Uwaga, Adwent!

Drodzy Czytelnicy! Zapraszam Was na internetowe rekolekcje adwentowe „Wilki dwa”, które trwać będą aż do Wigilii, a poprowadzą je o. Adam Szustak, dominikanin (znany już z poprzednich rekolekcji) i Robert „Litza” Friedrich, muzyk rockowy.

Można się zapisywać przez cały Adwent na stronie:

HTTP://MOCNESLOWO.PL

Serdecznie zapraszam!

„Seks uprawia się dla WŁASNEJ przyjemności!” i inne mity ery nowoczesnej.

Pamiętam, jak kiedyś z wielkim smutkiem czytałam bloga kobiety, która zastanawiała się, „czy nie wziąć sobie kochanka” – ponieważ jej mąż nie potrafił dać jej „tego”, czego ona pragnęła – a ona z kolei nie umiała mu o tym powiedzieć.

I pomyślałam wtedy, że o ile ona nie nauczy się mówić o swoich potrzebach (albo ten kochanek nie będzie jasnowidzem) – zdrada niczego w jej życiu nie zmieni, chyba że na gorsze.

Jest to zresztą tylko część szerszego problemu – wychowywania dziewczynek do „tylko mu nie mów…!” – o czym tu już kilkakrotnie pisałam.

W pewnej mądrej książce katolickiego (tak, tak!) doradcy małżeńskiego znalazłam taką myśl: „Jeżeli mężczyzna, pieszcząc kobietę, będzie postępował z nią tak, jak SAM chciałby być traktowany, to niemal zawsze będzie postępował niewłaściwie. Przy czym słówko ‚niemal’ można prawie z czystym sumieniem pominąć.”

No, tak. Dobrze znamy tylko własne ciało – ciało drugiego człowieka jest dla nas zawsze zagadką. I może dlatego, tak sobie myślę, od czysto „technicznej” stronyŁATWIEJSZY jest jednak homoseksualizm? Kiedy ten drugi (ta druga) ma to samo, co ja, nie trzeba się tyle uczyć.

W każdym innym przypadku, jak sądzę, bez szczerej rozmowy się nie obędzie. Bo choć mężczyźni na ogół nie potrafią czytać w myślach, to jednak z reguły sprawianie przyjemności ukochanej kobiecie sprawia im wiele radości.

Dlatego też mam zawsze mieszane uczucia, gdy ktoś mówi mi, że „seks uprawia się dla WŁASNEJ przyjemności.” Bo przecież gdyby chodziło w tym tylko o moją własną („egoistyczną”, jak mówi teologia moralna:)) przyjemność, zupełnie wystarczyłby wibrator…

A drugi człowiek jest kimś znacznie, znacznie więcej.

Inna sprawa, że dla kochającej się pary seks może być przyjemny i satysfakcjonujący nawet BEZ przeżycia ostatecznego spełnienia za każdym razem. A to dlatego, że spełnia on przede wszystkim funkcję „więziotwórczą” – dopóki więc oboje czują, że ich wzajemna bliskość pogłębiła się przez to, czego doświadczyli – wszystko jest w porządku.

I wówczas komunikat: „Kochanie, dziś nie miałam orgazmu!” nie będzie dla mężczyzny jakąś wielką traumą (choć, naturalnie, rzecz bardziej nie w tym, COsię mówi, tylko – W JAKI SPOSÓB .  Jeżeli powiesz mężczyźnie: „Jesteś beznadziejnym kochankiem! Nigdy nie odczuwałam żadnej przyjemności, kiedy się kochaliśmy!” – najprawdopodobniej zranisz go śmiertelnie.)

I nie, nie chodzi tu wcale o jakieś „łóżkowe cierpiętnictwo”, poświęcanie się na siłę dla drugiej osoby. Po prostu uważam, że jeśli naprawdę się kogoś kocha, sprawianie mu przyjemności nie jest żadnym „poświęceniem”! Przeciwnie – jest wielką frajdą.

A wiedzieliście, że w rzekomo „ciemnym Średniowieczu” za grzeszne uchodziły te stosunki małżeńskie, podczas których KOBIETA nie miała orgazmu? (Bo to oznaczało właśnie, że mąż myślał tylko o własnej przyjemności.) Założę się, że nie wiedzieliście!

Mit, jakoby kobiety w ogóle nie wiedziały, że mają jakiekolwiek „prawo do przyjemności”, dopóki nie przyszły feministki i im tego nie powiedziały, jest niestety bardzo silnie zakorzeniony w naszym społeczeństwie.

Niestety, ofiarą tego typu mitów padł również niedawno nasz znakomity seksuolog, Zbigniew Lew-Starowicz, którego feministki nie znoszą za cierpliwe przypominanie prawdy, że sypialnia to nie jest najwłaściwsze miejsce do „negocjowania nowych ról płciowych” , że nawet kobiety „wyzwolone” na innych polach, w alkowie pragną jednak prawdziwego (tj. nie przerobionego przez gender) mężczyzny – i że także mężczyźni potrzebują czuć się kochani i doceniani, a nie tylko nieustannie przytłaczani coraz to nowymi wymaganiami kobiet.

Ciekawe, do czego nas doprowadzi odrzucenie oczywistości, że tylko szczęśliwi i spełnieni ludzie są skłonni uszczęśliwiać innych?

Niewielu też wie – przyznam się, że ja nie wiedziałam! – że profesor jest osobą wierzącą (podobno nieraz wymykał się podczas zjazdów naukowych, aby się…pomodlić) i że zauroczony jest erotyką biblijnej Pieśni nad Pieśniami.

„Newsweek” stwierdza z przekąsem, że był on jednym z nielicznych, którzy wierzyli, że odkrycia nowoczesnej seksuologii da się pogodzić z nauczaniem Kościoła. Redaktorzy, oczywiście, są przekonani, że się nie da (i już!) – bo „wiadomo” że Kościół zawsze był przeciwny seksowi, przyjemności, itd. Ja jednak nadal sekunduję profesorowi.

I jeszcze jeden kwiatek z serii – „co współczesna popkultura myśli o związkach?”

Kilka dni temu Onet zamieścił jakże odkrywczy artykuł pt. „10 rzeczy, których nie wolno mówić po seksie.”

I otóż dowiedziałam się z niego m.in. że absolutnie i pod żadnym pozorem NIE WOLNO powiedzieć mężczyźnie, z którym chwilę wcześniej wymieniało się płyny ustrojowe, że się go… kocha. Taka deklaracja może mieć rzekomo skutek podobny do: „Uwaga, idzie mój mąż!” – kochanek szybkim krokiem odmaszeruje w siną dal. „Zwłaszcza, jeśli to był wasz pierwszy raz.”

Rozumiem, że MIŁOŚĆ nie figuruje już na liście poważnych powodów, dla których w ogóle warto iść z kimś do łóżka? Na SEKS za to NIGDY nie jest „za wcześnie”? To zawsze jest już „ten właściwy etap związku”?:)

Ponadto dowiedziałam się, że – rzekomo – takie „jednorazowe numerki” z osobą, której imienia się nawet nie pamięta, nie są już (jak powinny być!) niechlubnym wyjątkiem, lecz normą. „Która z nas nie ma za sobą takiego doświadczenia?” – pyta autor artykułu i najwyraźniej nawet nie oczekuje odpowiedzi. No, nie wiem –JA na przykład nie mam.

Po przeczytaniu powyższego mój P. pokręcił głową i zapytał mnie: „Słuchaj, skąd oni biorą te wszystkie głupoty?”

Ano, właśnie, mój kochany. Sama chciałabym to wiedzieć.

E(ste)tyczne Sądy Ostateczne.

Profesor Magdalena Środa znów jest w swoim żywiole. Wszak dzień, kiedy nie można uczynić jakiegoś przytyku w stronę tych wstrętnych, polskich katolików, jest dniem straconym w życiu każdej szanującej się filozofki, czyż nie?

Tym razem, w ostatnim „Wproście” asumpt do potraktowania tych ludzi „jak się należy” dał owej wybitnej kobiecie oczywiście równie wysokiej klasy artysta, Robert Kozyra, że swoim jakże odkrywczym wytworem, polegającym na kopulowaniu z krucyfiksem.

Nasza najznakomitsza intelektualistka, poruszona niczym pensjonarka, opisuje owo dzieło naturalnie w samych superlatywach, używając przy tym nawet tak trudnych słów, jak „transgresja”.:)

Widzi w tym m.in bunt wolnej myśli przeciw religijnej opresji i bezmyślnej (podobno) „idolatrii” katolików oraz obraz przejmującej samotności nieprzeciętnej jednostki. Ja tego wszystkiego niestety nie dostrzegłam (być może nie jestem godna…)  – i gdybym była tak złośliwa, jak nie jestem, zaryzykowałabym twierdzenie, że podobny jęk zachwytu wywołałoby u niejWSZYSTKO, co byłoby antychrześcijańskie, a osobliwie antykatolickie.  Chciałabym tylko nieśmiało zapytać, czy podobne uniesienia profesoressa przeżywałaby, gdyby nago odziany Mistrz postanowił odbyć stosunek np. ze zwojem Tory lub Koranu, które to również (o ile mi wiadomo) są przedmiotem czci ze strony wyznawców w ich świątyniach.

Albo gdyby, w ramach performance’u oczywiście, postanowił użyć tęczowej flagi jako papieru toaletowego (wydaje mi się, że poziom obrzydliwości byłby we wszystkich tych przypadkach porównywalny)? Śmiem powątpiewać. Przemoc symboliczna (skierowana w stronę symboli) nie przestaje przecież być przemocą, pani profesor.

Ale nie o tym chciałam – wszak de gustibus non est disputandum, jak mawiali starożytni. Zresztą nie ja tu jestem od wydawania sądów.

Sądy wydaje za to, śmiało i bez najmniejszego wahania, sama profesor Środa – otóż dla niej każdy, kto się z nią nie zgadza w ocenie (nie tylko estetycznej zresztą) owego arcydzieła – a więc i niżej podpisana! – jest nikim więcej, jak tylko „kołtunem” (choć, po prawdzie, i to słowo ma chyba więcej wspólnego z „mową nienawiści” niż z tolerancją dla inaczej myślących?).

I już. Żadnej pogłębionej refleksji, żadnej (nawet tyciej) próby wyważenia racji, czy choćby zrozumienia „przeciwnika.” Czego przecież wypadałoby oczekiwać od „filozofy.”

Rachunku sumienia i refleksji potrzebują w jej pojęciu wyłącznie katolicy, więc z zapałem bije (się) jak zwykle tylko w ich piersi.

Podejrzewam zresztą, że gdyby – jakimś cudem – nikt z tamtej strony nie zareagował na prowokację (kto wie, może tak właśnie należało postąpić?) zasłużyliby tylko na kpinę innego rodzaju: „Patrzcie, tacy są niby uduchowieni, a w rzeczywistości, jak wszyscy normalni ludzie, obojętni religijnie: już nawet nie reagują, kiedy ktoś szarga ich tak zwane świętości.”

Tym prostym sposobem na zaszczytne miano „kołtuna polskiego” zasłużył sobie m.in. Marcin Meller, były naczelny „Playboya”, który trzeźwo zauważył, komentując to samo wydarzenie artystyczne, że nie ma w dzisiejszej sztuce nic prostszego, niż „podrażnić się” trochę z katolikami, np. wsadzając im krzyż do pojemnika z moczem – albo sobie w de.

To – stwierdza Meller – stało się śmiesznie łatwe, tanie i od dawna już żadnej odwagi nie wymaga. Natomiast na podobne zabawy z innymi symbolami nikt by się raczej nie poważył.

Kto by się jednak przejmował jakimś tam Mellerem, prawda? To, po pierwsze, jest mężczyzna – po drugie zaś – kolejny „polski kołtun” który za wszelką cenę stara się udowodnić, że nim nie jest. Ale my znamy takich, znamy! Nie z nami te numery, Meller!

Założę się, że na pewno bardziej podoba mu się szowinistyczna, męska „Bitwa pod Grunwaldem” (no, i gdzie tu parytety, gdzie?) – niż wybitna praca Doroty Nieznalskiej, pokazująca, co należy w dzisiejszych czasach zrobić z męskimi genitaliami.

Swoją drogą, ciekawa jestem także opinii naszej mistrzyni nauk i sztuk wszelakich – która dała się tym samym poznać także jako wnikliwa krytyczka sztuki nowoczesnej – o takich nieuleczalnych „religiantach” jak da Vinci, Michał Anioł czy Rafael – przecież ci to dopiero szerzyli „katolicką idolatrię” na wielką skalę. :) Co prawda, niektórych z nich mogłoby w jej oczach może nieco usprawiedliwić to, że byli „kochającymi inaczej.”

W związku z powyższym zachodzę w głowę, czy taka np. Kaplica Sykstyńska to w istocie „arcydzieło sztuki gejowskiej”? :) Zawsze myślałam, że sztuka dzieli się zwyczajnie na „dobrą” i „złą” – a nie na homo-i heteroseksualną – ale co tam taka kołtunka jak ja może wiedzieć o Naprawdę Wielkiej Sztuce, nieprawdaż?

Zastanawiam się także, kto o dziele Kozyry pamiętał będzie za lat, powiedzmy, dwadzieścia, gdy już ucichnie szum kolejnego skandalu. A o da Vincim czy Rafaelu Santim jakoś się pamięta…

I wprawdzie postrzeganie wytworów sztuki sakralnej li tylko jako przejawu „bałwochwalstwa” wydaje mi się nieco płytkie i prostackie, czuję się jednak w obowiązku powiedzieć, że MNIE, katoliczce, nagi facet obleśnie liżący wizerunek Ukrzyżowanego NIE JEST POTRZEBNY do tego, by wiedzieć, że mój Bóg nie mieszka w tym wizerunku. Od zawsze to wiedziałam. Co więcej – powiedziano mi o tym również na lekcjach religii.

Podobne subtelności nie zaprzątają jednak głowy pani profesor. Wielkie umysły widocznie nie miewają wątpliwości. A ich sądy (nie tylko estetyczne) są zawsze ostateczne. I nieomylne.

Jak i w innym przypadku, gdy nasza koryfeuszka po raz kolejny zabłysnęła wiedzą, tym razem z dziedziny biblistyki.

„Tym, który pierwszy powiedział, że nie ma już mężczyzny ani kobiety, lecz wszyscy jesteśmy równi był Jezus Chrystus. Można więc powiedzieć, że był On też pierwszym wyznawcą ideologii gender.” – oznajmiła z dużą (jak zwykle) pewnością siebie.

Wszystko się zgadza, pani profesor – tyle, że autorem cytowanych słów był nie Jezus, lecz niejaki Paweł z Tarsu, który tak pisał do mieszkańców Galacji. I nie mówił w tym przypadku o „równości” lecz o „jedności w Chrystusie”. Któż by się jednak przejmował takimi drobiazgami… :)

Oczywiście, nikt się nawet nie odważył jej skorygować.

W tym kontekście dosyć zabawnie zabrzmiała mi prośba biskupa Pieronka, który apelował do pani profesor o „więcej pokory.” Daremne słowa, próżny trud, księże biskupie. Ta pani ma co najmniej tak rozwinięte ego, jak co poniektórzy biskupi…:)