Elegia na śmierć ONZ.

Przy okazji niedawnych tragicznych wydarzeń w Tunezji doszłam do dwóch bardzo (po)ważnych wniosków. Po pierwsze, z całą mocą po raz kolejny dotarło do mnie, jak miałkimi w istocie informacjami na co dzień karmią nas media w sytej i bogatej (jeszcze) Europie. Patrz mój poprzedni post.

W różnych miejscach globu toczą się wojny, niemal codziennie dochodzi do zamachów terrorystycznych, miliony ludzi nie mają dostępu do wody, edukacji, leków i pożywienia – ale wszystko to nic, w porównaniu ze „skandaliczną” wypowiedzią pary słynnych projektantów, którzy mieli czelność powiedzieć, że dzieci biorą się z mamy i taty.

Wypowiedź ta nie tylko stała się „newsem dnia” prawie na całym świecie, ale też okazała się sprawą na tyle ważną, że premier polskiego rządu zdecydowała się zająć stanowisko (choć, jako żywo, obaj panowie nie są naszymi obywatelami).

To samo zresztą można zauważyć, jeśli chodzi o stosunek Europejczyków do putinowskiej Rosji. Przed i w trakcie olimpiady w Soczi, gdy już trwała tragedia Ukrainy, właściwie jedyne protesty dotyczyły tego, że JE Władimir Władymirowicz nie traktuje tak, jak należy swoich homoseksualnych poddanych. Cała reszta, jak np. powszechna przemoc, alkoholizm, brak wolności słowa czy też więźniowie polityczni, już nawet o zajęciu cudzego terytorium nie wspominając, nie zasługuje na tak powszechną uwagę.

I czasami zastanawiam się, czy nie ma to aby na pewno żadnego związku z faktem, że imperium Putina może się poszczycić najwyższą na świecie liczbą legalnych aborcji – corocznie około miliona.(Organizacje pozarządowe alarmują jednak, że tzw. „aborcji niezarejestrowanych” może być wielokrotnie więcej – swego czasu Onet.pl informował, że może być nawet od 5 do 12 (sic!) milionów tego typu zabiegów, o których władze nie mają pojęcia.)

A przecież wiadomo, że w opinii postępowych Europejczyków możliwość uśmiercenia płodu według własnego uznania jest bodaj najważniejszym spośród wszystkich praw człowieka – i jeśli  Polskę, gdzie tego prawa praktycznie nie ma, tak chętnie nazywa się tylko z tej racji „piekłem kobiet” – to Rosja musi im się chyba jawić jako „raj”?

I to zupełnie niezależnie od tego, że miliony Rosjanek doświadczają przemocy ze strony swoich partnerów – a kolejne miliony – przedwczesnego wdowieństwa z powodu zapicia się tychże. Nie bez przyczyny mówi się w Rosji, że „mężczyzna idealny” to taki, który nie pije i nie bije – to chyba niezbyt wygórowane wymagania, prawda? (A i tak w tym coraz bardziej wyludniającym się ogromnym kraju niemal równie popularne w dalszym ciągu jest powiedzenie: „niechby pił, niechby bił – byleby był!”)

A po drugie, zastanawiam się, gdzie w tym wszystkim, co się obecnie dzieje na świecie, podziała się ONZ? Ktoś wie w ogóle, jak się nazywa obecny Sekretarz Generalny tej organizacji? Ja to wiem, bo sprawdziłam przed przystąpieniem do pisania tego tekstu: nazywa się otóż Ban-Ki Moon i pochodzi z Korei Południowej. Niewiele więcej można o nim powiedzieć, ponieważ wzmianki o jego działalności (?) nader rzadko pojawiają się w światowych mediach.

W ogóle mam wrażenie, że ONZ nie poradziła sobie z przemianami, jakie zaszły w świecie po roku 1989 (podobnie jak jej poprzedniczka, Liga Narodów, nie przetrwała „kryzysu” późnych lat 30 XX w. i II wojny światowej). Być może sama idea pokojowej współpracy między narodami i globalnego rozwiązywania problemów jest szlachetna i piękna (jak to zazwyczaj z ideami bywa), ale próby wcielania jej w życie są, jak dotąd, niezbyt udane.

Dopóki świat był podzielony, z grubsza rzecz biorąc, na dwa wrogie „obozy”, sytuacja była prostsza – dzięki strukturom ONZ mogły się one wzajemnie trzymać w szachu i tak utrzymywać swoisty „pokój w stanie wojny”. Ale kiedy upadł komunizm, wszystko znacznie się skomplikowało i pojawiły się zupełnie nowe wyzwania (jak choćby rosnący w siłę islamski terroryzm), na które Narody Zjednoczone zupełnie nie były przygotowane.

Jaskrawym przykładem tego jest choćby fakt, że pomimo jawnego naruszania zasad, na których miała się opierać ta organizacja (podam dla przykładu tylko dwie z nich: „rozwiązywanie sporów środkami pokojowymi” oraz „powstrzymanie się od groźby użycia siły lub użycia jej w sposób nieuzgodniony z celami ONZ”) Rosja NADAL nie została wykluczona z Rady Bezpieczeństwa ONZ (i prawdopodobnie nigdy nie zostanie). Mówiąc najprościej: o sprawach „światowego pokoju” decyduje facet, który właśnie prowadzi wojnę z sąsiednim państwem…

Zwiększyła się również liczba grup interesu i nacisku, które mogą znacząco wpływać na kierunki jej rozwoju – dość przypomnieć niesławną sprawę ogłoszenia przez Światową Organizację Zdrowia „pandemii” grypy, której nie było (wcześniej w tym celu zmieniono samą definicję pandemii, najprawdopodobniej pod naciskiem wielkich koncernów farmaceutycznych) czy też Konferencję na temat Kobiet w Pekinie (1995) – kiedy to z kolei zaznaczył się przemożny wpływ radykalnych organizacji feministycznych (wówczas to po raz pierwszy dokumentach oficjalnych padło słowo„gender”), który można obserwować po dziś dzień.

Niekiedy można wręcz odnieść wrażenie, że jedyne obszary, w których ONZ przejawia jeszcze jakąkolwiek aktywność, to właśnie wspomniane kwestie „praw reprodukcyjnych” (przede wszystkim nawoływanie do zapewnienia wszystkim i wszędzie dostępu do antykoncepcji, aborcji i edukacji seksualnej – tu poczynając już od 4. roku życia) oraz wzywanie „na dywanik” Kościoła katolickiego w sprawie pedofilii.

Były też pionierskie próby twórczego połączenia obydwu tych głównych obszarów zainteresowania w jedno, np. wtedy, gdy przedstawiciel Watykanu przy ONZ ośmielił się dowodzić, że więcej kobiet na świecie wciąż jeszcze umiera z powodu braku dostępu do antybiotyków, środków opatrunkowych, czystej wody i właściwej opieki okołoporodowej, niż (jak brzmi wersja oficjalna) z powodu „braku dostępu do bezpiecznej i legalnej aborcji.” Lewicowe organizacje po tej wypowiedzi dosyć głośno domagały się, by pozbawić Watykan statusu państwa-obserwatora…

Nie usłyszycie natomiast – przynajmniej ja nie usłyszałam – żadnej oficjalnej wypowiedzi przedstawicieli ONZ na przykład na temat: zamachów terrorystycznych, takich, jak ostatnio w Tunisie, czy wcześniej w Paryżu; prześladowania chrześcijan, Żydów i jazydów oraz niszczenia bezcennych dóbr kultury przez Państwo Islamskie (a kiedyś była też taka organizacja, jak UNESCO…); wojen w Republice Środkowoafrykańskiej i Syrii, czy też domniemanego udziału pracowników jednej z agend ONZ w aferze pedofilskiej (coś takiego kiedyś obiło mi się o uszy).

Już nawet nie wspominając o tym, o czym odważyła się opowiedzieć w jednym z wywiadów Janina Ochojska: że ludzie rzeczywiście zajmujący się pomocą humanitarną czasami są wręcz niezadowoleni, gdy na miejsce przybywa jakiś przedstawiciel ONZ. Po prostu dlatego, że często ci ludzie mają o wiele wyższe wymagania, dotyczące np. bezpieczeństwa, warunków zakwaterowania i wyżywienia, niż można im zapewnić na miejscu. Nie dość więc, że w niczym nie pomagają, to jeszcze trzeba się nimi ciągle opiekować jako „dostojnymi gośćmi…”

Ale wydaje mi się, że agonia tej niemal 70-letniej organizacji zaczęła się już nieco wcześniej. Być może już podczas wojny w byłej Jugosławii (1992-1995), kiedy to żołnierze sił pokojowych bezczynnie przyglądali się czystkom etnicznym, lub nieco później, w Rwandzie, gdzie masakra około 800 tysięcy ludzi również odbywała się na oczach zupełnie biernych żołnierzy w błękitnych hełmach (ale oczywiście zawsze łatwiej jest oskarżać o rzekomy „współudział” tamtejszy kler katolicki, niż uderzyć się we własne piersi…).

I tutaj nasuwa się dosyć oczywiste pytanie – na co komu takie „wojsko”, które nie potrafi nawet (bo nie ma takich uprawnień!) obronić bezbronnych w sytuacji zagrożenia? I czy naprawdę musimy w dalszym ciągu utrzymywać taką półmartwą organizację?

ONZ-150x150

Na zdjęciu: Sala Zgromadzenia Ogólnego ONZ. (Źródło: tvp.info)

A w tym wszystkim, oczywiście poza ofiarami, najbardziej mi szkoda zwykłych Tunezyjczyków, dla których te zamachy mogą oznaczać ruinę gospodarczą ich kraju, nędzę i bezrobocie – a to z kolei najskuteczniej może ich pchnąć w objęcia islamskich ekstremistów, jak to już dawno zaobserwował mój brat, który służył w Iraku: „Tacy ludzie mogą myśleć sobie: ja osobiście nie mam nic przeciw Europejczykom, ale jeśli nie przystanę na propozycję dokonania tego zamachu, to kto wyżywi moją rodzinę?!” – tłumaczył mi.

***

Kiedyś czytałam książkę ks. Marka Rybińskiego (1977-2011) „Zapiski tunezyjskie.” Nie będę ukrywać, że kupiłam ją przede wszystkim dlatego, że rzecz dotyczy młodego salezjanina, mniej więcej w wieku mojego P. Ale okazuje się, że jest ona niezwykle aktualna także dzisiaj, kiedy to oczy całego świata zwracają się na ten śródziemnomorski kraj.

W tych bardzo osobistych notatkach (które nigdy nie miały być przeznaczone do publikacji – chwała jednak salezjanom, że na nią zezwolili) ks. Marek opowiada o realiach codziennego życia w Tunezji, zwracając uwagę na trudności w byciu tam kapłanem (salezjanie, prowadzący nam szkołę, muszą występować jako osoby świeckie) – ale i na wielką serdeczność i otwartość tamtejszych ludzi. Wspomina na przykład, jak to pewnego razu naszła go nieprzeparta ochota na drinka (ach, ci mężczyźni!:)). Ale co tu zrobić, wokół sami muzułmanie, dla których alkohol w jakiejkolwiek formie to szatański wynalazek. I nawet gdyby to było możliwe, to przecież nie będzie pił do lustra, w ukryciu, jak jakiś alkoholik…

Zwierzył się z takich myśli zaprzyjaźnionym ze szkołą Tunezyjczykom – i ze zdziwieniem usłyszał, jak jeden z nich mówi do innych: „Wy, to wy, bracia – ale JA nie jestem wierzący, więc mogę się z nim napić!”:)  Zdziwiłem się, pisze, że nawet w kraju islamskim, jakim niewątpliwie jest Tunezja, możliwe jest tak otwarte przyznawanie się do własnego zdania w kwestiach religijnych.

A jednak właśnie w tej otwartej Tunezji, gdzie zyskał tak wielu przyjaciół, ksiądz Rybiński (na zdjęciu poniżej) znalazł straszną śmierć. Morderca, który był winien zakonnikowi jakieś pieniądze, najpierw zadźgał go nożem, a następnie odciął mu głowę, aby upozorować zbrodnię na tle religijnym…

„Wybaczcie nam! – mówili Tunezyjczycy na jego pogrzebie. – Tunezja nie jest TAKA!”

A więc jaka jest? Nie wiem.

Tunezja

Największy grzech Dolce&Gabbany.

Ale się porobiło – okazało się, że nie tylko „fanatyczni katolicy” mogą mieć niejakie obiekcje co do tej cudownej, nagrodzonej Nagrodą Nobla metody in vitro. Po tych „katotalibach” cały postępowy świat już od dawna nie spodziewał się niczego innego. Ale żeby zdeklarowani geje i znani skandaliści?! To już doprawdy szczyt wszystkiego!

Gdyby chociaż, jak normalni artyści, uprawiali seks w miejscu publicznym lub na przykład obsikali podobiznę papieża… Takie drobiazgi można byłoby wybaczyć (nie takie rzeczy wybaczano już innym w przeszłości) , a nawet przyklasnąć – ale żeby tak bezczelnie podeptać „najświętszy dogmat” naszej cywilizacji, który mówi, że rodzicielstwo  in vitro jest ZAWSZE lepsze, piękniejsze i bardziej odpowiedzialne od tego naturalnego? NEVER!

A więc teraz będziemy zasypywani opowieściami obrażonych rodziców, pokazujących wszędzie gdzie bądź swoje pociechy, które to są mądre, piękne i ze wszech miar upragnione. W co zresztą, od razu mówię, nigdy nie wątpiłam.

I nic to, że obaj panowie – tak, jak ja ich zrozumiałam – mówili głównie o homorodzicielstwie, realizowanym przy użyciu in vitro z udziałem surogatek. (Nie dziwię się zatem, że najostrzej zareagował na to Elton John, który właśnie w ten sposób dwukrotnie został ojcem.) Ale cóż oni takiego w gruncie rzeczy powiedzieli? Że nie tyle każdy człowiek ma „prawo do dziecka”, co każde dziecko ma prawo mieć ojca i matkę… I że dzieci powinny pochodzić z miłości, a nie z laboratorium (choć ja bym nigdy nie użyła w odniesieniu do tych dzieci słowa „syntetyczne” – „sztuczny” może być co najwyżej sposób ich poczęcia, one same są naturalne, jak najbardziej.) Aż takie to było gorszące? Rozumiem, że ci wszyscy oburzeni „rodzice z in vitro” sami nie są pewni, czy ich dzieci są owocem miłości?  Bo ja i co do tego nigdy nie miałam żadnych wątpliwości. Podobne poglądy zresztą głosi od lat papież Franciszek. Ale on-wiadomo, katolik. Ale żeby oni?! Żmije wyhodowane na tolerancyjnym łonie LGBT!

I nawet nie można tych skubańców oskarżyć o homofobię!!!!!

Ostatnie doniesienia z frontu walki o ogólnoświatowe „prawo do dziecka”: w Wielkiej Brytanii matka urodziła dziecko (z komórek pochodzących od anonimowej dawczyni) dla własnego syna, ponieważ ów jest gejem i poszukiwanie innej kobiety nie wchodziło dla niego w grę. Następnie szczęśliwy tatuś musiał jeszcze tylko… adoptować swego syna, dla którego formalnie jest… bratem (bo także dla systemu prawnego w Anglii „matką” dziecka jest po dawnemu kobieta, która je urodziła, a nie dawczyni jajeczek…). Czyż to nie wspaniały przykład „nowoczesnej rodziny”, takiej na miarę marzeń profesora Hartmana, która istnieje jedynie dzięki in vitro? Sędzia wydał zgodę na tę tak niezwykłą kombinację, ostrzegł jednakże przed „pochopnym wykorzystywaniem metody in vitro” w ten sposób. Obawiam się jednak, że to „głos wołającego na puszczy.”

Wciąż pobrzmiewa mi w uszach głos mojego spowiednika, który mówił: „Pamiętaj, człowiek to jest taka istota, która – jeśli tylko coś technicznie da się zrobić – NA PEWNO to zrobi!” Ot, co.

Dolce&Gabbana

Zdjęcie pochodzi ze strony www.emaluszki.pl.

Postscriptum: I znowu przy tej okazji musiała się wypowiedzieć jakaś śmiertelnie obrażona na Kościół mama in vitro, która stwierdziła: „Kiedyś byłam katoliczką, lecz już nie jestem. Pewnego dnia mój starszy syn zapytał mnie: „Mamo, dlaczego Kościół nie lubi Franka?” Odparłam, że to nie jest tak, że Kościół nie lubi Franka – Kościół tylko bardzo precyzyjnie oddziela osobę Franka od tego, w jaki sposób został poczęty. Na to mój syn zauważył: „Mamo, ale przecież tego się nie da rozdzielić!” W końcu przyznałam mu rację, w przeciwieństwie do tych wszystkich katolików, którzy nadal udają sami przed sobą, że to, co niespójne, jest spójne…”

Ja tylko w kwestii owej rzekomej niespójności, szanowna Pani. Przypuszczam, że obydwie zgodziłybyśmy się co do tego, że gwałt nie jest właściwą drogą powoływania na świat nowych istot ludzkich.  Czy jednak z tego wynika, że złe z natury są wszystkie dzieci, poczęte w ten sposób? Nie? A, fe, cóż za „niespójność”!:)

Historia pewnej kampanii.

Niedawno Amnesty International, organizacja, która – mówiąc delikatnie – przynajmniej w ostatnich latach wykazuje wyraźny „lewicowy przechył” opublikowała plakat, mający za zadanie propagować wśród państw-stron ratyfikację europejskiej Konwencji o Zapobieganiu Przemocy wobec kobiet i przemocy domowej.

O ideologicznych podtekstach tego dokumentu (np. o tym, że dość jednoznacznie uznaje się w nim „religię i tradycję” – bez żadnych niuansów! – za źródło problemu) już tu kiedyś pisałam, więc ani myślę się powtarzać.

Godne uwagi jest jednakże samo dzieło plastyczne, o którym mowa powyżej.

 

Oto elegancko odziany mężczyzna zmywa mopem krew z podłogi w kuchni – w domyśle: oczywiście krew swojej niewinnej, żeńskiej ofiary. Szyderczy napis głosi: „TO NIEPRAWDA, ŻE MĘŻCZYŹNI NIC NIE ROBIĄ W DOMU.”

Przyznacie, że przekaz jest jasny: JEDYNE, co mężczyźni w domu robią, to piorą swoje towarzyszki i/lub nieletnie potomstwo – rano, w południe i wieczorem – a potem jeszcze, ewentualnie, perfidnie zacierają ślady tej ponurej zbrodni.

Jest to, że się tak wyrażę, podejście potrójnie niesprawiedliwe. Po pierwsze bowiem obraża wszystkich mężczyzn hurtem; po drugie, tych, którzy rzeczywiście „coś” (i to niekiedy bardzo dużo, jak np. mój mąż) w domu robią, a po trzecie utrwala szkodliwy stereotyp, jakoby zawsze tylko oni byli sprawcami przemocy. (Aczkolwiek badania pokazują, że jeśli chodzi np. o nadużycia wobec dzieci, to kobiety dopuszczają się ich niemal równie często, jak mężczyźni – już nawet nie wspominając o tym, że i sami mężczyźni nierzadko padają ofiarą różnego typu przemocy, który to problem jest powszechnie bagatelizowany – „no, i co z tego, że dostał od żony parę razy po pysku, pewnie się chłopu należało i tyle!” – i skrywany bodaj jeszcze bardziej wstydliwie, niż katowanie kobiet.)

Rozumiem zatem, że według pań i panów z AI przemoc  NIGDY nie zdarza się np. wZAWSZE szczęśliwych związkach między kobietami? Niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że jestem już za dużą dziewczynką, żeby wierzyć w takie bajki – tym bardziej, że kiedyś sama czytałam na blogu pewnej lesbijki (której zapewne wcale nie zależało na tym, żeby pluć we własne gniazdo), jak to była świadkiem, jak na dyskotece jedna partnerka rozkwasiła nos drugiej – za to tylko, że tamta miała czelność… zagadać do kogoś innego.

W podobnym duchu wypowiedziała się ostatnio także niezastąpiona Eliza Michalik, stwierdzając w swoim programie (podobno „satyrycznym”, aczkolwiek mnie on już od dawna wcale nie śmieszy), że fakt, iż Polska uparcie nie chce tej Konwencji ratyfikować, oznacza, ni mniej ni więcej, tylko, że nadal MOŻNA w naszym kraju legalnie bić kobiety i dzieci. Można? Naprawdę? No, patrzcie, państwo –  a ja, głupia, ciemna, nieoświecona parafianka, przez całe życie myślałam, że przemoc w rodzinie jest u nas już od wielu lat przestępstwem, zagrożonym karą więzienia. Jak to się jednak można pomylić…

Zawsze wzrusza mnie zresztą ta naiwna wiara lewicy w moc „słowa pisanego.”

Już tu kiedyś pytałam o to, co właściwie taka maltretowana osoba ma zrobić z takim dokumentem? Może pomachać nim swemu oprawcy przed nosem i powiedzieć: „Słuchaj no, ty… Tu jest napisane, że NIE WOLNO ci mnie bić!” – co, oczywiście, powinno przynieść skutek natychmiastowy? I rozumiem, że w owych szczęśliwych krainach, które już Konwencję przyjęły, przemoc pomiędzy najbliższymi jest tak rzadka, jak śnieg na Saharze?

Moim zdaniem rzecz nie w mnożeniu kolejnych deklaracji, tylko we właściwym egzekwowaniu prawa, które już mamy. Truizmy o „prawie do życia wolnego od przemocy” nikogo nie uchronią przed biciem, tak samo, jak żadne międzynarodowe sympozjum na temat „woli walki z głodem na świecie” nigdy jeszcze nikogo nie nakarmiło. (A śmiem twierdzić, że koszty niektórych tego typu urzędniczych przedsięwzięć znacznie przewyższają koszt przysłowiowej „kromki chleba” dla potrzebujących).

Co więcej, pani redaktor dodała, uśmiechając się uroczo, że „zbliżają się Święta, więc prawdziwi Polacy-katolicy napiją się wódki, a potem będą lać.” Przyznaję ze skruchą, że jak żyję, nie wiedziałam, że bicie żony po pijaku należy do naszej wigilijnej tradycji… Ale trudno: jak mus, to mus. Dla dobra kultury narodowej trzeba będzie jakoś te potworne Święta przetrzymać… 😉

A swoją drogą, wciąż czekam na to, by pani Eliza powiedziała kiedyś jakieś dobre słowo pod adresem tych znienawidzonych „katoli”. Kiedyś wprawdzie wypsnęło się jej, chyba przypadkiem, że i wśród nich zdarzają się (o dziwo!) „normalni i sympatyczni ludzie, którzy robią fajne rzeczy” (choć po mojemu to mniej więcej tak, jakby powiedzieć, że „ateiści są nienormalni, ale nie wszyscy.”;)) – jednak żadnych konkretnych przykładów podać nie potrafiła. Z lubością za to napawa się w każdym programie przykładami wszelkich możliwych świństw, których katolicy dopuszczają się (nie przeczę!), a jakże. Mniejsza jednak o to.

Zaraz pewnie odezwą się głosy: „No, i czego się czepiasz, KAŻDY sposób jest dobry, żeby zwrócić uwagę na dramat tych maltretowanych kobiet i dzieci… A są ich miliony! Miliony!!!!”

Nawiasem mówiąc, takie ujęcie problemu oznacza, że uważamy, że to raczej zdrowa i normalna rodzina (czyli taka, gdzie NIKT NIKOGO nie poniża i nie krzywdzi) jest jakąś anomalią, a nie coś przeciwnego. Ale dobrze, przyjmijmy na chwilę, że „szlachetny cel uświęca wszelkie środki.”

Wyobraźcie sobie, że ktoś wypuściłby analogiczny plakat – w ramach jakże potrzebnej kampanii poświęconej walce z pedofilią – przedstawiający mężczyznę, trzymającego na kolanach nagiego chłopczyka i z podpisem: „TO NIEPRAWDA, ŻE GEJE NIE POTRAFIĄ ZAJMOWAĆ SIĘ DZIEĆMI! Ponad 80% przypadków molestowania nieletnich na świecie dotyczy wykorzystywania chłopców przez dorosłych mężczyzn.”

Jestem przekonana, że wówczas – i zapewne słusznie – głosom oburzenia na tak „obrzydliwy przejaw homofobii” nie byłoby końca. Prawda?

Nie, nie i jeszcze raz nie! Żaden cel, choćby nie wiem, jak szlachetny, nie uświęcaTAKICH środków.

Na szczęście w tej sprawie mam wsparcie nie byle kogo, bo byłej pełnomocniczki do spraw równego traktowania, Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz, która zwraca uwagę (w co ja sama zresztą nigdy nie wątpiłam!), że „i mężczyźni są różni”: ”Po tym świecie chodzą również kanalie. Niektórzy gwałcą – oby zgnili w więzieniu. Są oni wrogami tak kobiet, jak porządnych mężczyzn (…) Mężczyźni to nie jest płeć oprawców.” – przekonuje (tych, których widać przekonywać trzeba) obecna europarlamentarzystka PO. No, cóż, dobre i to…

***

W ostatnich dniach i tygodniach (kiedy mnie tu ze zrozumiałych względów nie było) głośno było u nas także o innej „kampanii” – tym razem reklamowej. Empiku, który do promocji świątecznej zaangażował m.in. budzącą kontrowersje dwójkę wykonawców: Adama Darskiego, zwanego Nergalem i Marię Czubaszek.

Pragnę od razu zaznaczyć, że cała ta sprawa właściwie ani mnie ziębi, ani grzeje. W empikach w ogóle bywam raczej rzadko, ze względu na wcale nie największy (jak na mój gust) wybór produktów i bynajmniej nie najniższe ceny.

Niemniej wydaje mi się, że nie jest trafionym pomysłem angażować do promocjiKSIĘGARNI faceta, który publicznie spalił bestseller wszech czasów (którym wciąż jeszcze pozostaje Biblia) – i którego mroczny image bardziej by chyba pasował do Halloween? – oraz, z okazji Świąt, w czasie których wspominamy narodziny pewnego Dziecka (i to niezależnie od tego, czy akurat wierzymy w Jego boskość, czy też nie) kobietę, która publicznie mówi o swoich dwóch aborcjach: „To CUDOWNIE, że to zrobiłam!”

I myślę, że nie trzeba wcale być „moherowym beretem”, by zauważyć w tym jakiś dysonans. Tylko tyle.