„Podsłuchowywać? Podsłuchowywać?!”

Wprawdzie temat ten tylko luźno łączy się z ogólną tematyką tego bloga, ale że jest interesujący i na czasie – a ja pomyślałam że przyda mi się coś, co choć na chwilę oderwie moje myśli (oraz uwagę moich Czytelników) od moich osobistych problemów – to i ja coś o tym napiszę. A, co!

Afera podsłuchowa, oczywiście.

Przede wszystkim, przyszło mi do głowy, że podsłuchiwanie, szpiegowanie i nagrywanie to już poniekąd nasz sport narodowy. Podsłuchują i szpiegują prawie wszyscy wszystkich. Zazdrośni zakochani „sprawdzają” w ten sposób swoich partnerów, szkoły – monitorują zachowania uczniów, pracodawcy-pracowników, policja- kierowców… A nade wszystko do tego środka nader chętnie uciekają się dziennikarze wszelkich mediów, pod przykrywką „śledztwa dziennikarskiego” odsłaniając nawet mroczne tajemnice tego, o czym mówi się na zebraniu kółka różańcowego w Pipidówku Dolnym.

Na podsłuchiwaniu (i podglądaniu) bazują też oczywiście wszystkie agencje detektywistyczne i programy typu reality show

Można chyba bez wielkiej przesady powiedzieć, że ludzie obecnie dzielą się na tych, którzy byli, są lub będą szpiegowani – oraz na tych, którzy ich śledzą lub będą śledzić w przyszłości.

Raczej wątpię, by dzięki temu rósł pomiędzy nami poziom „zaufania społecznego”, który i tak, według wszelkich badań, mamy w Polsce żenująco niski.

I to wszystko pomimo tego, że nasza Konstytucja gwarantuje każdemu obywatelowi tajemnicę korespondencji,ochronę wizerunku,  rozmów i życia prywatnego – a prawo wyraźnie stanowi, że przywileje te można naruszyć tylko za zgodą sądu na wniosek prokuratury… Przynajmniej tak słyszałam.

Co więcej (a tego już dowiedziałam się ostatnio z wypowiedzi mecenasa Giertycha – który, jako prawnik, chyba wie, co mówi) przestępstwem jest nie tylko samo bezprawne „wchodzenie w posiadanie informacji dla nas nie przeznaczonych” – ale, tym bardziej, ich wykorzystywanie  i rozpowszechnianie.

To niegłupi przepis – i dlatego nie rozumiem, dlaczego jedynie dziennikarze mieliby być wyjęci spod tego prawa?

Oni sami zasłaniają się często sloganem, że „społeczeństwo ma prawo wiedzieć!”

Choć, szczerze mówiąc, czasami mam wrażenie, że z tym jest właśnie trochę tak, jak z przyłapaniem niewiernej żony na zdradzie – niektórych rzeczy lepiej byłoby się chyba nigdy nie dowiedzieć…

No, tak. Moim zdaniem, jest to klasyczne pytanie o to, czy – i ewentualnie KIEDY? – cel uświęca środki?  Bo wyobraźcie sobie na przykład (żeby już trzymać się bliżej profilu tego bloga) podsłuchy , które ktoś zainstalowałby np. w konfesjonałach, aby dzięki temu wykryć hipotetyczną (tzn. taką, która mogłaby dopiero skutkiem tego wyjść na jaw) aferę pedofilską? Można by coś takiego zaakceptować w imię „wyższego dobra” czy też nie?

Na upartego również za pomocą tortur można wydobyć z człowieka jakieś prawdziwe zeznania – ale czy tak zdobyta „prawda” jest naprawdę tego warta?  Chyba jednak nie – skoro większość państw świata zabrania zbierania informacji w ten sposób….

To oczywiście bardzo przykre, że nasi politycy PRYWATNIE często okazują się kimś zupełnie innym, niż w świetle jupiterów – zwłaszcza po ministrze Sikorskim, który lubił pozować na oksfordzkiego dżentelmena, spodziewałam się czegoś więcej, niż (jak to dawniej mówiono) „języka rodem spod budki z piwem.”

Ale… czy oni nie mają prawa prywatnie, „po godzinach”  (i po alkoholu!) nawet gadać głupot? Czy naprawdę musimy przywiązywać do tego aż taką wagę? I czy to to my, Polacy, jesteśmy w tej sprawie jakimś wyjątkiem? Podobnie, jak sądzę, jest (niestety) prawie wszędzie na świecie. Dzięki aferze Wikileaks wszyscy mieliśmy się przecież okazję przekonać, co tak naprawdę Amerykanie myślą o swoich „drogich sojusznikach” zza oceanu, których zresztą podsłuchiwali na potęgę (i jakoś nie słyszałam, by z tej racji ktoś domagał się na poważnie dymisji Obamy i/lub jego współpracowników…); znana też była sprawa szefa brytyjskiej Partii Pracy, który szczerząc się (nieszczerze) do jakiejś żarliwej zwolenniczki, równocześnie, sądząc, że nikt go nie słyszy, cedził przez zęby w kierunku swoich asystentów coś w rodzaju:”Zabierzcie ode mnie tę starą bigotkę!”

Że już o słynnym, polskim „Spieprzaj, dziadu!” (i na próżno tłumaczyć, że był to jedynie wyraz szczerej miłości pewnej partii do prostego ludu miast i wsi…) – nawet nie warto wspominać.

Tak, tak. Współczesna wielka polityka to bagno. Wszędzie.

Oczywiście, w tym wszystkim śmiechu wart jest też minister Sienkiewicz – pradziadek Henryk nie miałby powodów do dumy z takiego potomka. Bo cóż to w końcu za szef wszystkich służb, który (zanim jeszcze zacznie gadać bzdury…) się nawet nie upewnia, czy aby nie jest nagrywany?

Także premier Tusk (zakładając, że to był on) popełnił gruby błąd, wysyłając ABW do redakcji niezależnego pisma, by odebrała kompromitujące go materiały. Przykro mi, takich rzeczy w państwie demokratycznym się po prostu nie robi – i już.

Ale i redaktor Latkowski (który bronił tajemnic swego laptopa co najmniej jak niepodległości) wcale nie ma w moich oczach zadatków na męczennika świętej, narodowej sprawy, za jakiego chciałby uchodzić. Już chociażby z uwagi na swoją, powiedzmy oględnie, mocno nieciekawą przeszłość…

I wreszcie Robert Sowa, w którego (podobno) „przyjaznym” lokalu to wszystko się zdarzyło – moim zdaniem ów znany mistrz rondla i patelni powinien być odtąd spalony w swoim środowisku. Czy szanowany restaurator pozwala, by  podsłuchiwano jego drogich gości? Bo jakoś nie chce mi się wierzyć, by jako szef interesu mógł rzeczywiście nic o tym nie wiedzieć…

Tak więc, drodzy Państwo – w którąkolwiek stronę by nie powęszyć,fetorek jest mocno nieprzyjemny.

Tylko co nam, zwykłym obywatelom, przyjdzie z tej tak hucznie ujawnionej prawdy?  Ano, obawiam się, że nic. Jak zawsze -”ksiądz wini pana, pan-księdza. A nam, prostym, zewsząd nędza.” Takie tam brzydkie zabawy elit.

Dlaczego Edith Piaf nigdy nie wygrałaby konkursu Eurowizji?

No, cóż – najprostsza odpowiedź na to pytanie chyba brzmi: dlatego, że ze swoim oszczędnym scenicznym emploi zostałaby dziś uznana za zbyt „konserwatywną” jak na nasze zwariowane czasy.

W światowym show-biznesie bowiem chyba coraz mniej liczy się, kto jak śpiewa – a bardziej, ile jest w stanie „pokazać” publiczności na scenie i poza nią. Modelowym przykładem może być tu choćby Lady Gaga – wątpię, by któryś z jej zagorzałych wielbicieli umiał zanucić chociaż jeden jej utwór, za to wszyscy doskonale wiedzą, jak była ubrana (czy może raczej rozebrana:) ) podczas koncertu i jaki skandal udało jej się ostatnio wywołać.

Refleksje tego typu naszły mnie, naturalnie, po obejrzeniu ostatniego konkursu Eurowizji, który wygrała (jak już wszyscy doskonale wiedzą) reprezentująca Austrię niejaka Conchita Wurst – znana też jako „kobieta z brodą.” Pani ta nawet nie zaprzecza, że biologicznie jest mężczyzną (nie przeszła operacji zmiany płci) – jednak mimo to chce, by się do niej zwracać w formie żeńskiej.

No, cóż – jeszcze do niedawna tzw. drag queens były jedynie gwiazdami określonych lokali, teraz zaś zaczynają z hukiem wkraczać na salony.

Proszę mnie dobrze zrozumieć: ja nie mam nic przeciwko obecności takich osób (podobnie jak np. głęboko wierzących czy niepełnosprawnych :)) we wszystkich dziedzinach życia. Jeśli ktoś jest facetem, a lubi sobie paradować po ulicy w damskich ciuszkach, proszę bardzo – jego wola.

Jedyne pytanie, jakie w tym przypadku chciałabym postawić, brzmi – czy rzeczywiście ten artysta wokalnie był lepszy od swoich konkurentów (osobiście słyszałam kilku specjalistów, którzy ostrożnie – by się nie narazić na straszliwy zarzut „nietolerancji” – przyznawali, że bardziej przypadła im do gustu propozycja holenderska, która zajęła w konkursie zaszczytne drugie miejsce. Notabene, mówiło się, że ta właśnie piosenka „nie bardzo pasuje do Eurowizji”, chociaż nie całkiem zrozumiałam, dlaczego. Czyżby chodziło o to, że na scenę wyszedł po prostu facet z gitarą i spokojnie, bez żadnych udziwnień, zaśpiewał coś w duecie z kobietą?:) )?

A jeśli – załóżmy! – „Conchita” nie została doceniona za swoje muzyczne dokonania, to za co? Za swoją życiową postawę (kontrowersyjny wykonawca nigdy nie ukrywał swoich seksualnych preferencji) czy za promowanie „jedynie słusznej” genderowej ideologii?

No, dobrze, niech będzie i tak: „Przez tę wygraną my, Europa, pragniemy pokazać całemu światu, jak bardzo jesteśmy otwarci na wszelkie odmienności. Wszechtolerancja jedyną europejską wartością absolutną w świecie, w którym nie ma wartości absolutnych!” Naprawdę, można i tak. Tylko co to wszystko ma jeszcze wspólnego z  festiwalem piosenki?

To zresztą niejedyne kontrowersje związane z sobotnim plebiscytem.

Okazało się np. że choć mieszkający w Wielkiej Brytanii i Irlandii Polacy masowo głosowali na nasze „Słowianki”, tamtejsze jury raczyło łaskawie tego faktu nie zauważyć, uznając polski utwór za… najsłabszy ze wszystkich (sic!) i do tego „seksistowski” (cokolwiek to znaczy…). W efekcie według oficjalnych wyników Polska nie otrzymała z Wysp nawet jednego marnego punkcika…

Naprawdę, coś tu jest mocno nie w porządku – i bardzo bym prosiła, żeby mi tego nie tłumaczyć w duchu:”O co wam chodzi, durni Polacy? Przecież wiedzieliście od początku, że 50% łącznej noty stanowi ocena jury!” – ponieważ ZERO nie stanowi pięćdziesięciu procent nawet z  jednego. Dla przyzwoitości chociażby (czy też dla zachowania pozorów, jak kto woli) należało ten fakt uwzględnić przy podawaniu punktacji.

No, dobrze – słyszałam już opinie, że „profesjonalni jurorzy” o niebo lepiej się znają na muzyce , niż jakieś tam „przypadkowe społeczeństwo.” Przyjmijmy roboczo, że może to być prawda – jeśli jednak oni „wiedzą lepiej” (i nawet jeszcze przed konkursem – bo słyszeliśmy już kilka dni wcześniej że „Conchita z brodą” powinna w tym roku wygrać…) – to po co w ogóle urządzać całą tę szopkę z powszechnym smsowym głosowaniem?

A jaki z tego wszystkiego wniosek dla nas na przyszłość? Można było wysłać na Eurowizję  tych samych wykonawców, tylko przebrać Donatana za Cleo – i odwrotnie. 🙂

 

EDITH-1-150x150edith-2-150x150

Dwa koziołki.

Sprawa z Jasienicy zyskała nowy rozdział. I tak, jedni chcą widzieć w niej wyłącznie konflikt z nieczułą kościelną hierarchią samotnego a nieskazitelnego kapłana, który (niczym sam Chrystus!) został skazany za wierność swoim przekonaniom, a inni znów – tylko niepoprawnego buntownika, który nie wiedzieć czemu nie chce się pokajać przed swoim wielce świątobliwym biskupem.

Ja jednak, przykro mi to powiedzieć, nie potrafię tu dostrzec ani jednego, ani drugiego.

Widzę jedynie dwóch upartych mężczyzn, którzy tak się okopali w swoich racjach, że żaden nie myśli ustąpić choćby o milimetr. I to bez względu na konsekwencje dla wszystkich innych.

Wydaje mi się (choć oczywiście mogę się mylić), że z obydwu stron zabrakło dwóch rzeczy: pokory i gotowości do pojednania. Co może czasem na jedno wychodzi.

Kościół katolicki jest instytucją ściśle hierarchiczną, to prawda.

Ale w odniesieniu do biskupa, jako do tego, który ma z urzędu przewodzić innym, owa pokora winna się wyrażać przede wszystkim w umiejętności wysłuchiwania tych, którzy są mu powierzeni.

Dlatego sądzę, że arcybiskup popełnił błąd, zamykając „zrewoltowany” kościół w Jasienicy właśnie w przededniu najważniejszych świąt chrześcijaństwa, podczas których wspominamy, jak Chrystus z krzyża przebaczył swoim prześladowcom.

Wydaje mi się, że podzielonym wiernym otwarty „dom”, do którego wszyscy razem mogliby przyjść, teraz właśnie przydałby się bardziej, niż kiedykolwiek. W końcu, cóż to za „ojciec”, który, gdy „dzieci” nie zachowują się tak, jak trzeba, zatrzaskuje im drzwi przed nosem?!

Sam abp Hoser chyba zresztą dostrzegł w pewnym momencie całą niezręczność tej sytuacji (przecież jeśli chciał zdyscyplinować jednego krnąbrnego duchownego, miał ku temu wiele innych możliwości – nie musiał zaraz okładać „quasi-interdyktem” całej parafii, karząc w ten sposób winnych wespół z niewinnymi) skoro, chcąc wyjść z niej z twarzą (i nie będąc przy okazji zmuszonym przyznać się do pochopnej decyzji…:)) wymyślił wreszcie ów „wybieg” z polowymi mszami.

Ale i ksiądz Wojciech Lemański, wbrew pozorom, nie jest w całym tym sporze wcale aż tak niewinnym barankiem, za jakiego sam chciałby uchodzić.

Przede wszystkim, co warto może przypomnieć (bo media o tym nie mówią, aby nie rzucać cienia na wizerunek bohatera, któremu w tej opowieści przypisano rolę wyłącznie pozytywną) cała ta historia zaczęła się od tego, że ksiądz pozwał o coś do sądu dyrektorkę miejscowej szkoły – do czego, zgodnie z kodeksem kanonicznym, nie miał prawa bez zgody swego przełożonego.

Chciałabym się mylić – ale wydaje mi się, że w innych okolicznościach cała ta sprawa posłużyłaby mediom takim, jak „Fakty i Mity” czy „Nie” za modelowy przykład „szarogęszenia się butnych czarnych w instytucjach państwowych.” Stało się jednak inaczej.

A to dlatego, że biskup – do czego zresztą miał pełne prawo – ukarał księdza za tę niesubordynację, od czego ten natychmiast się odwołał, itd. I odtąd tak to już poszło – a Lemański z proboszcza o niełatwym charakterze awansował nagle na „męczennika Franciszkowej odnowy Kościoła w Polsce” (choć może nie całkiem słusznie).

Czasami, kiedy na niego patrzę i słucham jego żarliwych zapewnień, że „nie da się wypchnąć z Kościoła” – zastanawiam się, czy on naprawdę chce być księdzem (w ogóle) czy tylko proboszczem w Jasienicy – i nigdzie indziej? Czy nie traktuje już zatem tego kościoła jak swojej prywatnej własności – a części wiernych mu parafian (gotowych skoczyć do gardła i wydrapać oczy każdemu, kto tylko coś powie na „naszego księdza Wojciecha”) jako zalążka własnej „sekty”? Czy nie marzy mu się czasem zamiana ról, w której to ON dyktowałby warunki swemu przełożonemu?

A Kościół katolicki, czy się to komuś podoba, czy nie, jest jednak instytucją hierarchiczną. I ksiądz Wojciech, przyrzekając na święceniach „posłuszeństwo” swojemu biskupowi, dobrowolnie te zasady przyjął. Czyż nie? (Co nie zwalnia, jak już mówiłam, biskupa od uważnego i życzliwego wysłuchiwania swoich księży – a tutaj i tego zabrakło. Ale to już zupełnie inna kwestia.)

Poza tym, nie wiem też, na ile ks. Lemański jest świadomy tego, w jaki sposób jego postawa wpływa na innych ludzi. Przecież on prędzej czy później będzie musiał odejść z tej parafii, dobrowolnie albo nie – w końcu nikt nie jest wieczny. On odejdzie, a pokłóceni ludzie zostaną i będą musieli żyć obok siebie przez lata. Nie słyszałam, bo media i o tym nie wspominały, czy „charyzmatyczny proboszcz z Jasienicy” próbował kiedykolwiek lać miód na te rany. (Wiem jednak, że znacznie łatwiej jest wykopać rów między ludźmi, niż go potem zasypać…)  I jaki naprawdę jest jego stosunek do „braci kapłanów” , których jedyną winą w tym wszystkim jest to, że zostali przysłani na jego miejsce?

Bo miłujący go parafianie już dali wyraz swoim uczuciom, głośno i dobitnie wzywając nowego proboszcza do odejścia „jeśli tylko ma choć trochę honoru” i twierdząc, że nawet nie chcą pamiętać imienia „tamtego”, ponieważ już mają „swojego” proboszcza – księdza Wojciecha…

Czy tak to właśnie wygląda?

Szczerze mówiąc, nie wiem. Na razie widzę tylko dwa koziołki…