziła twarz statuetki własną krwią, potem – że może chodzić o ślady pozostawione przez jakieś zwierzę.

W końcu, nie znalazłszy przyczyny, decyduje się powiadomić o wszystkim proboszcza, nie mniej zdumionego, niż on sam.

W późniejszych dniach, kiedy zjawisko „krwawych łez” powtarza się około 14 razy na oczach wielu ludzi, Fabio także przede wszystkim stara się jak może chronić prywatność swojej rodziny – i w pewnym momencie decyduje się nawet wezwać policję dla obrony przed religijną egzaltacją tłumu. Stanowczo sprzeciwi się także żądaniu miejscowego biskupa, gdy ten zażąda „wydania” i zniszczenia podejrzanego przedmiotu:

„Kiedy ojciec Pablo zakomunikował mi, co biskup nakazał mu zrobić, powiedziałem mu bez żadnego skrępowania:’ Powiedz biskupowi, że wizerunku się nie dotyka. Ja chcę się tylko dowiedzieć, co dzieje się w moim domu. Nie dojdziemy do prawdy poprzez zniszczenie figurki.’ „ A w późniejszej osobistej rozmowie z hierarchą doda jeszcze:„Ekscelencjo, błagam w imię Boga, ekscelencja musi powiedzieć światu prawdę o tym, co znajdzie w tym wizerunku. Jeżeli jest to oszustwo, proszę powiedzieć otwarcie, że to oszustwo. Jeżeli jest to działanie szatana, proszę powiedzieć, że to wszystko jest szatańskiego pochodzenia. Ale proszę wiedzieć, że moje sumienie i sumienie mojej rodziny są spokojne, ponieważ ta figura została nam podarowana. A zatem, jeżeli to wszystko jest oszustwem, to my jesteśmy pierwszymi, którzy zostali oszukani.”

Przyznacie chyba, że w ten sposób nie mówi religijny fanatyk, zdolny uwierzyć bez zastrzeżeń we wszystko, co widzi?

Godna podkreślenia jest tu także, jak już mówiłam, nieufna postawa Kościoła.

Miejscowy biskup, Girolamo Grillo, gdy mu doniesiono o wydarzeniach w ogrodzie Gregorich, prychnął tylko: „No, tak, jeszcze tylko potrzeba nam tu płaczących Matek Boskich!” – a kiedy Fabio (jak powiedziano wyżej) zlekceważył jego polecenie, „wpadł w furię” i zagroził ekskomuniką wszystkim, którzy będą zbierać się na modlitwy w tym ogrodzie. Następnie, po czternastym zarejestrowanym „łzawieniu” (które miało miejsce 15 marca 1995 roku), nakazał „aresztować” wizerunek i poddać go skrupulatnym badaniom naukowym.

Wyniki tych badań (z których wynikało m.in. że krew znajdująca się na figurce to krew, owszem, ludzka, ale… męska – od strony czysto teologicznej wygląda to tak, jak gdyby Matka płakała kroplami krwi swego Syna, wspomnianymi w Ewangelii św. Łukasza…) stały się zresztą źródłem nowych kontrowersji i zainteresowania sprawą ze strony organizacji tropiących oszustwa oraz policji, której zgłoszono domniemane przestępstwo.

Ostatecznie jednak, co warto podkreślić, rodzina Gregorich została uwolniona od wszelkich zarzutów.

Kilkadziesiąt lat wcześniej, w związku z przypadkiem łzawienia płaskorzeźby w domu ciężko chorej Antoniny Giusto  w Syrakuzach (kobieta ta doświadczyła zresztą w związku z tym uzdrowienia ze swoich dolegliwości) również przedstawiciele hierarchii kościelnej byli inicjatorami przeprowadzenia rzetelnych analiz.

Co ciekawe, w tym przypadku tajemnicze zjawisko (które okazało się rzeczywiście wypływem prawdziwych, ludzkich łez) całkowicie ustało, gdy tylko zakończono badania – mimo że towarzyszące mu cudowne uzdrowienia trwały jeszcze przez pewien czas.

A dodatkowego smaczku całej sprawie dodaje fakt, że (inaczej niż w przypadku rodziny Gregorich), główni uczestnicy tych wydarzeń, w których domu zdarzył się cud, Antonina Giusto i jej mąż, nie byli specjalnie praktykujący, ba, określali się nawet (jak wielu współczesnych im młodych Włochów) jako ludzie o sympatiach komunistycznych. 🙂

Dla upamiętnienia tamtych niezwykłych wydarzeń istnieje dziś w Syrakuzach Sanktuarium Matki Bożej Płaczącej, którego budowę ostatecznie zakończono w roku 1994.

Madonny-150x150

Na zdjęciu: Statuetka Madonny z Civitavecchia. Obecnie w ogrodzie Gregorich stoi już inna figurka, stanowiąca wierną kopię poprzedniej (oryginał przeniesiono do pobliskiego kościoła), o której z kolei opowiada się, że wydziela pachnącą substancję „pochodzenia roślinnego” – wydaje mi się jednak, że fakt ten nie został tak dokładnie przebadany, jak poprzednie objawienia.

Wierzyć? Nie wierzyć? Poczytać warto!

Bibliografia:

Annalisa Lorenzi, Łzy. Tajemnica Płaczącej Madonny z Syrakuz, Wyd. Esprit , Kraków 2014.

Anna Maria Turi, Cuda i tajemnice Matki Bożej z Civitavecchia, Wydawnictwo AA, Kraków 2013.

Z mojej półki.

Jest to rzecz ogólnie znana, że ludzie w rozmaity sposób radzą sobie ze swoimi problemami. Jedni rzucają się w wir pracy, inni piją alkohol, oddają się rozrywkom lub szukają ukojenia w relacjach z bliskimi ludźmi, w modlitwie czy zgoła w seksie.

Nie inaczej jest i ze mną. Jako abstynentka bez bicia przyznaję się do tego, że „kompulsywnie” kupuję i czytam książki, szukając w nich już to prostej rozrywki i ucieczki od niełatwej rzeczywistości, już to informacji na interesujący mnie temat (wiele z nich zamieszczam później na blogu) albo wreszcie konkretnych rozwiązań własnych problemów.

I tak na przykład, przyznać muszę, że bardzo podniosła mnie na duchu informacja znaleziona w książce Andrei Tornielllego „Franciszek – biografia papieża” (wyd. JEDNOŚĆ, Kielce 2013) że przyszły papież – a był pierwszym z pięciorga dzieci swoich rodziców – miał zaledwie 13 miesięcy (a więc mniej, niż moja Aniela), kiedy przyszedł na świat jego młodszy brat.

Dziadkowie, chcąc ulżyć młodej matce w opiece nad dwójką maluchów, zabierali małego Jorge na całe dnie do siebie – a przyprowadzali do domu dopiero wieczorem. Wychodzi więc na to, że nie tylko dla mnie („egoistki”) zbyt wczesne kolejne narodziny stanowią pewien problem natury… hmmm… logistycznej. Bardzo to pokrzepiająca świadomość, zwłaszcza że (o ile mi wiadomo) matka obecnego papieża nie była osobą niepełnosprawną – zaczęła mieć poważne kłopoty zdrowotne dopiero po ostatnim porodzie.

Duże wrażenie wywarła też na mnie inna biografia, Grigorija Rasputina – autorstwa jego córki, Matriony. („Rasputin. Dlaczego? Wspomnienia córki.”, wyd. Bauer Weltbild Media [KDC – Klub dla Ciebie] Warszawa 2008).

Oczywiście, na hasło „Rasputin” wielu z Was pewnie wzdrygnie się z obrzydzeniem (i oskarży mnie znowu o „propagowanie niemoralności”), mając w pamięci ową „czarną legendę”, spopularyzowaną przez popkulturę i obecną i obecną nawet w piosence zespołu Boney M, gdzie został on wręcz wprost nazwany „love machine of the Russian queen” – aczkolwiek dowody historyczne na romans Grigorija z carycą są bardziej, niż wątłe.

Oczywiście, przy lekturze warto zawsze pamiętać, że kochająca córka zapewne starała się wybielić ojca, jak tylko mogła, pokazując nam o wiele bardziej skomplikowany obraz prostego człowieka, co prawda targanego od czasu do czasu różnymi namiętnościami – ale też szczerze żałującego za swe grzechy (dobrego prawosławnego, poszukującego całe życie Boga i prawdy. W kontekście zaś tegorocznej, setnej rocznicy wybuchu I wony światowej, i tego, że temu niezwykłemu „chłopu z Pokrowskoje” zarzuca się często zgubny wpływ na politykę ostatniego cara Rosji, warto może wspomnieć, że według słów córki Rasputin stanowczo odradzał Mikołajowi II przystąpienie do tej wojny, przewidując, że przyniesie ona krajowi tylko „morze krwi.”

Jak wiadomo, w kilka lat później jego słowa sprawdziły się w całej rozciągłości….

Warto też przytoczyć inny znamienny fragment wspomnień Matriony Rasputin:

” Na początku XX wieku Petersburg stosowniej byłoby nazywać nie Nową Wenecją, a Nową Sodomą. (…) Wieczorami po Newskim Prospekcie przechadzały się nieprzebrane tłumy wesołych dziewczynek. Policja padała z nóg, pilnując porządku w niezliczonych domach uciechy. Panienki do nich – w tym również dziesięciolatki, cieszące się niebagatelnym popytem – sprowadzano z Azji, Ameryki Południowej i Afryki.

Wielbiciele filmów porno splunęliby rumieńcem na widok pokazów, jakimi cieszyli oko bywalcy ówczesnych zamkniętych klubów dla arystokracji.

Jedyną granicą, jaką sobie stawiali, była granica ich własnej wyobraźni. Do najbardziej popularnych widowisk tego rodzaju należały sceny, przedstawiające najrozmaitsze warianty współżycia płciowego – od pedofilii po zoofilię.

Warto przy tym zauważyć, że członkowie stołecznych klubów za nic w świecie nie przyznaliby się, że toną rozpuście. To, co działo się na ich oczach, uważali za swego rodzaju rozrywkę estetyczną, wierząc, że – przynajmniej jeśli o nich chodzi – obserwować to nie to samo, co uczestniczyć.”

A do tego wszystkiego jeszcze wszechobecne seanse spirytystyczne, podejrzane „Towarzystwo Teozoficzne” Heleny Bławatskiej i całe tabuny różnych mniemanych proroków, oszustów i rzezimieszków….

Do takiej właśnie stolicy trafił młody Grisza Rasputin, obdarzony osobliwym darem leczenia siłą sugestii, który niebawem miał zostać okrzyknięty „najbardziej znienawidzonym człowiekiem w Rosji.”

I po przeczytaniu tego wszystkiego śmiem twierdzić, że nie był on wcale bardziej zepsuty od tych, którzy go oskarżali – a niektórzy z jego zabójców, jak książę Jusupow, to typy doprawdy odrażające. Ale przekonajcie się sami!

Niezmiennie interesują mnie też zagadnienia związane z historią idei i historią Kościoła.

Jeśli więc chcecie dowiedzieć się, jak (i na co) w przeszłości umierali papieże, i jak wybierano ich następców, przeczytajcie świetnie udokumentowaną książkę autorstwa Johna-Petera Phama „Następcy świętego Piotra. Kulisy śmierci i wyborów papieży”(Wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2005). A jeśli interesuje Was,, jak to NAPRAWDĘ było na przykład z Galileuszem, Giordano Bruno, papieżycą Joanną – i wieloma innymi jeszcze „wstydliwie skrywanymi tajemnicami”, polecam Wam książkę niemieckiego historyka Michaela Hesemanna „Ciemne postacie w historii Kościoła. Mity. Kłamstwa. Legendy.”((Wydawnictwo M, Kraków 2013). Przeczytajcie, bo warto! Naprawdę – tylko PRAWDAjest ciekawa!:)

Na tym tle sporym rozczarowaniem okazała się natomiast książka Benjamina Wikera„Dziesięć książek, które każdy konserwatysta musi znać – oraz cztery nie do pomięcia i jedna uzurpatorska. „ (Wyd. FRONDA Warszawa 2013). Nie zachwyciła mnie ona pomimo rzetelnego omówienia dzieł takich autorów jak C. S. Lewis czy  J. R.R Tolkien – niezmiennie za to nadal polecam część pierwszą -, „Dziesięć książek, które zepsuły świat.” (wyd. FRONDA Warszawa 2012). No, cóż – widocznie w autorze dopiero walka z ideami, z którymi się nie zgadza (a nie obrona własnych) wyzwala prawdziwą pasję polemiczną i lekkie pióro…

I na zakończenie trzy powieści – bo przecież są wakacje i trochę rozrywki też Wam się ode mnie przyda.

Pierwsza z nich,  ”Na zawsze wygnańcy”, autorstwa Fiorelii de Maria (Wyd. PROMIC, Warszawa 2013), którą pochłonęłam w ciągu zaledwie jednej nocy, to zjawisko doprawdy wyjątkowe na rynku szeroko pojętej „książki katolickiej.”

Z pozoru ta historia młodziutkiej dziewczyny, Maltanki porwanej przez piratów i odsprzedanej muzułmańskim handlarzom niewolników, wygląda na typową powieść z gatunku przygodowych.  A jednak w swej głębszej warstwie jest to opowieść o dramatycznych wyborach nietuzinkowej bohaterki (zdradzę tylko, że Warda została przez przybranego ojca wyedukowana na… lekarkę!), która często szczerze pragnąc dobra, wywołuje wielkie zło – albo odwrotnie…

W tej powieści prawie nic nie jest jednoznaczne, czarno-białe (wypisz-wymaluj – tak, jak w moim życiu…).

Wielbicielom, a zwłaszcza wielbicielkom, powieści osnutych na wątkach biblijnych szczerze polecam  natomiast książkę Francine Rivers, autorki międzynarodowych bestsellerów z kręgu tzw. „literatury chrześcijańskiej” (choć, co prawda, według mnie literatura dzieli się wyłącznie na „dobrą” lub „złą” – i ta jest zdecydowanie DOBRA), m.in.. znakomitego „Dziecka pokuty” (niech Was nie odstrasza tytuł:)), , traktującego o problemie gwałtu i aborcji.

„Tamar”  (Wyd. AETOS Wrocław 2013) natomiast to oparta dość luźno na motywach biblijnych opowieść o jednej z kobiet, których imiona znajdują się w rodowodzie Chrystusa. Książka stanowi pierwszą część cyklu –  Rodowód ŁASKI – i jakiś czas temu miałam niewątpliwe szczęście wygrać ją w pewnym konkursie radiowym…. 🙂

Z pewnym wahaniem natomiast polecam Wam cykl pióra Melvina R. Starra o perypetiach  średniowiecznego chirurga i detektywa-amatora Hugh z Singelton (w serii nakładem wydawnictwa PROMIC ukazały się np. „Niespokojne kości” i „W cieniu kaplicy.”).

Mimo że zawsze lubiłam opowieści w klimacie „Imienia róży” i przygody różnego typu „detektywów w sutannie” (poczynając od księdza Browna, a na Ojcu Mateuszu kończąc:)) – to jednak tym razem styl tych książek wydaje mi się nieco przyciężki, a sympatia, okazywana angielskim „heretykom”, w rodzaju Johna Wycliffe’a  nieco zbyt ostentacyjna.

Zdecydowanie bardziej podobały mi się „Kroniki braciszka Cadfaela” Elllis Peters (aczkolwiek też przede wszystkich chodzi o pierwszych siedem tomów – może to zresztą zasługa bardziej udanego tłumaczenia na język polski) – o których tu już kiedyś pisałam.

Ale przeczytać zawsze  można.  No, i…. miłych wakacji Wam wszystkim życzę!

Prawo do protestu.

Zastanawiałam się dość długo, czy w ogóle pisać o tym – tym bardziej, że ostatnie wydarzenia, w wyniku których sama zostałam uznana przez niektórych Czytelników za dość odrażające moralnie indywiduum, znacznie podkopały moją wiarę w sens wypowiadania się publicznie na jakikolwiek temat. Być może rzeczywiście jestem jednostką totalnie niewiarygodną w roli tzw. „obrończyni wartości.” Jakichkolwiek.

Nie byłam też do końca pewna, co nowego mogłabym tu napisać – oprócz tego, co zazwyczaj piszę w takich razach.

Że mianowice współczesna sztuka ŻYWI SIĘ skandalem. A jak można najłatwiej wywołać skandal w świecie,, który już dość dawno wyzbył się większości dawnych „tabu” (przede wszystkim obyczajowych), a z drugiej strony sam nałożył sobie, poprzez poprawność polityczną, pewne nowe ograniczenia (tak więc o niektórych zjawiskach po prostu „nie wypada” mówić inaczej, niż dobrze – i już)?

Ano, wiadomo, że „waląc ile wlezie” w religię, zwłaszcza zaś w tę jedną, z której człowiekowi nowoczesnemu szydzić nawet wypada – w katolicyzm – w te biedne, śmieszne „babcie z różańcami.”. Bo już sztuka wymierzona np. w wyznawców judaizmu mogłaby się spotkać (być może zresztą słusznie) z zarzutami o „antysemityzm” i „budzenie demonów przeszłości”; już nawet nie mówiąc o tym, co mogłoby spotkać twórcę, który pozwoliłby sobie na zbyt swobodne podejście do postaci proroka Mahometa…

Odwaga szydzenia z chrześcijaństwa mocno dziś staniała – cóż prostszego, niż wsadzić  krzyż do menzurki z moczem? W większości krajów świata zupełnie nic za to nie grozi. Jest to zatem, śmiem twierdzić, odwaga małego Jasia, który jest z siebie strasznie dumny, ponieważ pomimo przestróg babci udało mu się narobić pod figurką…

Mnie jednak wychowano w przekonaniu, że należy szanować nie tylko swoje „świętości” (o ile ktoś je ma), ale takoż i cudze – i że to także wchodzi w skład szeroko pojętej „kultury.” Nie tylko osobistej. I mam wrażenie, że mówiłabym dokładnie to samo, gdybym była  ateistką.

Moi Czytelnicy natomiast przywoływali w tym kontekście przykład filmu Martina Scorsese „Ostatnie kuszenie Chrystusa” (swego czasu też dość mocno oprotestowany) – wydaje mi się jednak, że pomiędzy tym filmem (który, poza prostym skandalizowaniem niósł też pewne przesłanie, zawarte w pytaniu: „Co by było, gdyby Jezus zamiast wzniosłej misji zbawiania świata wybrał zwykłe, ludzkie szczęście z Marią Magdaleną?”) a  dzisiejszymi, coraz bardziej wulgarnymi prowokacjami istnieje jednak jakościowa różnica…

Te ostatnie znikają z naszej świadomości równie szybko, jak się pojawiły (kto dziś jeszcze pamięta, czego dotyczył poprzedni skandal?:)) – co jest dla mnie kolejnym dowodem na to, że nie chodzi tu wcale o odkrywanie jakichś głębokich prawd o świecie i człowieku (co zawsze powinno być celem sztuki, która pretenduje do miana „nieśmiertelnej”) – a JEDYNIE o wywołanie chwilowego oburzenia.

Warto tu może jeszcze raz przypomnieć wiekopomne wcześniejsze dokonania tego artysty, który stworzył m.in. performance polegający na topieniu „na żywo”  żywych chomików (biedne zwierzątka…) – oraz inny, podobny, dokumentujący przy pomocy bardzo czułej aparatury dźwięki, wydawane przez kraba, poddawanego wiwisekcji… Panie i Panowie – czapki z głów!

Twórcze perypetie pana Garcii są zresztą ciekawym przykładem nieomal „sakralnej nietykalności”, jaką nasze zlaicyzowane społeczeństwa otaczają „wolność artystyczną.” Oto bowiem to, co uznano za niedopuszczalne z motywacji religijnych – dręczenie zwierząt (jak o tym świadczy choćby spór o ubój rytualny) – staje się nagle znów zupełnie do przyjęcia, jeśli tylko opatrzymy to etykietką z napisem „SZTUKA!”

Nie, nie, ja się nie czuję obrażona. Ani trochę. Myślę, że człowiek nie jest w stanie już BARDZIEJ „obrazić” Tego, który SAM dał się opluć i przybić do krzyża – niezależnie od tego, jak bardzo się stara. Wciąż jest to tylko ciąg dalszy tej samej historii, która trwa od wieków.  Dlatego niezmiennie sądzę, że najlepszą możliwą reakcją na tego typu tanie prowokacje byłoby pełne godności (prze)milczenie.

Nie piszę też tego wszystkiego po to, by propagować „cenzurę” w jakiejkolwiek bądź postaci  (może poza autocenzurą, którą niekiedy staram się sobie sama narzucić – nie zawsze, jak widać, skutecznie). Nie. Uważam jedynie, że czym innym jest cenzura, która jest (prawie zawsze) zinstytucjonalizowanym działaniem,  zmierzającym do zablokowania pewnych treści, opartym o sankcje karne – a czym innym zwykłe prawo do protestu, które w państwie demokratycznym powinno przysługiwać wszystkim obywatelem – czy to w urzędzie, czy w galerii sztuki, na uczelni, w teatrze czy w kościele…

Choć, oczywiście, wolałabym, aby protestujący zawsze najpierw zapoznali się z tym, przeciw czemu protestują (bo z tym, niestety, różnie u nas bywa).

Nigdy jednak nie zdołam pojąć, dlaczego, kiedy grupa łysych młodzieńców mało uprzejmymi okrzykami przerwała wykład  kontrowersyjnego prof Baumana we Wrocławiu, to wówczas red. Adam Michnik wraz z prof. Magdaleną Środą łkali unisono nad tym, że „Polsce zagraża faszyzm” – natomiast kiedy .młodzi, lewicowi aktywiści zakłócili wykład równie kontrowersyjnego księdza Pawła Bortkiewicza na temat gender (pod koniec zeszłego roku w Poznaniu), tańcząc na stole w damskich ciuszkach i wrzeszcząc „Zapraszamy do niszczenia rodziny!” – to nikt z wielkich tego świata już nie mówił o żadnym zagrożeniu demokracji?

Dla mnie zaś oba te incydenty są tylko wyrazem prawa do obywatelskiego protestu – albo też OBA w równiej mierze zasługiwałyby na potępienie…

Tymczasem samego siebie w straszeniu „postępowej opinii publicznej” protestem owych „moherowych babć” przeszedł chyba redaktor Henryk Martenka z „Angory”, pisząc, co następuje:

„Pod teatrami odbyły się nabożeństwa różańcowe i inne egzorcyzmy. Były one skutkiem fatwy, rzuconej przez poznańskiego biskupa [aczkolwiek „fatwa” to termin zaczerpnięty z innego systemu religijnego  i dotyczy zgoła czegoś innego, niż publiczne modlitwy o nawrócenie grzeszników  – ale któż by tam zważał na takowe niuanse –religion is religion, nieprawdaż, panie Redaktorze?].  Jutro kółka różańcowe mogą zebrać się przed uniwersytetem, synagogą czy księgarnią, bo ktoś poczuje się dotknięty religijnie, a biskup zagrozi zamieszkami…” – wieszczy nam wszystkim ponurą przyszłość wróż Martenka.

Oj, tak, panie redaktorze – aż strach się bać! Bo przecież „każdy światły człowiek wie” , że od modlitwy do zamieszek ulicznych (oraz palenia bibliotek i muzeów…) z reguły jest tylko jeden krok, a takie różańce w rękach staruszek to znacznie groźniejsza broń, niż kastety w rękach kiboli…

Zwykle chętnie czytuję felietony w „Angorze”, ale tym razem aż chciało mi się zawołać: „Znaj proporcją, mocium panie…”

Nie, nie, nie! Modlitwa naprawdę nie jest najgroźniejszym aktem terroryzmu, znanym ludzkości (i nigdy pozwolę aż do tego stopnia demonizować modlących się ludzi – mimo, że wiem, że i w nich mogą się czasami budzić złe emocje – co można było zaobserwować chociażby w niektórych relacjach z Krakowskiego Przedmieścia), choć może nie jest najlepiej, gdy przeradza się ona w instrument nacisku.

Protest

I właśnie dlatego zdecydowałam się opublikować ten post – ryzykując, że znowu oberwę od kogoś za to po głowie…Być może nawet od wszystkich zainteresowanych stron…