Niepowołany gej?

Ostatnio red. Tomasz Terlikowski wydał głośną książkę („Chodzi mi tylko o prawdę”, wspólnie z ks. Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim, wyd. FRONDA marzec 2012), w której twierdzi, że w polskim Kościele istnieje, ni mniej ni więcej, tylko „homoseksualna mafia.”

Pomijając już fakt, że raczej tej książki nie kupię – nie lubię publikacji z rodzaju „coś wiem, ale nie powiem” (zwłaszcza, jeśli ktoś deklaruje przy tym, że chodzi mu o „prawdę” – w takim  ujęciu to nie tyle prawda, co kurialne plotki i pomówienia…) – i że, jak się mogłam spodziewać, w dość bezkrytyczny sposób podszedł do niej mój dawny spowiednik, Tadeusz Bartoś, którego wydaje się cieszyć, ilekroć jakaś ohydna „prawda” o katolicyzmie wychodzi na jaw (nawet, jeśli głosi ją ultrakonserwatywny dziennikarz do spółki z ultrakonserwatywnym kapłanem – co już powinno go nieco ostudzić w zapałach:)) – w tej kwestii przychylam się raczej do zdania jezuity, o. Jacka Prusaka i ks. abpa Józefa Michalika, którzy, zgodnie zresztą z aktualnym nauczaniem Kościoła, stwierdzają, że sama skłonność homoseksualna nie dyskwalifikuje automatycznie do przyjęcia święceń kapłańskich. („Dopóki w kodeksie nie pojawi się kanon stwierdzający wprost, że orientacja homoseksualna wyklucza kandydata z kapłaństwa, dopóty można jedynie oceniać jego zdolność do życia w celibacie jako warunek ważnie przyjętych święceń” – pisze o. Prusak)  oraz że przeszkodą w przyjęciu święceń jest nie tyle skłonność homoseksualna, ile niezdolność do życia w czystości.
Rozumiem wprawdzie niepokój Kościoła spowodowany faktem, iż około 80% ujawnionych wśród duchownych przypadków pedofilii dotyczy właśnie aktów homoseksualnych (można więc rozumować – „odsuńmy homoseksualistów od ołtarza, a i problem zniknie…”) – niemniej sądzę, że molestowanie małych dziewczynek przez heteroseksualnych księży jest tak samo „grzechem wołającym o pomstę do nieba.”
Oczywiście, byłabym ostrożna w stosunku do kandydatów do kapłaństwa będących aktywistami gejowskimi lub postępujących w sposób jawnie sprzeczny z nauczaniem Kościoła.
Natomiast KAŻDY ksiądz żyjący zgodnie z tym, co ślubował i wyrzekający się „dla Królestwa Niebieskiego” swoich przyrodzonych pragnień jest na pewno miły Bogu i ludziom. (Sama znałam przynajmniej jednego księdza-homoseksualistę, który żył w przykładnym celibacie i był bardzo oddanym kapłanem). Gdyby było inaczej, należałoby uznać, że sam Bóg odrzuca ofiarę niektórych ludzi, tylko z powodu tego, że „z łona matki się takimi urodzili” albo że „ludzie ich takimi uczynili.” Z powodu skłonności, która nie jest nawet grzechem. Przez analogię: to trochę tak, jakby zabraniać dostępu do kapłaństwa niepijącym alkoholikom. A z tym się NIGDY nie pogodzę. Nawet zakładając, że niektórzy ludzie są „z natury” niezdolni do wypełniania niektórych powołań (np. do małżeństwa), nie można z góry zakładać, że nie nadają się także do innego typu służby w Kościele.
Pamiętam, jak sama cierpiałam w dzieciństwie, dowiedziawszy się od księdza, że niepełnosprawna dziewczynka „nie może” być bielanką… Panu Jezusowi się nie podobałam?:)
To prawda, że Kościół z zasady ostrożnie podchodził do duchowych poruszeń osób niepełnosprawnych. A jednak te z nich, które miały NAPRAWDĘ mocne powołanie, zostawały jednak mimo to osobami duchownymi (kapłanami i siostrami zakonnymi), nierzadko o wielkiej świętości. Czemużby tej samej zasady nie zastosować także i w stosunku do osób homoseksualnych?

Z kraju i ze świata.

Tym razem pod ostro antyklerykalnymi hasłami przepłynęła przez Polskę kolejna Manifa. Organizatorki uznały (lekceważąc zupełnie drobny fakt, iż 75% wiernych stanowią także kobiety), że najbardziej palącym problemem, trapiącym współczesne Polki są stosunki państwo-Kościół.

Szeregu pozytywnych inicjatyw, jak Domy Samotnej Matki czy świetlice środowiskowe, które również istnieją w dużej mierze dzięki dotacjom, taktownie nie zauważono. A (każdy!) ksiądz to krwiopijca, burżuj i darmozjad. Koniec, kropka. Amen, chciałoby się powiedzieć.
I być może przeszłabym nad tym do porządku dziennego – żeby nie było, nie jestem zwolenniczką Funduszu Kościelnego, finansowanie Kościołów z dobrowolnych odpisów podatkowych wydaje mi się rozwiązaniem dużo lepszym (aczkolwiek nawet w laickiej Francji państwo utrzymuje zabytkowe budynki sakralne, na przykład – biednych tamtejszych parafii zwyczajnie nie byłoby na to stać) – gdyby nie podnoszące się tu i ówdzie zapytania, często z zupełnie „niekościelnej” strony, jak głos Tomasza Lisa, czy Manifa skierowana po raz pierwszy tak wyraźnie przeciwko jednej tylko grupie zawodowej i wyznaniowej, nie trąci aby dyskryminacją?
Na to jedna z organizatorek, Katarzyna Bratkowska, odparła z rozbrajającą szczerością: „Nie, bo dyskryminować można jedynie mniejszości!” I tu już wymiękłam. Jasne. A najlepiej o tym świadczy przykład RPA. :)
***
Zwierzchnik anglikanów i z pewnością jeden z najbardziej „postępowych” przywódców chrześcijańskich na świecie, abp Rowan Williams, wbrew oczekiwaniom własnych wiernych nie stanął w obronie ich prawa do noszenia symboli religijnych.
W dniu, w którym przedstawiciele brytyjskiego rządu ogłosili przed Europejskim Trybunałem w Strasburgu, że chrześcijanie nie mają prawa (sic!) do noszenia krzyża jako widzialnego przejawu ich wiary („Noszenie krzyża nie jest chronione w ramach Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, ponieważ nie jest on postrzegany jako istotny składnik chrześcijaństwa” – czytamy w dokumencie sporządzonym przez Komisję.), kontrowersyjny duchowny dorzucił swój kamyczek do tego ogródka, stwierdzając, że krzyż to dziś już nic więcej, jak tylko „dekoracja”, pozbawiona jakiegokolwiek religijnego znaczenia. Nie ma więc o co kruszyć kopii, właściwie… To prawda, że coraz częściej staje się on po prostu elementem biżuterii, niekiedy noszonym w wyzywający sposób. Co jednak z tymi, dla których krzyż jest nadal autentycznym symbolem ich wiary, ani, czy na przykład menora, kipa i mezuza to również tylko elementy dekoracyjne (osobiście wydaje mi się, że to jednak coś znacznie więcej…) – arcybiskup nie wyjaśnił.
Pretekstem do tych dyskusji jest zaś proces przed Trybunałem w obronie m.in. Nadii Eweida, pracownicy linii lotniczych British Airways, która została dyscyplinarne zwolniona za noszenie krzyżyka w miejscu pracy. Sędziowie w Strasburgu mają czas na rozstrzygnięcie tej sprawy do końca bieżącego roku.
I tylko tak sobie po cichutku myślę, że gdyby abp Rowan żył w czasach apostolskich, tysiące chrześcijan wcale nie musiałyby stać się pokarmem dla lwów. Złożenie ofiary bóstwom cesarskim, którego od nich wymagano, było przecież także jedynie gestem SYMBOLICZNYM, czyli według niego pozbawionym znaczenia. Ale cóż – dla tych biednych prostaczków symbole niosły ze sobą jeszcze jakąś treść. Sami są sobie winni.
***
A u nas tymczasem Episkopat debatował nad nabrzmiałym problemem pedofilii. Pewnym zaskoczeniem mógł być wprawdzie udział w obradach abpa seniora, Juliusza Paetza, ale cóż, można zawsze powiedzieć, że kwestie związane z molestowaniem seksualnym zna on, że tak powiem, od podszewki.:(
I muszę z przykrością stwierdzić, że odniosłam wrażenie, że biskupi rzecz trochę „odfajkowali”. Benedykt, który do tych spraw podchodzi NIEZWYKLE poważnie, nakazał krajowym episkopatom opracować nowe instrukcje postępowania, no, to nasi też opracowali. Tyle że te „nowe” wytyczne chyba naprawdę nie wnoszą wiele nowego.
Przypadek molestowania, o którym się wie, należy niezwłocznie zgłosić do odpowiednich watykańskich  urzędów. Ale już postulat „współpracy z organami ścigania” staje się właściwie martwy, jeśli nie ma przy tym obowiązku doniesienia o przestępstwie do prokuratury. Bezwzględnie należy taki wymóg wprowadzić – z wyłączeniem oczywiście przypadków, gdyby ktoś dowiedział się o czymś takim podczas spowiedzi.
I niestety muszę się też zgodzić z Tadeuszem Bartosiem, że duchowni osądzający sami siebie mogą nie być w pełni obiektywni… Nemo iudex in causa sua.
„Znak wiary” czy „ornament”? A komu to rozstrzygać?

 

Kot wśród gołębi?

Słyszę, że z list Ruchu Palikota dostał się do Sejmu m.in. były ksiądz, Roman Kotliński (pseudonim „Jonasz”), przy którym – moim zdaniem – Joanna Senyszyn i Piotr Gadzinowski to dziewczynki od Pierwszej Komunii. 🙂

Dopóki nie zobaczę – nie uwierzę! Taki ze mnie niedowiarek… 🙂

Kotliński, urodzony w 1967 roku w Kole, w latach 1986-1989 kształcił się w Wyższym Seminarium Duchownym we Włocławku (o którym zresztą w swoich książkach pisze jak najgorzej). Po rocznej przerwie kontynuował naukę w WSD w Łodzi (tam mu było ciut lepiej), jednocześnie studiując na ATK w Warszawie . 12 czerwca 1993 roku przyjął święcenia kapłańskie i został inkardynowany (przyłączony) do archidiecezji łódzkiej.Jako ksiądz diecezjalny był wikariuszem m.in. w Ozorkowie i Aleksandrowie Łódzkim.

W 1996 roku porzucił stan duchowny i przestał utożsamiać się z jakimkolwiek Kościołem. Ożenił się. W latach 1997-1999 pod pseudonimem Roman Jonasz opublikował trzytomową autobiografię pod tytułem „Byłem księdzem”, w której przedstawił swój punkt widzenia na wewnętrzną sytuację w Kościele w Polsce w latach80. i 90. XX wieku. A także gorszące przykłady z życia duchowieństwa, które zraziły go do dalszego pozostawania w kapłaństwie.

 

W 2000 roku, dzięki zarobionym na publikacji pieniądzom, założył antyklerykalny tygodnik „Fakty i Mity”, którego jest redaktorem naczelnym. (opr. na podstawie Wikipedii).

 

Cóż mogę powiedzieć… „Zmęczyłam” całe trzy tomy tych wspomnień (bo staram się dużo czytać o tym, jak ułożyło się życie osobom, znajdującym się w podobnej sytuacji, jak moja – być może poszukując w tym jakichś wskazówek dla siebie…) – z wciąż narastającym uczuciem, że im dalej, tym rysowany obraz Kościoła był mroczniejszy – być może po to, by na tym tle tym bardziej jaśniała postać „jedynego sprawiedliwego” – autora.

 

Jak to ujął mój przyjaciel, również były ksiądz, Tomasz Jaeschke, którego Kotliński próbował (na szczęście bezskutecznie:)) zwerbować do pracy w „Faktach i Mitach” –„czytając to wszystko, trudno wyjść ze zdumienia, w jaki sposób ten biedny Romek wytrzymał tyle lat w tym bagnie, jakim według niego jest Kościół katolicki.” Tomasz twierdzi także, że Kotliński, poszukując sensacji, kilka razy złamał w swoich książkach tajemnicę spowiedzi, ale nie wiem, z czego wysuwa taki wniosek.

 

Ogólnie rzecz ujmując, sądzę, że obraz świata, przedstawiony w „Faktach i Mitach” jest równie „prawdziwy”, jak ten występujący w „Nie” (to zresztą ta sama półka brukowych czasopism). I że „neofici” (dowolnej idei) są zawsze najbardziej gorliwi…

 

Ktoś mi tu niedawno zarzucił niedostateczne bicie się we własne piersi, toteż dodam jeszcze, że zasadniczo uważam, że w mojej sytuacji życiowej istnieją dwie główne drogi postępowania. Można uznać, że to JA popełniłam gdzieś jakiś błąd (grzech, jeśli wolicie…) – ale mimo to Bóg mnie nie opuścił i wcale nieprawda, że WSZYSTKO, w co wierzyłam wcześniej było pozbawione sensu. I o tym właśnie staram się mówić na tym blogu.  Można też (jak Kotliński i jemu podobni) twierdzić, że to, w co się zaangażowaliśmy było złe od samego początku – i właściwie DOBRZE zrobiliśmy, rzucając to w diabły. Nie jestem jednak pewna, czy takie podejście nie rzuca jednak pewnego cienia na naszą rzekomo „niepokalaną” osobę…

A w perspektywie „sukcesu” Palikota i relatywnie słabego wyniku PSL niech mi wolno będzie dodać, że zawsze wierzyłam w to, że (zgodnie z krzywą rozkładu Gaussa:)) ekstremistów w każdym społeczeństwie jest mniej, niż ludzi umiarkowanych i rozsądnych. Myliłam się?

blog_ii_564575_4042888_tr_ryba2A ja wciąż JESTEM… tym, czym za łaską Boga jestem. Przepraszam zgorszonych.