Prywatna wojna ojca dyrektora.

Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji (wobec braku konkurentów w tej kategorii) przyznała koncesję na nadawanie na multipleksie Telewizji TRWAM o. Tadeusza Rydzyka. Widocznie tym razem spełnili wszystkie warunki formalne.

I chociaż z duszy, serca wolałabym, żeby na tym miejscu znalazła się Religia.tv (która, niestety, dogorywa, i którą ktoś „z tamtej strony” nazwał elegancko „religijną telewizją dla ateistów”) – myślałam, że już przynajmniej będzie spokój, skoro wielbiciele ojca dyrektora dostali wreszcie to, czego się domagali, ba, czego ŻĄDALInieraz w mało wyszukany sposób.

Nawiasem mówiąc, okazuje się teraz, że ów świątobliwy ojciec narodu zwyczajnie ”mijał się z prawdą”, mówiąc jeszcze niedawno swoim słuchaczom: „Nie dajmy się zwieść! Nie dajmy się oszukać, kiedy nam mówią, że „później” dostaniemy koncesję! Nie „później” lecz TERAZ, teraz mają nam dać! „Później” znaczy „nigdy,” Pamiętajmy: „później” to znaczy nigdy!” Sama słyszałam takie słowa na antenie toruńskiej rozgłośni – ciekawa jestem, czy teraz usłyszę za nie przeprosiny?:)

„Później” znaczy „nigdy”, ojcze dyrektorze?:)

Szczerze mówiąc, w pierwszej chwili pomyślałam sobie, że KRRiT nie mogła zrobićzakonnikowi z Torunia gorszego kawału, niż przyznać mu tę koncesję: przecież wokół tej sprawy udało mu się zawiązać cały wielki „ruch sprzeciwu”, więc co mu zostanie, myślałam, jeśli mu nagle tego zabraknie?

Okazuje się jednak, że ojciec doktor nie w ciemię bity – i pomyślał dokładnie o tym samym, co ja.

Oto dziś ogłosił, że „przyznanie Telewizji Trwam przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji miejsca na multipleksie to z pewnością zwycięstwo, ale jeszcze nie ostateczne” i że w związku z tym „cały czas powinny się odbywać marsze o wolne media w naszej ojczyźnie, bo przecież ten jeden kanał na cyfrowym multipleksie to jeszcze nie są wolne media.”

No, jasne. „Będziemy walczyć aż do ostatecznego zwycięstwa!” Nie wiem, czemu, ale tak jakoś mi się to nieprzyjemnie skojarzyło…

Ale posłuchajmy, jak ojciec Tadeusz wyobraża sobie świat prawdziwie wolnych mediów po swoim „ostatecznym zwycięstwie”:

„Trzeba walczyć, by [w mediach – przypis Alby] nie było tego brudu, tego niszczenia przez media. Ojczyzny, człowieka, rodziny. Tymczasem one teraz stają na czele kampanii, której cele są całkiem odmienne: propagują rozwiązłość seksualną, życie bez ślubu, układy homoseksualne, aborcję, odradzają kobietom rodzenie dzieci, namawiają je do robienia tzw. kariery. I to trzeba zmieniać.” – powiedział w wywiadzie dla „Naszego Dziennika” (ojciec doktor z zasady nie udziela wywiadów innym mediom poza własnymi, nawet katolickim – wszystkie są „zakłamane”, zmanipulowane, złe; nie polskie, lecz, co najwyżej „polskojęzyczne.” Nawet konserwatywna z ducha internetowa TV Republika została nie tak dawno oskarżona o niedopuszczalne „podbieranie widzów” Telewizji Trwam. I słusznie!:) WszakTELEWIZJA POLSKA jest, może być, tylko jedna!:)).

Rozumiem, że kiedy już wreszcie nastanie ta upragniona jutrzenka medialnej swobody, wszystkie stacje radiowe i telewizyjne upodobnią się ofertą programową do Radia Maryja i Telewizji Trwam (a może i ta ostatnia uzyska status telewizji publicznej?:)), świetnie uformowani młodzi dziennikarze z Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej – założonej, jakże by inaczej, przez jego wielebność ojca dyrektora – obsadzą w nich wszystkie ważniejsze stanowiska – a wtedy, może, kto wie, może i sam ojciec Tadeusz Rydzyk da się łaskawie zaprosić do którejś z nich w charakterze gwiazdy wieczoru…

Czasami przebiega mi przez niepokorną głowę myśl wredna (niech mi Bóg wybaczy, jeżeli się mylę!), że ów redemptorysta byłby najszczęśliwszy, gdyby mógł zostaćNAPRAWDĘ jedynym „przywódcą duchowym narodu”, kimś na wzór irańskich ajatollahów (lub przynajmniej Prymasa Tysiąclecia – niestety, głowa nie ta…) – wedle swego uznania „namaszczać” lub „strącać z tronu” polityków (taka nieprzyjemna przejażdżka w dół spotkała już kiedyś w przeszłości np. Romana Giertycha, którego to niegdyś ojciec bardzo miłował, ale potem on jakoś obrzydł jemu…), swobodnie wpływać na kształt rządu (jak w przypadku sławetnej koalicji PiS-u z LPR-em i Samoobroną), a nawet prawa.

I to nie to – proszę mnie dobrze zrozumieć – żebym uważała, że katolicy (nie tylko ci „od Rydzyka”!) takiego wpływu w ogóle mieć nie powinni. Owszem, powinni. Tak samo, jak wszyscy inni obywatele.

Tylko że nie uważam, żeby nawoływanie do demonstracji ulicznych było szczególnie „ewangeliczną” formą wywierania takiego wpływu.

Co jeszcze mam do zarzucenia „mediom ojca Rydzyka”? Przede wszystkim to, że nie są EWANGELIZUJĄCE (bo o nadmiernej „nacjonalizacji” Kościoła już tu nieraz pisałam…) zwracają się tylko do już przekonanych, wszystkich innych szufladkując natychmiast jako „wrogów Ojczyzny i Kościoła”, choćby nawet wcale nimi nie byli.

Przykład: ojczulek doktor lubi powtarzać, że jego szkoła ma być „kuźnią nowych, chrześcijańskich kadr” dla polskich mediów – gdy jednak jeden z absolwentów odważył się podjąć pracę w TVN, został nazwany „zdrajcą.”

No, więc jak – chcemy przemieniać ten „brzydki, zły świat” od wewnątrz, czy tylko się od niego odgradzać „okopami Świętej Trójcy”?:)

Taka postawa nie ma nic wspólnego z Franciszkowym duchem „spotkania z inaczej myślącymi” i z wychodzeniem na peryferie Kościoła. Także swoiście pojmowany „ekskluzywizm” („TYLKO MY jesteśmy prawdziwymi Polakami i katolikami!”) i tradycjonalizm raczej odpycha od wiary, niż przyciąga wszystkich „poszukujących” – na co już dawno temu zwracał uwagę także Szymon Hołownia.

Wygląda jednak na to, że nasi hierarchowie – w zdecydowanej większości udzielając poparcia wizji o. Rydzyka – raz jeszcze postanowili postawić na ciągle jeszcze silny u nas – pytanie tylko: jak długo? – nurt masowego „katolicyzmu ludowego”, zamiast na Nową Ewangelizację…

I wreszcie to porażające zdanie: „Będziemy nadal pamiętać o krzywdzie wyrządzonej Telewizji Trwam!” Czy aż do 77. pokolenia, ojcze dyrektorze?:)

Postscriptum: Przy okazji coś mnie znowu podkusiło i poczytałam sobie trochę fora internetowe w związku z w/w tematem. Niepotrzebnie. Jak zwykle, rzeka pomyj wylała się ze wszystkich stron, że przytoczę choćby „serdeczne” życzenia pewnego internauty dla o. Rydzyka: „Kiedy ten skur… wreszcie zdechnie?”

Z mojego posta chyba da się jasno wywnioskować, że nie darzę „Kościoła toruńskiego” szczególnym szacunkiem – ale takiej nienawiści nigdy we mnie nie było! I od razu mówię, że druga strona wcale nie jest lepsza. A wszyscy mają przy tym pełne usta miłości bliźniego, papieża Franciszka i tolerancji dla inaczej myślących… Straszne!

Bronię ojca Bashobory.

Mimo, że trudno mi oprzeć się wrażeniu, że cała „impreza” z udziałem ugandyjskiego kapłana – chociaż oczywiście zaplanowana od dawna – pomogła księdzu arcybiskupowi Hoserowi nieco „przykryć” niemiłe wrażenie, jakie wywołuje jego konflikt z ks. Wojciechem Lemańskim. („Popatrzcie, zdaje się tym samym mówić hierarcha, to wcale nieprawda, że polski Kościół jest zamknięty na nowe prądy płynące ze świata – zorganizowaliśmy nawet wielkie spotkanie charyzmatyczne na Stadionie Narodowym!”).

Jako osoba, która ma za sobą długoletnie – i bardzo piękne – doświadczenie z Katolicką Odnową w Duchu Świętym, muszę powiedzieć, że pomysł zorganizowania takiego spotkania na ogromnym stadionie niezbyt mi się podobał. Wydaje mi się, że ten „typ” duchowości i modlitwy znacznie lepiej sprawdza się w mniejszych zgromadzeniach, w poszanowaniu intymności uczestników i w bardziej bezpośrednim kontakcie z prowadzącymi. Mam wrażenie, że przeniesienie tak specyficznego doświadczenia na forum „tak bardzo publiczne” jak stadion, daje tylko pretekst do kpin.

Jak to pisał św. Paweł w Liście do Koryntian: „jeśli wejdą podczas tego ludzie prości, czyż nie powiedzą, że szalejecie?” (1 Kor 14,23).  Ale może to tylko moje subiektywne odczucie.

Nie rozumiem także, czemu głównym „mistrzem ceremonii” musiał być koniecznie tak egzotyczny gość skądinąd – czyżby u nas brakowało żarliwych kapłanów – charyzmatyków? Mogę poświadczyć własnym doświadczeniem, że jest ich wielu.

Tym niemniej szyderstwa, jakich ofiarą padł w naszych mediach o. Bashobora, uważam (delikatnie mówiąc) za mocno przesadzone i nieuzasadnione.

Przede wszystkim, on sam nigdy nie twierdził, że „uzdrawia ludzi” czy że „wskrzesza umarłych” (a z tego dziennikarze pokroju Kuby Wątłego rechotali najgłośniej, postulując wręcz wykopywanie nieboszczyków z cmentarzy, aby „uzdrowiciel” ich ożywił) – zawsze mówił jedynie, że modli się za tych, którzy tego potrzebują.

W jednym z artykułów na ten temat znalazłam jego wzruszające wyznanie: „Kiedy w dzieciństwie katechista powiedział mi, że Kościół, my wszyscy, to Ciało Chrystusa, zapytałem Pana: „Jeśli naprawdę jesteśmy Twoim Ciałem, to czy możesz sprawić, by ci, których będę dotykał, odzyskiwali zdrowie?” Ot, i cała tajemnica…

Jeśli o mnie chodzi, ten 57-letni kapłan (który obok teologii studiował również psychologię) zrobił na mnie wrażenie bardzo zrównoważonego, momentami wręcz „nudnego” kaznodziei – śledziłam fragmenty tego bardzo długiego spotkania dzięki Internetowi. Proszę mi wierzyć, widywałam już w życiu o wiele bardziej egzaltowanych charyzmatyków. (Choć nie wykluczam, że nieco inaczej odebrali to ludzie, zgromadzeni na stadionie).

W każdym razie – naprawdę nie było w tym nic do śmiechu, panie redaktorze Kuźniar!

 

Zaklinanie rzeczywistości.

Z badania przeprowadzonego przez Instytut Badania Opinii „Homo Homini” dla „Dziennika Gazety Prawnej” wynika, że większość Polaków nie akceptuje wprowadzenia obowiązku szkolnego dla sześciolatków – przeciwko projektowi reformy opowiedziało się aż 66 procent respondentów – poinformował dziś Onet.

Nic to, pani minister Szumilas nadal jest przekonana, że „Rząd wie lepiej”, co jest dobre dla obywateli i dla ich dzieci – a zwłaszcza, zapewne, dla nauczycieli, których nie trzeba będzie zwalniać z pracy pomimo postępującego niżu demograficznego.

Posuwa się przy tym do absurdalnych z pedagogicznego punktu widzenia stwierdzeń w rodzaju: „wiek ucznia nie gra roli w jego osiągnięciach szkolnych” (ha, skoro tak, to, jak tu już pisałam, już zacznę przygotowywać Anielę do szkoły!) – choć zdecydowana większość sześciolatków, których rodzice skuszeni zostali propagandową wizją kolorowej i przyjaznej szkoły, zaczęła swoją „nową, fascynującą przygodę” od niepowodzenia – oraz chwali się, że „w 75% polskich szkół jest już woda bieżąca.” W XXI wieku, w środku Europy! (Sic!)

Jeszcze tylko zacznijmy OBOWIĄZKOWO przyjmować 2-latki do przedszkoli, co wprawdzie zmieni te ostatnie z instytucji edukacyjnych w opiekuńcze – ale za to zdejmie z rządzących obowiązek troski o miejsca w żłobkach – i będzie cacy.

Podobnie wcześniej zniszczono unikatową rolę polskich „zerówek” – które powinny stanowić właśnie łagodne przejście poprzez zabawę do nauki – zabraniając nauczania w nich literek i cyferek, co miało „zachęcić” niezdecydowanych rodziców do posyłania maluchów do szkoły: „Sześciolatku, nie trać roku!” – krzyczały dramatyczne plakaty. A może – „Pięciolatku, nie trać dwóch lat!”; „Czterolatku, nie trać trzech!” – i tak dalej? Toż to jakaś piramidalna bzdura!

W sukurs rządowi przyszła w tej sprawie także niezawodna „Superniania”, znana też jako Dorota Zawadzka – która wsławiła się również przekonywaniem rodziców za pieniądze, że pewna popularna margaryna to najlepsze, czym można karmić swoje pociechy.

Mam nadzieję, że teraz robi to, co robi za darmo, z czystego przekonania.

Jako mama 5,5-letniego chłopca, który (poniekąd z mojej winy, bo przecież to ja urodziłam go 1. stycznia 2008 roku – powinnam była wstrzymać się z tym do lipca!) zrządzeniem losu 1. września Roku Pańskiego 2014 będzie MUSIAŁ radośnie powędrować do szkółki, mogę stwierdzić z całą odpowiedzialnością, że mój syn NIE JEST jeszcze na to gotowy.

I to nie tylko ze względów intelektualnych (bo, Bogu dzięki, bystry z niego chłopczyk), ale społecznych, emocjonalnych i, że tak powiem, „bytowych.”

Weźmy np. tak prozaiczną rzecz, jak korzystanie z toalet. W szkole, do której miałby uczęszczać, nie są one zwyczajnie przystosowane dla dzieci jego wzrostu, a do tego maluchy dzielą je z dryblasami z gimnazjum.

Moja cioteczna siostra, która pracuje w szkole z dziećmi klas początkowych, również potwierdza, że jest to poważniejszy problem, niż chciałoby przyznać ministerstwo. Bo co w takiej sytuacji ma zrobić nauczyciel? Wyjść z małym uczniem do toalety, żeby mu pomóc, pozostawiając przy tym resztę klasy na pastwę losu?

Inna pytana przeze mnie przedszkolanka potwierdziła w rozmowie ze mną rzecz dla mnie najzupełniej oczywistą – że mianowicie z dziećmi tak małymi powinno się pracować w szkole metodą PRZEDSZKOLNĄ (tj. „nauka przez zabawę”), a nie w systemie klasowo-lekcyjnym, który u nas króluje od pierwszej klasy.

Tak zresztą właśnie jest w większości krajów Europy, na które powołują się nasi „eksperci”, twierdząc, że wczesna edukacja dzieci to wspaniała rzecz: tamtejsze szkoły jako żywo przypominają nasze przedszkola.

A jak to jest u nas, uświadomiła mi niedawno pewna moja kuzynka z bogatej, podwarszawskiej miejscowości, mama córki o rok starszej od mojego syna.

Owszem, nam też obiecywano – mówiła rozgoryczona – że dzieci absolutnie nie będą musiały siedzieć sztywno w ławkach. Tymczasem siedzą tak już od pierwszego dnia w szkole. Co więcej, od początku zaczęły się pretensje i pytania, dlaczego moja córka nie umie jeszcze czytać i pisać. A przecież nowa podstawa programowa dla „zerówek” podobno nie obejmuje takich umiejętności...”

No, cóż – ja zawsze uważałam, że większość małych dzieci uczy się z radością – dopóki nie odzwyczai ich od tego tego SZKOŁA.  I na wszelki wypadek postanowiłam sama nauczyć Antosia trudnej sztuki czytania i pisania…

Co do mnie, cieszę się, że mój syn będzie mógł spędzić jeszcze cały rok w przyjaznym, rozwijającym otoczeniu swego prywatnego przedszkola (dziś właśnie pojechał na wycieczkę do teatru…) – zamiast w tej ciemnej i zagrzybionej suterenie, w której mieści się nasza „państwowa” zerówka. Współczuję rodzicom, których nie stać na nic innego.

Ciekawe jest także, że jeszcze niedawno, jeśli ktoś chciał posłać dziecko wcześniej do szkoły, musiał przedstawić wyniki testów psychologicznych, potwierdzające jego dojrzałość szkolną. Teraz zaś, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, samo tylko rozporządzenie ministerialne sprawi, że nagle WSZYSTKIE dzieci w tym wieku będą na to gotowe? Nie wierzę!

Moim zdaniem nie da się odgórnie zadekretować, by wszystkie 6-latki nagle poprawnie wykonywały to, czego dotąd oczekiwaliśmy od 7-latków. W życiu małego człowieka rok to OGROMNA przepaść.

Ten siódmy rok życia to jednak musi być jakaś NATURALNA granica ludzkiego rozwoju – nie bez racji chyba niektórzy psychologowie twierdzą, że „zmieniamy się co siedem lat”.

Był to, co warto zauważyć, także typowy wiek „rytuałów inicjacji” w różnych kulturach świata – żeby przywołać choćby nasze prasłowiańskie postrzyżyny.

W tym ujęciu „naturalnym” wiekiem rozpoczynania kolejnych etapów edukacji byłby 7, 14 i 21 rok życia. Zresztą, co warto też dodać, owa granica 21 lat wyznaczała „pełnoletność” jeszcze w czasach II RP. Ciekawe, prawda?

Interesujące jest także, że – jak pokazują oficjalne, europejskie badania – najlepsze wyniki nauczania osiągają uczniowie w Finlandii, gdzie dzieci rozpoczynają naukę „po staremu”, w siódmym roku życia.

Ale cóż, z tym tak jak zawsze: jeśli FAKTY świadczą przeciwko nam, to tym gorzej dla faktów.

Postscriptum: Nasz niestrudzony w kopiowaniu „wzorców z Zachodu”  (niekoniecznie niestety tych najlepszych i najmądrzejszych) rząd przebąkuje też coś o wprowadzeniu elementów edukacji seksualnej do przedszkoli. To swoją drogą ciekawe, że zdaniem naszych speców przedszkolak nie musi (a nawet nie powinien!) uczyć się literek, ale  nigdy nie jest za mały, aby się dowiedzieć, co to jest „zły dotyk” i „ograniczające stereotypy płci” – oraz, że nie ma nic złego w zabawach w lekarza z koleżanką lub kolegą.

Ja bardzo przepraszam, ale mając wyższe wykształcenie jestem chyba dostatecznie przygotowana, by rozmawiać z moimi dziećmi na WSZYSTKIE, nawet najbardziej „drażliwe” tematy? I nie potrzebuję, aby mnie w tym wyręczała jakaś „wyzwolona” pani edukatorka…

Postscriptum 2: A ostatni głośny przypadek pani, która zabiła 6-latka, tłukąc go na śmierć, ale nie przeszkodziło jej to zostać „ekspertką” w MEN, również stawia pod znakiem zapytania tezę, że rodzice, którzy niepokoją się o los swoich małych dzieci w polskiej szkole, to tylko „grupa histeryków.”

Moja mama, która także pracowała przez kilka lat w oświacie, opowiadała mi o nauczycielu, który miał zwyczaj tłuc głową krnąbrnego ucznia o tablicę – a mimo toNIE MOŻNA BYŁO go zwolnić z pracy. (Sądzicie, że takie przypadki to rzadkość?). „Musiałby chyba kogoś zabić – mówiła – żeby nie móc pracować w szkole.” Jak widać z ostatnich doniesień, i to mogłoby nie wystarczyć…

Nawiasem mówiąc, sprzeciwiam się określaniu tej pani jako „osoby bardzo wierzącej.” Jeśli ktoś zabił małe dziecko – i w dodatku czuje się „niewinny” – to z pewnością NIE JEST głęboko wierzącą osobą. Cierpi, co najwyżej, na religijne obsesje, które nierzadko towarzyszą zaburzeniom psychicznym.

I jeszcze historyjka dla tych, którzy sądzą (jak prof. Środa, która radziła, by niemowlęta oddawać jak najszybciej do żłobka, ponieważ „w rodzinie nauczą się jedynie egoizmu”), że „państwowe wychowanie” , i to od najwcześniejszych lat, jestZAWSZE lepsze od domowego.

W pewnej małej miejscowości żyła sobie rodzina z trójką dzieci: była tam kilkunastoletnia dziewczynka, kilkuletni chłopczyk i mały szkrab płci żeńskiej, chyba dwuletni.

Rodzina taka jak inne, jeśli nie liczyć faktu, że oboje rodzice nadużywali alkoholu. Niech będzie, że trochę bardziej, niż wielu innych. Kochali jednak swoje dzieci, i ani ich nie bili, ani szczególnie nie zaniedbywali.

Opieka społeczna uznała jednak, że taka sytuacja jest niedopuszczalna i całą trójkę zabrano do Domu Dziecka, odbierając jednocześnie „wyrodnym” rodzicom wszelkie prawa do dzieci.

Pół biedy, dopóki cała trójka przebywała razem – najstarsza dziewczynka opiekowała się młodszym rodzeństwem, dalsza rodzina przyjeżdżała często w odwiedziny, a wszyscy liczyli, że kiedyś jednak uda im się wrócić do domu.

Problemy zaczęły się wtedy, kiedy najmłodszą dziewczynkę przekazano do adopcji (wiadomo, że zawsze największy „popyt” jest na dzieci najmłodsze), a najstarszą – do rodziny zastępczej.

Średni chłopczyk, osamotniony, szybko zaczął się włóczyć w podejrzanym towarzystwie – i wszedł już w konflikt z prawem. Rodzina zastępcza, do której trafiła dziewczyna, nie interesowała się nią zupełnie, już nawet nie wspominając o wychowywaniu. Rzecz cała skończyła się w sposób znany ludzkości od wieków: spragniona miłości nastolatka poznała chłopaka, z którym zaszła w ciążę – a wtedy jej „rodzice zastępczy” odesłali ją z powrotem do placówki opiekuńczej.

Dyrektorka wystarała się o sądową zgodę na małżeństwo młodych i zorganizowała skromną ceremonię. Dziewczyna ma niespełna 17 lat, za dwa tygodnie urodzi dziecko, a jedyny jej majątek stanowi wyprawka dla niemowlaka, którą dostanie z Domu Dziecka.

Oczywiście, zaraz podniosą się głosy: „O, widzisz, i to wszystko przez brak edukacji seksualnej!” Niewykluczone. Mnie jednak nurtuje inny problem: kto wie, jak potoczyłyby się losy tej trójki, gdyby mimo wszystko zdecydowano się pozostawić ich w ich „dysfunkcyjnej” rodzinie?