„Wolność seksualna” czyli utopia.

Nie milkną  echa kontrowersyjnej wypowiedzi Jana (profesora) Hartmana na temat kazirodztwa.

Sam zainteresowany broni się wprawdzie (słabo), iż chodziło mu li tylko o „wywołanie dyskusji” – niemniej wydaje mi się, że rzecz stanowi część szerszego problemu całej naszej cywilizacji.

Otóż w najnowszych czasach przywykliśmy z podejrzliwością traktować wszelkie uznane od wieków tradycje i obyczaje ludzkości, widząc w nich nie tyle (jakby chyba należało) przejaw jakiejś „mądrości pokoleń”, które, sparzywszy się na pewnych eksperymentach, postanowiły dość zgodnie wykluczyć je z kręgu swego doświadczenia – a jedynie niezrozumiałą a despotyczną chęć do ograniczania „wolności” innych.

Zresztą, warto na wstępie zauważyć, że z reguły ochotę do „inicjowania dyskusji” i kwestionowania nawet tego, co nigdy i nigdzie dotąd podważane nie było, przejawiają nie ci, którzy z owych „ograniczeń” są zadowoleni, ale ci, którzy chcieliby ich zniesienia.

Tak więc hasło: „zacznijmy o tym rozmawiać!” jest zazwyczaj nie tyle wezwaniem do spokojnej, akademickiej debaty (z rozważeniem wszystkich „za” i „przeciw”), co pierwszym krokiem do obyczajowej – a często i prawnej – rewolucji.

Tak właśnie było dotychczas we wszystkich  krajach przy okazji „dyskusji” o dopuszczalności aborcji czy eutanazji; tak też było przy ostatnich próbach brytyjskich etyków przeforsowania do świadomości ludzi idei „aborcji posturodzeniowej” nawet zupełnie zdrowych niemowląt. Co, oczywiście z pewnego ściśle określonego punktu widzenia, wydaje się nawet dosyć logiczne. Jeśli (a o tym jestem najzupełniej przekonana!) NIE DA SIĘ jednoznacznie wskazać wyraźnej różnicy między „płodem” w ostatnich stadiach rozwoju, a noworodkiem; zakładając przy tym (w co już trochę powątpiewam, ale mniejsza z tym), że naprawdę nie wiemy, co to znaczy „być człowiekiem” – i jeśli (w co jestem skłonna uwierzyć!) powody, nieraz bardzo poważne, które skłaniają kobietę do tego, żeby „nie chcieć” tego konkretnego dziecka, z reguły nie ustają po jego narodzinach – to właściwie dlaczego, w imię jakiego okrutnego prawa czy obyczaju, „zmuszać” biedaczkę do macierzyństwa, którego nie chce – jeśli nie zdążyła się z niego wycofać wcześniej?

W końcu JEJ wolność i prawa powinny być o niebo ważniejsze niż prawa „jakiegoś tam” noworodka, co do którego nie mamy żadnej pewności, czym właściwie jest, nieprawdaż?

I tak to właśnie działa, proszę państwa. Tak przynajmniej można wnioskować z wypowiedzi niemieckich etyków, na którą powołuje się Hartman, a w myśl której (uwaga, uwaga!) „wolność seksualna powinna być ważniejsza, niż ABSTRAKCYJNA ochrona rodziny.”

O, zaiste, słuszne to i sprawiedliwe, mądre, godne oraz zbawienne! Wszak kierując się tą samą, jakże postępową ideą, pewna brytyjska pani sędzia uwolniła już jednego przestępcę seksualnego, argumentując ślicznie, że „niemożność odbywania za kratami stosunków jest dla skazanego zbyt dotkliwym cierpieniem.” Jasne, JEGOwolność seksualna ponad wszystko – o wolności jego ofiar w uzasadnieniu nie wspomniano, bo i po co…

Tak samo w omawianym przypadku z Niemiec, w którym to starszy brat po śmierci rodziców spotkał i pokochał (nie tylko platonicznie) swoją nigdy nie widzianą, lekko tylko upośledzoną siostrę. Z owej wielkiej miłości narodziło się czworo dzieci, z czego tylko dwoje z wadami genetycznymi – ale jakiż to problem w dobie „skutecznej antykoncepcji” i legalnej aborcji? – pytają niemieccy etycy, jedyny problem w tym przypadku widząc w tym, że „bezduszne państwo” wsadziło kochającego braciszka-tatusia za kratki – i krzycząc, że „szczęśliwa rodzina nie może być przestępstwem!”

Warto tu też dodać, że w tym konkretnym przypadku trudno nawet – jak to się często robi w przypadku innych seksualnych odmienności – powoływać się na rzekomą „całkowitą naturalność” takich praktyk, bo, o ile mi wiadomo, zwierzęta mają na ogół dość dobrze działający mechanizm, zabezpieczający przed kopulowaniem osobników pochodzących z jednego gniazda. Nie, nie i jeszcze raz nie. Matka Natura najwyraźniej nie chce takich „pięknych związków” – a kazirodztwo pozostaje ludzką domeną.

Ja tu zresztą widzę więcej problemów, np. możliwość emocjonalnego, seksualnego i materialnego uzależnienia kobiety, która mogła (podkreślam tylko – mogła!) nie w pełni świadomie kierować swoim postępowaniem i z tego powodu chyba nie za bardzo się nadaje na ikonę romantycznej miłości XXI wieku? Ale co ja tam mogę wiedzieć o prawdziwym szczęściu rodzinnym i „nowej, wyższej jakości miłości i związku”, prawda? (Notabene, do tej pory ja, ciemna, nieoświecona parafianka, sądziłam, że w nowym, wspaniałym świecie  WSZYSTKIE układy partnerskie są równie dobre – ale nie, okazuje się, że są wśród nich lepsze i gorsze, równe i równiejsze…)

A że w imię owego prawa do szczęścia jednostek ktoś (ich dzieci) może ponosić niezasłużone cierpienie niepełnosprawności (czy choćby tylko aborcji)? Kto by się tym przejmował? Wszystko to są przecież, jak by powiedział klasyk, nieuniknione koszty postępu – i ktoś je musi ponieść.

Wszak „wolność seksualna über alles” – a kto tego w czas nie pojmie, ten wsteczniak, ciemniak, wróg szczęścia ludzkości i woda na młyn odwetowców z Bonn…

Lewica ma już zresztą wprawę w opowiadaniu nam ckliwych historyjek zbudowanych według schematu – „a gdyby tak pastuszek maleńki zakochał się w kózce, to WY byście od razu pastuszka do więzienia wsadzili, taaak? A kto wie, może z tego związku narodziłyby się małe, śliczne jednorożce – i komu by to przeszkadzało?!”

No, dobrze, celowo trochę przejaskrawiam – ale naprawdę tylko trochę. (Bo tę nieuczciwą argumentację w stylu: „A gdyby to Twoja córka przeżywała traumę gwałtu, a Twój dziadek wył z bólu jak zwierzę, to Ty byś w imię swoich „abstrakcyjnych zasad” zwykłej, ludzkiej POMOCY im odmówiła, tak?!” – zdarzało mi się już słyszeć nie raz, nie dwa i nie dziesięć…I tym prostym sposobem wszyscy ci, którzy z jakiegoś powodu obawiają się majstrowania przy odwiecznych tabu, wyrastają po prostu na zwykłych okrutników i odrażające indywidua, pozbawione empatii – i właściwie mamy ich z głowy…) Bo np. słynny autor „Wyzwolenia zwierząt”, Peter Singer, już zupełnie jawnie postuluje, by dopuścić międzygatunkowe stosunki seksualne, oczywiście „za obopólną zgodą”. Ciekawam tylko, jak profesor wyobraża sobie ową zgodę w przypadku gatunków nie władających ludzkim językiem, bo przyznam, że tak daleko moja wyobraźnia nie sięga…

Ale idźmy dalej – skoro, jak sądzę, NIE DA SIĘ, jednoznacznie udowodnić, że w każdym przypadku  i zawsze zwierzęta doświadczają cierpień ze strony sodomity (bo niby jak to zmierzyć?) – to po cóż utrzymywać nadal w naszej kulturze „niezrozumiałe i krzywdzące” (niektórych) tabu zoofilii? (Proszę mnie nie atakować – ja tak tylko pytam – dla wywołania dyskusji…:))

Do podobnego wniosku doszli już chyba kroczący zawsze w awangardzie postępu Holendrzy, którzy otwierają już nawet specjalne domy publiczne dla amatorów tego typu uciech…

Próby przekonywania nas, że istnieje „dobra” i „zła” pedofilia także już były, nawet na naszym polskim gruncie (albośmy to jacy tacy?:)) – choćby niezastąpiony Kamil Sipowicz, mieniący się „filozofem”, który dowodził, iż pedofile lewicujący, liberalni, są z reguły wrażliwi, delikatni i po prostu „działają w zgodzie ze swoim światopoglądem” – a tylko ci w sutannach brutalnie gwałcą… No, tak, osobiście zawsze podejrzewałam, że jak dziecko molestuje nie ksiądz, tylko np. mamusia (proszę się nie gorszyć, to jest właśnie owo postulowane przez Hartmana „harmonijne połączenie miłości rodzicielskiej z erotyczną”), to dziecka nic a nic nie boli – bo gdzieżby mogło?! 🙁

A na swoich „łamaczy” czekają wciąż jeszcze kolejne tabu. Przecież nawet na tym blogu  padło kiedyś pytanie,  ”co właściwie złego jest w nekrofilii?” (na które, przyznam się ze wstydem, trudno mi było znaleźć „racjonalną” tj. nie odwołującą się do tej przebrzydłej „tradycji” odpowiedź…). No, bo biorąc rzecz logicznie, jeśli nieboszczyk nie cierpi i nie zgłasza sprzeciwu…? Wszak i za tą odmiennością przemawia m.in. argument „historycznej dawności zjawiska”, chętnie podnoszony tak w przypadku zwykłego homoseksualizmu, jak i kazirodztwa czy nawet pedofilii („przecież już starożytni…”, nieprawdaż? A o praktykach z udziałem zwłok, podobnie, jak o „świętych” małżeństwach siostrzano-braterskich, przede wszystkim w rodzinach królewskich – z których zresztą, jak można sądzić z zachowanych artefaktów, niekiedy rodziły się zdeformowane dzieci – donoszą nam już źródła egipskie…)

I to chyba nie przypadek, że właśnie w Niemczech etycy i prawnicy głowili się (pisałam już tu kiedyś o tym) nad sprawą pewnego kanibala, który za zgodą pewnego samobójcy, współżył z nim, a potem zabił go i zjadł… Może zatem czas już zastanowić się nad zasadnością pradawnego zakazu ludożerstwa? Nie? A dlaczego nie? Wszak kulturalnych ludzi żadna dysputa nie brudzi?

Nawet, jeśli skutkiem takiego podejścia do „postępu” miałoby być całkowite zniszczenie podstaw naszej kultury (i w rezultacie mentalny „powrót na drzewa”) – to czyż nie o to w istocie chodzi? Czy ktoś przekonująco udowodnił, że jakakolwiek małpa jest mniej szczęśliwa (ze swoją wolnością seksualną i brakiem jakichkolwiek zauważalnych tabu w tej mierze) niż którykolwiek, skrępowany przez własną cywilizację, przedstawiciel Homo sapiens?

I nawet jeśli pod koniec życia sam nestor „rewolucji seksualnej”, Zygmunt Freud, który w pewnym momencie upatrywał źródła większości nerwic w restrykcjach obyczajowych, zaczął się zastanawiać, czy aby ich całkowite zniesienie nie doprowadzi z kolei do zdziczenia i upadku… Bo kto dziś czyta późnego Freuda? Chyba tylko ja… 🙂

Interesujące jest tylko to, że w przypadku wielu innych równie kontrowersyjnych tematów – jak np. to, czy przyznanie pełni praw (i obowiązków) kobietom NAPRAWDĘprzyniosło im samo tylko dobro, albo, czy zwierzęta poddawane ubojowi rytualnemuNA PEWNO cierpią bardziej, niż te uśmiercane w rzeźniach przemysłowych – nasi koryfeusze postępu, tak rzekomo otwarci na KAŻDĄ rozmowę, wcale jakoś się nie garną do „otwierania dyskusji.”

No, ale w tych przypadkach chodzi przecież o prawa i wartości tak (dla lewicy) nomen omen „bezdyskusyjne”, że tu już naprawdę nie ma nad czym deliberować, nieprawdaż?

A prof. Hartman? No, cóż – w obronie jego i wszystkich niesłusznie prześladowanych kazirodców świata zdecydowała się stanąć tylko – z właściwą sobie bezkompromisowością i odwagą cywilną – profesoressa Środa, stwierdzając błyskotliwie, że przecież biskup-pedofil jest od nich stokroć gorszy…

Jasne – a od obydwu gorszy jest rekin ludojad, jak słusznie zauważył pewien prawicowy publicysta. Tylko co z tego wynika?!

Wieści gminne…i inne.

Niepostrzeżenie przeminęło lato, a wraz z nadejściem jesieni nadchodzą wielkie zmiany – tak na moim własnym podwórku, jak i w świecie, który mnie otacza.

I nie mogę powiedzieć, bym się nie cieszyła (jak niektórzy) z nominacji premiera Donalda Tuska  na szefa Rady Europejskiej. Przeciwnie, wydaje mi się, że to wielki splendor dla Polski (a ja jestem z duszy, serca patriotką, mimo że nie lubię uderzać w martyrologiczne tony) – chociaż mam niejasne wrażenie, że akurat tym razem to stanowisko to był pewnego rodzaju „gorący kartofel”, którego nikt nie chciał w związku z napiętą sytuacją międzynarodową.

Bo Unia ewidentnie nie wie, jak sobie poradzić z mocarstwowymi zapędami Władimira Putina, a może nawet radzić sobie wcale nie chce – byle nasza chata z kraja… Byle TUTAJ panował spokój, dobrobyt i „prawa człowieka” rozumiane zresztą coraz częściej dość wąsko jako tzw. „prawa reprodukcyjne”, seksualne, czy eutanazyjne.

W tej ostatniej kwestii znowu zadziwili mnie kroczący zawsze w „awangardzie postępu” Belgowie, którzy miłosiernie zezwolili na eutanazję skazanemu na dożywocie mordercy, żeby się już nie męczył w więzieniu, biedaczek… Czyż nie jest to doskonała ilustracja mojej teorii o istnieniu „równi pochyłej”, w myśl której stopniowo zaczynamy rozszerzać „dobrodziejstwo wspomaganego samobójstwa” (w przeciwieństwie do tej brzydkiej, złej i niehumanitarnej kary śmierci) na przypadki, które początkowo miały nie mieć z nim nic wspólnego?Na osoby chore psychicznie, dzieci, a teraz na kryminalistów…A dowiaduję się, że w kolejce po tę łaskę czeka już w Belgii kilkunastu innych osadzonych. Proszę mi wierzyć, ja ROZUMIEM dolegliwość dożywotniego pozbawienia wolności – ale zawsze mi się wydawało, że to cierpienie to konsekwencja ich własnego działania (inaczej, niż nieuleczalna choroba) – i element kary?

Oby więc tylko NAS tutaj nie dopadło jakieś embargo, czy wirus Ebola, byle można było w spokoju zajarać  trawkę (professoressa Środa już dawno stwierdziła, że dla niej osobiście wolność palenia konopi jest ważniejsza, niż jakaś tam wydumana „wolność sumienia i wyznania”), przerwać ciążę czy zawrzeć związek partnerski – to nam i chwatit’…

Nawiasem mówiąc, tych dwóch homoseksualnych panów, którzy pokazali, w jaki sposób można rozwiązać swoje osobiste problemy bez jakiejś wielkiej rewolucji obyczajowej i bez uciekania się do pomocy jakiegoś „Wielkiego Brata” (państwa), zasłużyło sobie na mój najwyższy szacunek. Zawsze uważałam, że większość rzeczywistych problemów, z którymi rzeczywiście borykają się w Polsce różnego typu pary nieformalne, da się rozwiązać na gruncie istniejącego prawa, bez tworzenia jakichś szczególnych instytucji „paramałżeńskich.”  (Por.„Co naprawdę myślę o związkach partnerskich?”) Tak trzymać, panowie!

A ja się z tym jakoś nie umiem pogodzić – i dlatego ostatnio wysłałam P. razem z dziećmi na marsz w obronie chrześcijan (i jazydów) prześladowanych przez tzw. „państwo islamskie” w Iraku. Wprawdzie nie bardzo wierzę w rzeczywistą skuteczność takich protestów (o czym poniżej) – ale liczy się nawet samo poparcie dla szczytnej idei.

W ogóle jestem zatroskana o stan współczesnej demokracji, w której – jak mi się wydaje – opinia kilkudziesięciu czy kilkuset „mędrców”, którzy rzekomo wiedzą lepiej, w jakim kierunku świat powinien podążać, staje się ważniejsza, niż życzenia milionów obywateli. Dowodem na to są smutne losy różnego typu inicjatyw obywatelskich, tak na terenie Polski, jak i w Unii Europejskiej. (Jak choćby masowy sprzeciw rodziców przeciw założeniom najnowszej reformy edukacji – projekt, poparty przez milion osób, w naszym Sejmie wrzucono do kosza nawet bez czytania…).

Dlatego nie wierzę, by – podobnie, jak 75 lat temu w przypadku Polski zaatakowanej przez Hitlera i Stalina – Unia, NATO czy ONZ zrobiły cokolwiek w sprawie Syrii, Iraku i Ukrainy. Skończy się tak samo, jak wtedy – na wyrażeniu ubolewania, ewentualnie na raczej nieznacznej pomocy humanitarnej… Równie nieruchawa przedwojenna Liga Narodów zdobyła się przynajmniej na symboliczne wykluczenie  III Rzeszy ze swoich szeregów – Rosja Władimira Putina zdaje się nie musi się obawiać nawet wyrzucenia z ONZ (jeśli ktokolwiek na świecie liczy się jeszcze z tą organizacją) I Władimir Władymirowicz, jak sądzę, świetnie zdaje sobie z tego sprawę.

W ramach więc całkiem prywatnego sprzeciwu wobec rosyjskich szykan mój mąż produkuje cydr na szafie…Przynajmniej tak twierdzi.

A Unię Europejską, mam wrażenie, ogranicza i paraliżuje także zasada jednomyślności państw, która utrudnia pojęcie jakiejkolwiek szybkiej, wspólnej decyzji  – jest to, notabene ta sama zasada, która pod nazwą liberum veto doprowadziła ongiś do upadku I Rzeczypospolitej (co powinno dać do myślenia co niektórym unijnym włodarzom).

Dlatego w ostatnich wyborach uzupełniających do Senatu, które odbyły się niedawno w naszym okręgu, postanowiłam przeprowadzić pewien eksperyment i zagłosować na kandydata, który zachwalał „demokrację bezpośrednią” – idea to zawsze mi bliska, choć nie jestem pewna, czy akurat polski Senat (którym tak naprawdę nikt się nie interesuje) jest właściwym miejscem do jej promowania.

I szczerze mówiąc, nie zraziło mnie nawet i to, że (jak zazwyczaj) ze swoimi poglądami znalazłam się w mniejszości. Być może społeczeństwo u nas jeszcze „nie dojrzało” do takiej formy rządów, jak w Szwajcarii. Poza tym, pocieszam się, że od wieków ci mądrzy stanowią mniejszość w każdym społeczeństwie. 🙂

A oprócz tego…czytałam sobie któryś z ostatnich „Wprostów” , jako matka świeżo upieczonego pierwszoklasisty, muszę się zgodzić z tezą, że w zderzeniu ze SZKOŁĄrodzice, choć przecież są ludźmi dorosłymi i nierzadko dobrze wykształconymi, bardzo łatwo dają się wpychać w rolę karconych „uczniów”, zamiast stawać zawsze po stronie własnych dzieci.

Tymczasem najnowsza reforma edukacji często powoduje przerzucenie ciężaru nauczania najmłodszych z pedagogów na rodziców właśnie – bo prawda jest taka, że przeciętny 6-latek po prostu NIE JEST W STANIE skupić się na lekcjach czy zadaniu domowym jednorazowo dłużej, niż 15-20 minut. I niczego tu nie zmieni przypominanie, że „rodzice powinni” (rzekomo) więcej pracować z dzieckiem w domu, zadawanie maluchom niekończących się szlaczków i „słupków” czy nawet prośby niektórych rodziców (sic!), żeby zadawać raczej jeszcze więcej, niż mniej, ponieważ dzieci… (cóż to za oporny materiał, nieprawdaż?) po prostu nie chcą współpracować..

W omawianym artykule znalazłam bardzo mądrą radę – żeby na takie nagabywania ze strony nauczycieli po prostu odpowiadać w stylu: „Szanowna pani, gdybym chciała uczyć swoje dziecko samodzielnie (go czego zresztą, jak sądzę, mam wystarczające kompetencje), zapisałabym je do edukacji domowej!”

Pomysł wydaje się przedni – ale kto z Państwa (pytam Czytelników posiadających dzieci!) się na to poważy?:).

Niestety, w tym samym numerze „Wprost” (które to pismo bezsprzecznie jest obecnie lepsze, niż Lisowy „Newsweek”, który dawniej bardzo lubiłam) znalazłam też wyjątkowo zjadliwy artykuł red. Magdaleny Rigamonti o prof. Chazanie. Jak zwykle, w samym tekście, jak i w komentarzach do niego padło wiele słów o „bezprzykładnym okrucieństwie” lekarza, który odmówił kobiecie aborcji (nawiasem mówiąc, aborcji dziecka poczętego in vitro, a te, jak nam usilnie wbijano w głowę, są ZAWSZEupragnione, a cały ten biznes nie ma z aborcją absolutnie NIC wspólnego…). A ja się zastanawiam, jak bardzo trzeba być wyzutą z empatii, żeby czyjeś śmiertelnie chore dziecko nazwać pogardliwie „żywym trupkiem”?

(W pewnym sensie, droga pani redaktor, WSZYSCY jesteśmy tylko „żywymi trupami” aż do śmierci – pani również…)

Zmroziło mnie to (jako osobę niepełnosprawną i w ciąży- ciekawe, jak sama mogłabym zostać nazwana w takim felietonie? „Pokurczem”? „Pokraką”?) bo dotąd uważałam red. Rigamonti za dość wyważoną osobę. Jak to się jednak można pomylić…

 

Prawo do protestu.

Zastanawiałam się dość długo, czy w ogóle pisać o tym – tym bardziej, że ostatnie wydarzenia, w wyniku których sama zostałam uznana przez niektórych Czytelników za dość odrażające moralnie indywiduum, znacznie podkopały moją wiarę w sens wypowiadania się publicznie na jakikolwiek temat. Być może rzeczywiście jestem jednostką totalnie niewiarygodną w roli tzw. „obrończyni wartości.” Jakichkolwiek.

Nie byłam też do końca pewna, co nowego mogłabym tu napisać – oprócz tego, co zazwyczaj piszę w takich razach.

Że mianowice współczesna sztuka ŻYWI SIĘ skandalem. A jak można najłatwiej wywołać skandal w świecie,, który już dość dawno wyzbył się większości dawnych „tabu” (przede wszystkim obyczajowych), a z drugiej strony sam nałożył sobie, poprzez poprawność polityczną, pewne nowe ograniczenia (tak więc o niektórych zjawiskach po prostu „nie wypada” mówić inaczej, niż dobrze – i już)?

Ano, wiadomo, że „waląc ile wlezie” w religię, zwłaszcza zaś w tę jedną, z której człowiekowi nowoczesnemu szydzić nawet wypada – w katolicyzm – w te biedne, śmieszne „babcie z różańcami.”. Bo już sztuka wymierzona np. w wyznawców judaizmu mogłaby się spotkać (być może zresztą słusznie) z zarzutami o „antysemityzm” i „budzenie demonów przeszłości”; już nawet nie mówiąc o tym, co mogłoby spotkać twórcę, który pozwoliłby sobie na zbyt swobodne podejście do postaci proroka Mahometa…

Odwaga szydzenia z chrześcijaństwa mocno dziś staniała – cóż prostszego, niż wsadzić  krzyż do menzurki z moczem? W większości krajów świata zupełnie nic za to nie grozi. Jest to zatem, śmiem twierdzić, odwaga małego Jasia, który jest z siebie strasznie dumny, ponieważ pomimo przestróg babci udało mu się narobić pod figurką…

Mnie jednak wychowano w przekonaniu, że należy szanować nie tylko swoje „świętości” (o ile ktoś je ma), ale takoż i cudze – i że to także wchodzi w skład szeroko pojętej „kultury.” Nie tylko osobistej. I mam wrażenie, że mówiłabym dokładnie to samo, gdybym była  ateistką.

Moi Czytelnicy natomiast przywoływali w tym kontekście przykład filmu Martina Scorsese „Ostatnie kuszenie Chrystusa” (swego czasu też dość mocno oprotestowany) – wydaje mi się jednak, że pomiędzy tym filmem (który, poza prostym skandalizowaniem niósł też pewne przesłanie, zawarte w pytaniu: „Co by było, gdyby Jezus zamiast wzniosłej misji zbawiania świata wybrał zwykłe, ludzkie szczęście z Marią Magdaleną?”) a  dzisiejszymi, coraz bardziej wulgarnymi prowokacjami istnieje jednak jakościowa różnica…

Te ostatnie znikają z naszej świadomości równie szybko, jak się pojawiły (kto dziś jeszcze pamięta, czego dotyczył poprzedni skandal?:)) – co jest dla mnie kolejnym dowodem na to, że nie chodzi tu wcale o odkrywanie jakichś głębokich prawd o świecie i człowieku (co zawsze powinno być celem sztuki, która pretenduje do miana „nieśmiertelnej”) – a JEDYNIE o wywołanie chwilowego oburzenia.

Warto tu może jeszcze raz przypomnieć wiekopomne wcześniejsze dokonania tego artysty, który stworzył m.in. performance polegający na topieniu „na żywo”  żywych chomików (biedne zwierzątka…) – oraz inny, podobny, dokumentujący przy pomocy bardzo czułej aparatury dźwięki, wydawane przez kraba, poddawanego wiwisekcji… Panie i Panowie – czapki z głów!

Twórcze perypetie pana Garcii są zresztą ciekawym przykładem nieomal „sakralnej nietykalności”, jaką nasze zlaicyzowane społeczeństwa otaczają „wolność artystyczną.” Oto bowiem to, co uznano za niedopuszczalne z motywacji religijnych – dręczenie zwierząt (jak o tym świadczy choćby spór o ubój rytualny) – staje się nagle znów zupełnie do przyjęcia, jeśli tylko opatrzymy to etykietką z napisem „SZTUKA!”

Nie, nie, ja się nie czuję obrażona. Ani trochę. Myślę, że człowiek nie jest w stanie już BARDZIEJ „obrazić” Tego, który SAM dał się opluć i przybić do krzyża – niezależnie od tego, jak bardzo się stara. Wciąż jest to tylko ciąg dalszy tej samej historii, która trwa od wieków.  Dlatego niezmiennie sądzę, że najlepszą możliwą reakcją na tego typu tanie prowokacje byłoby pełne godności (prze)milczenie.

Nie piszę też tego wszystkiego po to, by propagować „cenzurę” w jakiejkolwiek bądź postaci  (może poza autocenzurą, którą niekiedy staram się sobie sama narzucić – nie zawsze, jak widać, skutecznie). Nie. Uważam jedynie, że czym innym jest cenzura, która jest (prawie zawsze) zinstytucjonalizowanym działaniem,  zmierzającym do zablokowania pewnych treści, opartym o sankcje karne – a czym innym zwykłe prawo do protestu, które w państwie demokratycznym powinno przysługiwać wszystkim obywatelem – czy to w urzędzie, czy w galerii sztuki, na uczelni, w teatrze czy w kościele…

Choć, oczywiście, wolałabym, aby protestujący zawsze najpierw zapoznali się z tym, przeciw czemu protestują (bo z tym, niestety, różnie u nas bywa).

Nigdy jednak nie zdołam pojąć, dlaczego, kiedy grupa łysych młodzieńców mało uprzejmymi okrzykami przerwała wykład  kontrowersyjnego prof Baumana we Wrocławiu, to wówczas red. Adam Michnik wraz z prof. Magdaleną Środą łkali unisono nad tym, że „Polsce zagraża faszyzm” – natomiast kiedy .młodzi, lewicowi aktywiści zakłócili wykład równie kontrowersyjnego księdza Pawła Bortkiewicza na temat gender (pod koniec zeszłego roku w Poznaniu), tańcząc na stole w damskich ciuszkach i wrzeszcząc „Zapraszamy do niszczenia rodziny!” – to nikt z wielkich tego świata już nie mówił o żadnym zagrożeniu demokracji?

Dla mnie zaś oba te incydenty są tylko wyrazem prawa do obywatelskiego protestu – albo też OBA w równiej mierze zasługiwałyby na potępienie…

Tymczasem samego siebie w straszeniu „postępowej opinii publicznej” protestem owych „moherowych babć” przeszedł chyba redaktor Henryk Martenka z „Angory”, pisząc, co następuje:

„Pod teatrami odbyły się nabożeństwa różańcowe i inne egzorcyzmy. Były one skutkiem fatwy, rzuconej przez poznańskiego biskupa [aczkolwiek „fatwa” to termin zaczerpnięty z innego systemu religijnego  i dotyczy zgoła czegoś innego, niż publiczne modlitwy o nawrócenie grzeszników  – ale któż by tam zważał na takowe niuanse –religion is religion, nieprawdaż, panie Redaktorze?].  Jutro kółka różańcowe mogą zebrać się przed uniwersytetem, synagogą czy księgarnią, bo ktoś poczuje się dotknięty religijnie, a biskup zagrozi zamieszkami…” – wieszczy nam wszystkim ponurą przyszłość wróż Martenka.

Oj, tak, panie redaktorze – aż strach się bać! Bo przecież „każdy światły człowiek wie” , że od modlitwy do zamieszek ulicznych (oraz palenia bibliotek i muzeów…) z reguły jest tylko jeden krok, a takie różańce w rękach staruszek to znacznie groźniejsza broń, niż kastety w rękach kiboli…

Zwykle chętnie czytuję felietony w „Angorze”, ale tym razem aż chciało mi się zawołać: „Znaj proporcją, mocium panie…”

Nie, nie, nie! Modlitwa naprawdę nie jest najgroźniejszym aktem terroryzmu, znanym ludzkości (i nigdy pozwolę aż do tego stopnia demonizować modlących się ludzi – mimo, że wiem, że i w nich mogą się czasami budzić złe emocje – co można było zaobserwować chociażby w niektórych relacjach z Krakowskiego Przedmieścia), choć może nie jest najlepiej, gdy przeradza się ona w instrument nacisku.

Protest

I właśnie dlatego zdecydowałam się opublikować ten post – ryzykując, że znowu oberwę od kogoś za to po głowie…Być może nawet od wszystkich zainteresowanych stron…