Przegłosowywanie Jezusa?

„Masturbacja nie jest grzechem, podobnie jak małżeństwa gejowskie i aborcja. Takie poglądy są coraz popularniejsze w Kościele w USA, nawet wśród zakonnic. „ – z widoczną satysfakcją pisze „Newsweek” w jednym z ostatnich swoich numerów (w ostatnim zaś elegancko nazywa naprotechnologię, popierane przez Kościół katolicki metody leczenia niepłodności, „gwałtem przy użyciu termometru” – jak gdyby in vitro nie było również procedurą jednak dosyć inwazyjną…).

I dodaje zaraz: „Margaret Farley nie jest jedynym katolickim teologiem, który postuluje zmianę myślenia o seksie, ale to ona zyskała ostatnio największy rozgłos. Na początku czerwca jej książkę „Just Love: A Framework for Christian Sexual Ethics” (Po prostu miłość: zarys chrześcijańskiej etyki seksualnej) potępiła watykańska Kongregacja Nauki Wiary (…) w tym samym czasie kongregacja oskarżyła o nieprawomyślność największe stowarzyszenie sióstr zakonnych w USA, zrzeszające 1,5 tysiąca klasztorów. I popierające Farley w sporze z Watykanem.
 
Okazało się, że amerykańskie zakonnice to kościelne „feministki” – rzadko noszą habity, buntują się przeciw władzy mężczyzn, żądają reform. I niewiele mają wspólnego z polskim wyobrażeniem o mniszce, która ze spuszczoną głową układa kwiaty przy ołtarzu i boi się nawet pomyśleć, że ksiądz może się mylić.”
Pominę milczeniem fakt, że nowy „Newsweek”, pod wodzą Tomasza Lisa, staje się z wolna bardziej lewicowy od „Przeglądu” – i coraz mniej ma już wspólnego z moim ulubionym tygodnikiem opinii o wyważonych, centrowych poglądach. Kiedy redaktor przejmował wcześniej „Wprost”, jego były właściciel, Marek Król, powiedział, że „czuje się jakby oddał córkę do domu publicznego.” Nie ukrywam, że jako stałej czytelniczce „Newsweeka” towarzyszą mi teraz podobne odczucia.  Czasami zastanawiam się, jakim cudem Szymon Hołownia wciąż jeszcze  odnajduje się w tym towarzystwie. Może służy w nowej redakcji za swego rodzaju „katolicki listek figowy”?:)
Zostawmy to jednak. Jak również i to, że sama znałam W POLSCE wiele sióstr zakonnych, które wcale nie chodziły ze wzrokiem wbitym w ziemię, w nabożnym skupieniu słuchając wszystkiego, co tylko biega w sutannie…
Zamiast tego zajmijmy się samymi tylko poglądami kontrowersyjnej siostrzyczki.
Jej zdaniem onanizm nie jest zagadnieniem moralnym. Wiele kobiet zaznaje dzięki niemu przyjemności, której nie osiągają w związkach z mężczyznami. Dlatego masturbacja nie tylko nie przeszkadza w relacjach międzyludzkich, ale wręcz im sprzyja. To brzmi jak bluźnierstwo, – grzmi „Newsweek”, bo Kongregacja Nauki Wiary nadal uznaje onanizm za „ciężkie przewinienie, gdyż dochodzi do użycia zdolności seksualnych poza właściwym dla nich porządkiem normalnych relacji małżeńskich w kontekście prawdziwej miłości i otwartości na nowe życie”.
No, cóż – osobiście zawsze byłam zdania (a wspierało mnie w tym przekonaniu wielu moich mądrych duszpasterzy), że nie należy robić z masturbacji największego problemu moralnego, znanego ludzkości.
Sądzę, że właśnie w kontekście „normalnych relacji małżeńskich”, pieszczot, masturbacja (podobnie jak różne inne „urozmaicenia”- niedawno kilka gazet w tonie sensacyjnym lub/i prześmiewczym napisało o „pierwszym w Polsce sex-shopie dla katolików”:)) mogłaby znaleźć swoje właściwe miejsce. Nie chce mi się jednak wierzyć, że najszczęśliwsze związki mieliby tworzyć ludzie, zaspokajający się samotnie w oddzielnych sypialniach. Od tego, że kobieta osiągnie orgazm pieszcząc się sama, jej mąż nie stanie się lepszym kochankiem…
A im dalej w las, tym więcej drzew…
„Dla Kościoła nie do przyjęcia jest też propozycja Farley, by stosunki homoseksualne traktować na równi z heteroseksualnymi. – kontynuuje autor artykułu. – Na przykład jej zdaniem określenie „owocny związek” nie musi się odnosić wyłącznie do płodzenia dzieci. W wymiarze duchowym równie owocne jest pielęgnowanie uczucia, zaspokajanie potrzeb partnera, czułość i opieka oraz ulepszanie świata przez ulepszanie samych siebie.”
Zgoda, tyle że… Kościół NIGDY nie zawężał pojęcia „płodnej miłości” jedynie do płodzenia dzieci – musiałby bowiem wówczas uznawać związki małżeńskie niepłodnych par za nieważne i grzeszne, co się nigdy nie stało. Wszystkie wymienione przez zakonnicę elementy są od zawsze istotnymi składnikami więzi małżeńskiej, aczkolwiek, jako osoba niepełnosprawna, nie tracę nadziei, że Kościół usunie kiedyś ze swego prawodawstwa pewne zbyt szczegółowe definicje „prawidłowego aktu małżeńskiego”, które to dziś utrudniają (a czasami nawet uniemożliwiają…) zawarcie sakramentalnego związku ludziom z niektórymi rodzajami fizycznych dysfunkcji.
Natomiast w tym szczególnym uprzywilejowaniu związku heteroseksualnego NIE CHODZI w moim odczuciu wcale o przesadne gloryfikowanie prokreacji, a tylko o wychwalanie, jako zamysłu Boga, komplementarności płci (który to element, chociażby w postaci koncepcji jing i jang, zawierają różne religie) – tego, że „jako mężczyznę i niewiastę stworzył ich.” Tak to wyjaśniał również Benedykt w swojej pierwszej, pięknej encyklice Deus caritas est.
Siostra Farley nie widzi też absolutnie nic złego w rozwodach.
‚W średniowieczu złamana noga zwalniała od udziału w pielgrzymce. Dlaczego od obowiązku małżeńskiego nie zwalnia złamane życie?”– pyta dramatycznie. I dodaje na swoje usprawiedliwienie: „Nie potrafię milczeć, bo ludzie cierpią. Wszędzie, gdziekolwiek spojrzę, ludzie cierpią…”
Tutaj byłabym się nawet w stanie z nią zgodzić – dążenie do zmniejszenie ilości cierpienia na świecie jest zawsze szlachetne. Inna rzecz, że nie jestem pewna, czy głównym celem Kościoła powinno być „ostateczne rozwiązanie problemu cierpienia” czysto ludzkimi, ziemskimi środkami („Mąż Cię nie zadowala? Kup sobie wibrator! Nie układa Ci się w małżeństwie? Rozwiedź się i po krzyku!”). Historia nauczyła mnie raczej, że ilekroć ludzie próbowali to robić, tworzyli sobie piekło na Ziemi…
Niemniej sama wielokrotnie postulowałam, aby (w duchu miłosierdzia, które zawsze powinno stać ponad prawem) zezwalać na ponowne małżeństwa porzuconych małżonków w szczególnie drastycznych przypadkach zerwania przysięgi małżeńskiej opartej na miłości (takich jak na przykład przemoc domowa, alkoholizm lub niewierność).
Teolożka jednak w swoim rozumieniu „zmarnowanego życia” idzie znacznie dalej i twierdzi, że małżeństwo chrześcijańskie to zobowiązanie takie samo jak każde inne, więc jeśli charakter relacji albo uczucia jednego z małżonków się zmienią, nic nie stoi na przeszkodzie, by wzajemne powinności wygasły.
Mamy więc tutaj zupełnie już „świecką” koncepcję miłości, jako czegoś opartego nie na decyzji woli („chcę spędzić z tym człowiekiem resztę życia, chociaż wiem, że nie jest ideałem.”) – tylko na „wzajemnych uczuciach”, które z natury swojej są zmienne i nietrwałe. Kiedy się kłócimy, moje uczucia względem P. są mniej niż przyjazne – czy to znaczy, że „nic już nie stoi na przeszkodzie”, byśmy się rozeszli?:)
Najbardziej rozbawiło mnie jednak uzasadnienie przyzwalającego stanowiska „postępowych zakonnic” wobec aborcji.
„Tylko 11 proc. katolików uważa przerywanie ciąży za grzech niezależnie od okoliczności – przytacza „Newsweek” dane z pewnego raportu. I w związku z tym, dodaje, jeśli hierarchia nadal będzie je ignorować, ludzie odwrócą się od Kościoła.”
I tu już wymiękłam. Pomijając fakt, że aborcja, choć moim zdaniem może byćMNIEJSZYM lub WIĘKSZYM złem zależnie od okoliczności (czasami może być mniejszym złem, niż coś innego) – to chyba nikt nigdy nie sprawi, że stanie się czymś szczególnie dobrym – zastanawiam się, czy takie „demokratyczne” podejście do spraw moralnych jest naprawdę tym jedynym właściwym.
Czy gdyby, dajmy na to, 55 procent respondentów uznało, że kradzież, w pewnych okolicznościach, nie jest niczym zdrożnym, Kościół powinien natychmiast znieść VII przykazanie? :)
„Oczywiście! – zakrzykną pewnie zaraz różni samozwańczy reformatorzy – Inaczej ludzie od Was odejdą i to będzie koniec Waszego Kościoła!”
Wszystko to bardzo pięknie, tylko że… Jezus wcale tak nie postępował!
Nie zmienił swego nauczania wtedy, gdy „wielu uczniów Jego odeszło i już za Nim nie chodziło” – J 6,65-67 – a nawet wtedy, gdy przed pretorium w „referendum ludowym” sromotnie przegrał z Barabaszem…
Widocznie bardziej zależało Mu na prawdzie, niż na popularności…
Ciekawe, swoją drogą, co On by na to wszystko powiedział?
Zob. też: „Wiosna Kościoła, czy zmierzch reformatorów?”

Słowa, słowa, słowa…

Jeszcze nie przebrzmiały emocje w związku z piłkarskim EURO, a już moich rodaków rozpalają inne kwestie, związane tym razem z szeroko pojętą tematyką „wolności słowa.”

Sąd Okręgowy w Warszawie skazał był ostatnio Dorotę „Dodę” Rabczewską na 5 tysięcy złotych grzywny za „obrazę uczuć religijnych”, utrzymując tym samym w mocy wyrok sądu pierwszej instancji i nie dając najwyraźniej wiary „rozbrajającym” wyjaśnieniom samej (podobno ponadprzeciętnie inteligentnej:)) oskarżonej, która twierdziła, iż wyrażenie „napruty winem i palący jakieś zioło” (którego użyła w stosunku do domniemanych autorów Biblii) znaczy tylko tyle, co „pozytywnie nastawiony.” :)
Idąc tym tropem, ośmielam się twierdzić, że sama Doda w momencie wypowiadania tych słów musiała być bardziej, niż „pozytywnie nastawiona.”:) Inna rzecz, że nie jestem przekonana, czy głupota winna być również przestępstwem…
Zgadzam się przy tym z jej obrońcą, który roztropnie zapytywał, czemuż to, gdy były chłopak Rabczewskiej drze Biblię (było nie było, przedmiot czci KILKU wyznań…) na scenie przy akompaniamencie niewybrednych wyzwisk – jest to TYLKO „wydarzenie artystyczne” – natomiast, kiedy Doda w wywiadzie (poza sceną) palnie głupstwo – o, to wtedy już „rozmyślnie obraża i poniża”?
W każdym razie czekam teraz, aż zastępy obrońców naszej nowej „męczennicy za (nie)wiarę” (na czele z Pierwszym Apostatą RP, Januszem Palikotem…) złożą się solidarnie na karę dla niej. Tak by chyba wypadało, prawda? No, chyba że ich solidarność z prześladowanymi nie sięga aż tak daleko. Wówczas sama chętnie się dorzucę…
„Czy należy karać ludzi za słowa?” – pytają dziś wszyscy. „Nie!” – pada z reguły kategoryczna odpowiedź. Ale, jak tak troszkę głębiej poskrobać, okazuje się, że może jednak karać. Może nie za wszystkie i nie do każdego skierowane, ale…
Oto znani polscy koryfeusze postępu i tolerancji, panowie Figurski i Wojewódzki (którzy już wcześniej wsławili się telefonami do ciemnoskórego rodaka z „warszawskiej centrali Ku-Klux-Klanu” – no, przednie po prostu, boki zrywać…:() właśnie za słowa stracili robotę w radiu ESKA Rock.
Poszło tym razem o pracujące w Polsce Ukrainki, które to, zdaniem obydwu dżentelmenów (?), pracują u nas głównie „na kolanach” i nadają się przede wszystkim do tego, żeby je „zgwałcić” – jeśli, oczywiście, nie są na to „zbyt brzydkie.” :(
Tu już miarka się przebrała i – choć panowie próbowali argumentować, że przedstawiali w ten sposób poglądy nie tyle własne, co tzw. „większości Polaków” (bardzo to wygodne zresztą – można bezkarnie palnąć każdą brednię, chytrze przypisując ją później jakiejś mitycznej „większości”, którą się rzekomo tą drogą obśmiewa i „wychowuje”, naturalnie…) – nawet ukraińskie MSZ zażądało oficjalnych przeprosin.
A jeszcze w pewnym programie informacyjnym (już nie pomnę, czy było to TVP Info czy TVN 24…) pan Krystian Legierski, którego skądinąd lubię i szanuję, nieomal płakał, jakoby w Polsce wszystko i wszyscy byli chronieni przed niesłusznym znieważaniem, a (rzekomo)  ”tylko po osobach homoseksualnych wolno było jeździć jak po łysej kobyle.”
Otóż nie, drogi panie – muszę pana niestety wyprowadzić z błędu. Jakkolwiek współczuję osobom homoseksualnym, które padają ofiarą słownych szykan, nie są one z pewnością jedyną taką grupą.
Inną są (karykaturalnie pojęci) „katolicy”, a zwłaszcza księża katoliccy. Zawsze twierdziłam, że agresywny antyklerykalizm jest pewną formą rasizmu (w jednym i w drugim przypadku chodzi wszak o to, żeby „bić czarnego!”) – i jak na razie zdania nie zmieniam.
„Złodzieje…Wypędzić klechów do watykanu tam jest ich guru ich ziemia niech tam siedzą i modlą się do boga o wybaczenie…” (Pisownia oryginalna)
 
WSZYSCY (podkreślenie moje) to wiedzą, że KAŻDY ksiądz to
seksualny zboczeniec…”
 
„kościół to dno, to instytucja która okrada nas od początków dziejów spalić wszystkie kościoły i tyle.”
 
„Klechy – czarne diabły to są ch…je”
 
„Kastrować katabasów w sukienkach. WSZYSTKICH.”
 
„Jebać mułłów z Talibanu oraz klechów z watykanu.” (Pisownia oryginalna)
Koniec cytatów. Zostały one losowo wybrane – więcej nie chciało mi się tego czytać. Podobne, a nawet znacznie ostrzejsze wypowiedzi każdy może sam sobie znaleźć na dowolnym forum internetowym, które choćby pośrednio (!) dotyka spraw wiary i religii.
Niedawno napisała do mnie pewna pani, związana z projektem „Żywa Biblioteka – Stop Dyskryminacji.”
 
Pomysł ten, który narodził się na festiwalu muzycznym w Roskilde (Dania) w 2000 roku, opiera się najkrócej mówiąc na optymistycznym założeniu, że każdy, kto żywi uprzedzenia wobec jakiejś grupy ludzi, może zmienić zdanie, jeśli na kilka chwil „wypożyczy” sobie taką osobę i z nią porozmawia. (Notabene, zawsze byłam przekonana, że 99% naszych rodzimych „antysemitów” nigdy w życiu nie spotkało żadnego Żyda…)
 
Zapytałam na wstępie, jako kto miałabym tam wystąpić – jako osoba z porażeniem mózgowym, wierząca czy może jako „żona księdza”? :) Bo w każdym z tych obszarów doświadczam niekiedy krzywdzącej mocy stereotypów. (Ostatnio pani w poradni diabetologicznej zwróciła się ponad moją głową do mojego męża z prośbą, aby, cytuję „pilnował tego, co ja jem” – jak gdybym była niedorozwinięta…)
 
Następnie, szczerze żałując, że nie mogę wziąć udziału – bieżąca edycja Żywej Biblioteki odbywa się w Gdańsku, a obawiam się, że w moim stanie mogłabym nie znieść dobrze tak dalekiej podróży – spytałam, czy mają świadomość tego, że w naszym świecie wrzeszczeć „fuck the Pope!” jest symbolem nowoczesności i wyzwolenia, a nie braku tolerancji, i czy w związku z tym posiadają „w ofercie” jakiegoś duchownego rzymskokatolickiego?
 
Odpowiedziano mi, że owszem, był jeden, ale się wycofał – i że na ogół księża nie zgłaszają problemów z „mową nienawiści.” Szczerze mówiąc, trochę się zdziwiłam…
Postscriptum: Poseł Armand Ryfiński z Ruchu Palikota (chcę wierzyć, że nie na polecenie swego szefa, który ostatnio postanowił być kulturalnym człowiekiem – oczywiście nie na zawsze, ale przynajmniej na czas jakiś, jak sam mówi…) zachęca na swoim blogu do „batożenia pielgrzymów.”  Czy ja się mylę, czy to już jest nawoływanie do aktów nienawiści na tle religijnym? Dziwi to bardzo u przedstawiciela tej, podobno tak „tolerancyjnej i otwartej” partii.
I ciekawa jestem bardzo, co ci wszyscy, którzy w Internecie tak ochoczo nawołują do podpalania świątyń i mordów na duchownych, zrobią, jeśli ktoś weźmie na poważnie te ich wezwania?

Sprawa sumienia (aptekarza).

Sporo kontrowersji wywołuje ostatnio sprawa tzw. „klauzuli sumienia” dla aptekarzy, na mocy której mieliby oni prawo odmówić sprzedaży środków poronnych i/lub antykoncepcyjnych.

Osobiście uważam, że taka możliwość powinna istnieć – ale tylko jeżeli chodzi o osoby nieletnie (wszak nie sprzedaje im się np. alkoholu, mimo że to przecież NIE SPRAWIA że nie piją, prawda?) oraz o preparaty, które RZECZYWIŚCIE mają działanie poronne.
Z faktu, że każdy ma prawo kupić sobie rewolwer i zastrzelić się z niego, jeśli chce, nie wynika jeszcze, że to JA koniecznie muszę mu go sprzedać – jak to mądrze napisał Szymon Hołownia.  Nawet, gdybym przypadkiem pracowała w sklepie z bronią. :)
Natomiast te panie farmaceutki, które w programach katolickich opowiadają, żeWSZYSTKIE bez wyjątku środki antykoncepcyjne niszczą życie poczęte, dają tylko dowód swego niedouczenia i kompromitują samą ideę. Użycie prezerwatywy to (z punktu widzenia katolika) może i grzech, ale na pewno nie zbrodnia!
Warto też dodać, że przecież wiele specyfików hormonalnych (jak np. Diane, których to pigułek niegdyś sama używałam z przepisu lekarza), ma, oprócz efektu antykoncepcyjnego, działanie terapeutyczne, które czyni je dozwolonymi także dla katolików. A mówić, że „mogą one niekiedy wykazywać również działanie poronne” to jakby twierdzić, że nóż kuchenny może posłużyć także do popełnienia morderstwa. Jest to niewątpliwie prawda – tak się czasem zdarza – tylko czy to dostateczny powód, by nie sprzedać komuś noża?:)
Z drugiej jednak strony, często przywoływana w tej dyskusji argumentacja typu: „jeśli ktoś zdecydował się być farmaceutą, to wiedział, na co się decyduje” – wydaje mi się równie fałszywa jak: „jeśli jesteś żołnierzem, musisz pogodzić się z tym, że będziesz strzelał do bezbronnych kobiet i dzieci” lub „to oczywiste, że jeśli jesteś aktorką, musisz ściągać majtki na każde życzenie reżysera.”
Sądzę, że KAŻDY człowiek, w dowolnych okolicznościach (może z wyjątkiem sytuacji bezpośrednio zagrażających życiu i zdrowiu innych ludzi) powinien mieć prawo odmówić działań sprzecznych z jego sumieniem. Inna sprawa, czy aby nie dożyliśmy już takich czasów, że chrześcijanie, jak w pierwszych wiekach, powinni rozważyćWYCOFYWANIE SIĘ z pewnych zawodów?