Ból, którego nie było.

W głośnej obecnie sprawie tzw. „profanacji pomnika Chrystusa” przez powieszenie na nim tęczowej flagi, mój znajomy gej i były duchowny, Mirosław Stocki, napisał tak:

„Znalazłem bardzo celne opracowanie tematu i się dzielę:

„Istnieją dwa główne podejścia wśród gejów i lesbijek do tematu homofobii i jej zwalczania: opcja stoicka i opcja queerowa.

Opcja stoicka stawia na przykład osobisty i szacunek: świat się zmienia (głównie poprzez wpływ nauki) i homofobia – mimo, że istnieje – to się zmniejsza. A zmniejsza się dlatego, bo ludzie znają normalne osoby homo. Poza tym, zmiany nie da się wymusić, a każda trwała zmiana wynika z obustronnego szacunku i rozmowy.

Zmiana przez powolny dyskurs i wzajemny respekt – ja sam jestem zwolennikiem tej opcji.

Opcja queerowa jest opcją marksistowską. Zakłada ona, że świat dzieli się na tych uciskanych (dyskryminowane mniejszości seksualne) i tych, którzy uciskają (dyskryminująca „heteronorma”). Podobnie jak oryginalny marksizm, opcja queerowa postuluje konieczność Rewolucji – a jeżeli nie da się zebrać sił na Rewolucję z wielkiej litery, to warto wycisnąć z siebie wiele mniejszych aktów rewolucyjnych, mikro-buntów i mini-prowokacji które – w swojej dziejowej kumulacji – też mają rzekomo szansę zmienić świat i wyzwolić go od homofobii.

Zmiana przez szok i wkurzanie, innymi słowy.

Zwolennikami tej opcji są prawie wszyscy aktywiści LGBT.

Opcje te ścierają się ze sobą od dawna – ścierały się one już w Berlinie lat 20-tych, i ścierają się teraz w Polsce.

***

W dniach od 24 do 26 maja 2004 r. (sic!) we Wrocławiu odbywała się piąta edycja międzynarodowej konferencji na temat nienormatywnych seksualności i płci kulturowej „Europa bez homofobii”. Oto, jakie przemówienie wygłosił na tej konferencji aktywista LGBT i socjolog, Jacek Kochanowski:

„Wielostronny dialog racjonalnych partnerów – oto model teoretyczny. Kamienie i wyzwiska – oto praktyka, w obrębie której mamy się poruszać. Model teoretyczny wyznacza cel, ku któremu zmierzamy, praktyka wyznacza zaś konkretne ramy, w obrębie których projektować należy takie posunięcia, które przybliżą nam cel wyczekiwany. Stajemy jednak wobec pytania zasadniczego: czy do celu owego zmierzać mamy drogą ewolucyjną, drogą małych kroków, cierpliwego budowania sprzyjającego odmieńcom horyzontu politycznego, poszukiwania sojuszników, opracowywania krótkoterminowych strategii, czy też odpowiednią drogą jest droga rewolucyjna, droga buntu, droga sprzeciwu, droga strategii zwanej strategią słusznego gniewu. Nie chodzi przy tym o to, aby rozstrzygnąć ten dylemat na poziomie teoretycznym raz na zawsze, ale o to, która z tych dwóch strategii: ewolucyjna czy rewolucyjna wydaje się dziś słuszniejsza i ewentualnie bardziej skuteczna w Polsce (…)

(…) Odpowiedź wydaje się dość prosta. (…) Strategia słusznego gniewu podpowiada: z tymi, którzy chcą rozmawiać, z szacunkiem i uwagą słuchając naszego głosu, z tymi rozmawiać, tym, którzy rzucają kamienie i wyzwiska, odpowiadać przemocą. Pytanie jednak, jakiego rodzaju przemocą. Pewną podpowiedzią są działania amerykańskiej grupy ACT UP, organizacji odwołującej się w swych działania do teorii queer. Część ich działań można nazwać rzeczywiście „kontrolowaną prowokacją” – polegają one na wdzieraniu się do heteronormatywnej przestrzeni publicznej; np. akcja całowania się par lesbijskich i gejowskich w supermarketach, podczas tradycyjnych niedzielnych zakupów rodzinnych. Działania tego rodzaju są przykładem słusznej, moim zdaniem, przemocy kulturowej, polegającej na pogwałceniu heteryckiego roszczenia do sfery publicznej i procedur zmierzających do zamknięcia nas w szafach. Pojawiać się należy szczególnie wszędzie tam, gdzie nas nie chcą, gdzie nasze pojawianie się byłoby naprawdę prowokacją, obrażałoby różne uczucia, irytowało, denerwowało, wzbudzało wściekłość. Liczna reprezentacja odmieńców pod flagami, w przebraniach w czasie narodowych celebracji przed Grobem Nieznanego Żołnierza. Coroczna parada wokół częstochowskiej Jasnej Góry. Wielka wielkopiątkowa dyskoteka na rynku w Krakowie (…)”.

***

To, co robią aktywiści queerowi teraz w Polsce to dopiero początek.

Ziarno pod ten podły plon zostało zasiane już dawno temu. Opcja queerowa ma za sobą lewicowe media. Im się wydaje, że walczą z homofobią – ja uważam, że ją sieją.

I obawiam się, że na ich działaniach ucierpię ja – jako gej – i ucierpi wielu innych gejów i lesbijek.”

Panie Mirosławie – bardzo dziękuję za ten komentarz. Ja też zawsze czułam się dużo bliższa opcji „stoickiej.”

„Słuszna przemoc” (nawet tylko kulturowa czy symboliczna) to zdecydowanie nie moja bajka. Pogwałcenie cudzej przestrzeni też nie…

Ciekawa też jestem, dlaczego ten socjolog z uporem godnym lepszej sprawy mówi o osobach LGBT per „odmieńcy.” Czy i to nie jest jakaś autodeprecjacja? Wydaje mi się jednak, że NIE TAK zdobywa się przyjaciół i sojuszników. Nie przez powiedzenie przeciwnikom: albo będziecie nas akceptowali, albo Was do tego ZMUSIMY…

Jeżeli chodzi o rzekomą „profanację”, to moim zdaniem do niej nie doszło. Co innego, gdyby ów pomnik oblano farbą, moczem lub wysadzono w powietrze. Trudno mi bowiem uznać, że samo najlżejsze skojarzenie postaci Chrystusa z LGBT jest już dla Niego śmiertelną obrazą. Zawsze wierzyłam, że On należy do całej ludzkości…

Jednakże – w odpowiedzi na reakcje tych, którzy jednak poczuli się tym dotknięci – razi mnie też powtarzanie w kółko:  „pamiętajmy, że my tu jesteśmy nieprześladowaną większością”.

Bo ja się do owego „my” wcale nie poczuwam.  Bo trochę tak, jakby ktoś mówił:”Jesteś Polką, a Polacy to antysemici – a więc jesteś antysemitką!”; lub „Jesteś biała a wszyscy biali to rasiści – wstydź się!”

Ja na przykład NIGDY W ŻYCIU nie skrzywdziłam żadnej osoby homoseksualnej – myślą, mową ani uczynkiem. Moja wiara mi zresztą tego zabrania. Czy w związku z tym wolno mi mówić, że taką formę protestu uważam raczej za przeciwskuteczną – czy powinnam milczeć „dla dobra sprawy”?

Chciałabym też wiedzieć, jaką grupą jest w tym przypadku to „my”.

Czy to „my”, to wstrętni heterycy, którzy zawsze uciskają osoby nienormatywne (tak, jestem hetero, taka się urodziłam – ani to powód do wstydu, ani do dumy…)? Czy może „my” to wszyscy polscy katolicy, którzy muszą wziąć na siebie ciężar odpowiedzialności za Jędraszewskiego i wielu innych?

W takim przypadku ciśnie mi się na na usta pytanie, dlaczego zbiory „katolików” i „LGBT” traktujemy cały czas rozłącznie („my” i „oni” -jakby to było niemożliwe należeć do obu grup jednocześnie). Sama znam takich, którzy należą do obu – i niektórzy z nich (jak mój znajomy zacytowany na wstępie) wcale niekoniecznie są ową akcją zachwyceni: sądzą, że może raczej przynieść eskalację nienawiści, aniżeli dać jakąkolwiek przestrzeń do rozmowy.

Ja też nie zamierzam tu pisać o swoim „bólu” – bo skojarzenie Jezusa (a wcześniej Maryi) z tęczowym symbolem ŻADNEGO bólu we mnie nie wywołuje. Ani nawet niesmaku. Żadna to profanacja. Ja tylko mówię: to nie zadziała. Chyba że celem było wkurzenie homofobów. W takim wypadku udało się znakomicie.

Postscriptum: Przyszło mi jeszcze do głowy, że Jezus nie powinien być wciągany pod żadną flagę (tak, pod biało-czerwoną też nie!) – chyba żeby istniała taka, która obejmuje całą ludzkość. On zdecydowanie nie jest/ nie był rewolucjonistą, który miałby nas prowadzić do walki przeciw jakimś „onym.”

 

Dlaczego NIE chcę wypowiadać Konwencji – i dlaczego sądzę, że to nic nie zmieni.

W przeciwieństwie do niektórych, którzy dziś się zażarcie spierają, ja tę Konwencję przeczytałam. W całości. Jeszcze przed jej wprowadzeniem.

I już wtedy (można to sprawdzić na blogu) miałam pewne własne zastrzeżenia co do zawartych tam treści.

A najpoważniejsze z nich dotyczą tego, że Konwencja w zasadzie stawia znak równości pomiędzy „przemocą wobec kobiet” a „przemocą domową” – prawie zupełnie ignorując fakt, że ofiarami przemocy bywają także mężczyźni, dzieci płci obojga i ludzie starsi obojga płci. A kobiety bywają także sprawczyniami przemocy, zwłaszcza wobec dzieci.

W Indiach istnieje nawet całe ogromne więzienie… dla teściowych, które skazano za morderstwa na synowych. Jest to oczywiście przemoc uwarunkowana kulturowo (matki dopuszczają się tych zbrodni głównie po to, aby zapewnić synom kolejny posag) – ale raczej trudno ją wpisać w feministyczny schemat „bezbronnej kobiety, którą oszalały z nienawiści facet okłada pięściami.”

Poza tym nigdy nie wierzyłam przesadnie w to, że jakikolwiek DOKUMENT ma moc chronienia nas przed przemocą. Robią to zawsze ludzie, w ramach swoich działań.  Proszę mi powiedzieć, co niby bita kobieta ma zrobić z tą Konwencją – zamachać nią oprawcy przed oczami i powiedzieć: „Słuchaj, stary, tu jest napisane, że nie wolno ci mnie bić!”?

W głośnej ostatnio sprawie miesięcznego Wiktora z Rudy Śląskiej, zakatowanego na śmierć przez swoich „rodziców”, urzędnicy mieli wszelkie instrumenty prawne, potrzebne do tego, by to dziecko uratować. I co? I nic nie zrobili…

Muszę się też przyznać, że z pewnym zdumieniem obserwowałam niedawne, organizowane przez organizacje feministyczne, protesty przeciwko postulowanemu przez prawicową Ordo Iuris wypowiedzeniu Konwencji przez Polskę.

Usłyszałam tam między innymi, że kto popiera wypowiedzenie Konwencji, popiera w istocie przemoc wobec kobiet i dzieci. Taki zarzut na kilometr pachnie manipulacją. Bo to zupełnie tak samo, jakby twierdzić, że wypowiedzenie Konkordatu spowoduje natychmiastową delegalizację Kościoła katolickiego w Polsce. Albo że ci, którzy są zwolennikami kompromisowej ustawy antyaborcyjnej, w istocie popierają zabijanie nienarodzonych…

W komentarzach pojawiały się także głosy, że po wypowiedzeniu Konwencji bicie żony będzie w Polsce dozwolone, a gwałt stanie się wręcz naszym sportem narodowym. Pewien pan przekonywał mnie nawet, że wkrótce zostaną wprowadzone „prawa biblijne” (cokolwiek miałoby to oznaczać).  Chyba za wiele naczytał się „Opowieści Podręcznej”…

Bo jako córka policjanta ja przecież wiem, że przemoc domowa była u nas ścigana i karana na długo przedtem, zanim ratyfikowaliśmy Konwencję (przy czym nikt z jej obrońców nie potrafił mi powiedzieć, co konkretnie jej obowiązywanie zmieniło na lepsze w sytuacji ofiar przemocy w Polsce) – i żeby to zmienić, PiS musiałby dokumentnie rozmontować cały nasz system prawny, na co się na razie nie zanosi. Gdyby jednak próbował to zrobić – możecie być pewni, że pierwsza stanę na barykadach. Mimo że jestem niepełnosprawna.

Bardziej niepokoją mnie raczej pewne praktyczne działania tej władzy, w rodzaju obcinania dotacji na telefony zaufania dla ofiar przemocy czy też ideologiczny nacisk na „pozostawianie dzieci w rodzinie” (nawet jeśli jest to rodzina patologiczna, czego ofiarą padł właśnie mały Wiktorek).

A co mnie jeszcze martwi, to styl całej tej dyskusji – po obydwu stronach.

Z jednej strony „konserwatyści” jak zwykle w takich razach, mówili o „brzydkich, tłustych feministkach” i „pedalskim nasieniu” – z drugiej zaś „postępowe” kobiety serdecznie życzyły swoim bardziej konserwatywnym koleżankom, by – cytuję – „ktoś spuścił im wpierdol” albo przynajmniej zgwałcił…

No,, cóż – okazuje się, że brak szacunku do kobiet jest w Polsce wartością zupełnie niezależną od poglądów politycznych. Niestety.

Reasumując:  jeżeli obecnie jestem PRZECIW wypowiedzeniu tej Konwencji, to raczej dlatego, że nie ufam pomysłom ludzi z tak ekstremistycznej organizacji, jak Ordo Iuris (zakazana w kilku krajach) – niż z innych powodów. Uważam, że jej obowiązywanie w istocie niewiele zmienia.

Dla mnie ta Konwencja (jak każdy inny tego typu dokument) to tylko swego rodzaju DEKLARACJA tego, czego jako społeczeństwo nie akceptujemy. Ale nawet jako takiej nie należy jej wypowiadać.

A jeżeli PiS naprawdę będzie chciał zmienić społeczne i prawne podejście do problemu przemocy w rodzinie, to ta Konwencja z pewnością mu w tym nie przeszkodzi…

https://www.youtube.com/watch?v=hfXreOcJ6_M&pbjreload=101

Śmieszność sakramentu…

Ach, co to był za ślub, prawda? Tak, tak – właśnie TEN ślub, o którym ostatnio wszyscy mówią. Postanowiłam więc dorzucić swoje trzy grosze i ja.

Już to samo, że właśnie  pan K., który poprzez swoją telewizję codziennie i przez cały czas tłumaczy Polakom, jak też powinna wyglądać „normalna polska rodzina” porzucił po 24 latach pożycia żonę z trójką dzieci – by poślubić z wielką pompą (w sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach – tutaj akurat może słusznie, myślę, że potrzeba im więcej miłosierdzia, niż potrafię z siebie teraz wykrzesać… – ale co gorsza  w blasku fleszy) swoją  „prawdziwą miłość” – wywołało oburzenie tak ludzi wierzących, jak i tych, którym do Kościoła jest bardzo daleko.

I wydaje mi się, że to dość powszechne zgorszenie  nie wynika wcale – jak twierdzili niektórzy obrońcy młodej pary – z tego, że rzekomo Polacy pasjami lubią „zaglądać innym do łóżka i do sumienia” – ile raczej z czegoś, co teologia nazywa sensus fidei, powszechnym zmysłem wiary Ludu Bożego.

To chyba nieco podobnie jak z głośnym odejściem księdza Tymoteusza Szydło. Mam wrażenie, iż nikogo szczególnie nie obeszłyby jego duchowe rozterki, gdyby nie to, że wcześniej z jego święceń zrobiono niemalże wydarzenie wagi państwowej.

Jeśli ktoś decyduje się robić za „sumienie Narodu”, powinien być przygotowany na to, że jego własne postępowanie będzie oceniane wyjątkowo wnikliwie. Taki los – „komu wiele dano…” itd.

Wszyscy, którzy kiedykolwiek uczęszczali na katechezę, wiedzą doskonale, że małżeństwo katolickie jest „nierozerwalne” –   zasadniczo nie ma od tego żadnych wyjątków, a gdyby nawet osoba rozwiedziona z poważnych powodów (takich jak np. przemoc czy porzucenie) po latach spotkała prawdziwą miłość, to i tak popełnia grzech niemożliwy do odpuszczenia.

Opowiadałam tu już kilka razy historię pewnego mojego znajomego, którego kościelnie zaślubiona małżonka wkrótce po ślubie uciekła do Niemiec, aby zostać tam luksusową panią do towarzystwa. Gdy wszelkie próby sprowadzenia wiarołomnej do domu zawiodły, chłopak z rozpaczy zaczął pić na umór. Od zapicia się na śmierć uratowała go jego koleżanka, bardzo skromna, szara myszka, która od dzieciństwa się w nim podkochiwała. Z nią mój znajomy od lat żyje spokojnie i bogobojnie (bo oboje są wierzący), wychowują czworo dzieci…

Wszakże żyją w grzechu, ponieważ sąd biskupi orzekł, iż w ich przypadku „nie ma podstaw”  do stwierdzenia nieważności jego pierwszego związku – choć moim zdaniem takowe by się znalazły.

Bo tak właśnie Kościół podchodzi do „błędów młodości” swoich wiernych w 99% przypadków.

Ale wystarczy, że rozwodnik należy do kręgu władzy, sypiącej milionami do kasy Kościoła, by jego grzech stał się malutki, nieważny i zupełnie możliwy do wybaczenia.

Furda tam dzieci z pierwszego małżeństwa, na które tatko płacić alimentów nie chciał.  (Okazuje się, że żony i dzieci, które w przypadku procedury kościelnej mogą doświadczać cierpienia zupełnie podobnie, jak przy „cywilnym” rozwodzie – zupełnie nie są tu brane pod uwagę…) Furda tam wady charakteru  szczęśliwego małżonka.  Furda, że poniewierane i bite kobiety w Kościele wybaczenia za ponowny związek i „unieważnienia” małżeństwa z oprawcą doczekać się nie mogą – ba – czasami nawet nie doświadczają  zwykłego ludzkiego współczucia i zrozumienia…

Kuriozalne jest i to, że stwierdzono nieważność na podstawie braku zdolności psychofizycznych pana K. do małżeństwa. Wyrok sądu konsystorskiego mówił też o zakazie zawierania następnego bez zgody swojego arcypasterza. Ale arcybiskup Głódź (właśnie on!) ten zakaz uchylił po zaledwie roku obowiązywania.

Rozumiem, że dotychczas pan K. był „niedojrzały” by podjąć istotne obowiązki małżeńskie (i na przykład nie zdradzać żony z koleżanką z pracy, co właśnie czynił) – ale w przeciągu tego roku karencji dojrzał bardziej, niż w ciągu niemal ćwierćwiecza związku, co to – jak się okazuje – małżeństwem nie był ani odrobinę?

No, cóż, jeśli nastąpiła w nim tak błyskawiczna przemiana – to chwalmy Pana! Wierzę, że każdy się może zmienić, dojrzeć, nawrócić. Niemniej ten osobliwy splot osobistych problemów, blichtru i polityki wciąż budzi we mnie podejrzenia, że coś ważnego zostało tu ośmieszone. Mianowicie powaga sakramentu, przysięgi przed Bogiem.

Może Was to zdziwi, ale ja, żona eksa, wcale bym nie chciała, by uznano „nieważność” ślubów i święceń mego męża. A to dlatego, że głęboko wierzę w to, że w chwili ich składania mój mąż był już dojrzałym człowiekiem, w pełni świadomym tego, co robi. Podobnie jak w momencie, gdy zdecydował się opuścić służbę kapłańską po to, by otoczyć opieką mnie i nasze nienarodzone wtedy jeszcze dziecko.

Wolałabym raczej doczekać się dyspensy niż unieważnienia. W tym przypadku przynajmniej nie będziemy udawać, że coś, co miało miejsce (kapłaństwo P.) w ogóle się nie zdarzyło. Zdarzyło się, tyle, że on temu nie podołał… A ja mu w tym nie pomogłam.

Wiem, wiem, że instytucja stwierdzenia nieważności istnieje od stuleci (a dokładniej od XIV w.)- i wiem, że w dawnych wiekach papieże i możni tego świata nader chętnie z niej korzystali, już to, żeby wiązać małżeństwa, które według prawa nigdy nie powinny zostać zawarte (np. pomiędzy kuzynami), już to, by rozwiązywać te, które z jakichś względów nie były im na rękę.

Czasami jednak wydaje mi się, że mój Kościół heroicznie rozwiązuje problemy, które najpierw sam stworzył (tak w sferze seksualności, jak i szerzej: teologii małżeństwa) – i że często te rozwiązania niewiele mają wspólnego z Jezusowym „tak-tak, nie-nie.”

Wygląda to wszystko na szukanie „furtek”, kruczków prawnych – że niby „rozwód kościelny” jest niemożliwy, ale jednak – jest możliwy… I po co te moralne wygibasy?

Moim zdaniem – skoro papież naprawdę (w co głęboko wierzę) ma na tej Ziemi władzę „rozwiązywania” wszystkiego – to powiedzmy sobie szczerze, że także węzła małżeńskiego. I należałoby tylko bardzo jasno określić sytuacje, w których taka nadzwyczajna dyspensa od przyrzeczeń małżeńskich byłaby możliwa. Pisałam tu już kiedyś o tym, że według mnie powinny to być sytuacje, gdy życie w małżeństwie jaskrawie zaprzeczało treści przysięgi małżeńskiej, to jest miłości, wierności i uczciwości małżeńskiej. Czyli przypadki przemocy, zdrady lub oszustwa.

Ostatnią, acz nie najmniej ważną sprawą, jest niepotrzebna ostentacja tego ślubu (ponownych zaślubin dwójki rozwiedzionych nowożeńców) – i to w sytuacji, gdy niesakramentalnym parom, które heroicznie żyją w czystości, zaleca się przystępowanie do sakramentów w miejscach, gdzie oboje są anonimowi „aby uniknąć zgorszenia.” Czy i to nie trąci jakąś straszną hipokryzją?

I na zakończenie – fragmenty z refleksji mojego znajomego pastora, Pawła Bartosika, z Kościoła Ewangelicko-Reformowanego (przezornie wybrałam tylko te, z którymi się zgadzam:)). Do przemyślenia…

„Przez 20 lat myślałeś, że jesteś żonaty. Sypiałeś z kobietą, którą uważałeś za swoją żonę. Przez 20 lat twoje dzieci myślały, że ich rodzice są małżeństwem. Po 20 latach twój Kościół cię zapewnia, że to wszystko rzeczywiście było fikcją i nie było żadnego małżeństwa. A ty możesz „legalnie”, unikając słowa „rozwód”, ożenić się z inną kobietą, unikając określenia „drugie małżeństwo”. Jesteś kryty. Jesteś w porządku. Nie jesteś, jak ci poganie żyjący razem bez ślubu. Nie jesteś jak ten sąsiad homoseksualista. Nie jesteś jak ten lewacki rozwodnik. Jesteś przykładnym, praktykującym, legalnym… hipokrytą.

Ktoś, kto stworzył taki konstrukt musi mieć mocne przekonanie, że można legalnie oszukać Boga.

Ktoś, kto przekonał sam siebie do takiej teologii, idealnie nadaje się na prezesa propagandowej telewizji.

Rozumiejąc Matrix, musimy jednak żyć w rzeczywistości. A ta rzeczywistość nie jest taka, jaką nazywa ją prezes rządowej telewizji lub Kościół, który umożliwia mu takie triki i utwierdza w Matrixie. Rzeczywistość jest taka, jak ją opisuje Bóg. Gdyby bezbożny król Achab chciał legalnie zagrabić winnicę Nabota, mógłby przejęcie jej nazwać „reformą rolną” lub „zmianą stref”. Jednak jakiejkolwiek nazwy by nie użył – musielibyśmy nazwać jego działanie tym, czym w rzeczywistości jest: „kradzieżą”.

Jeśli Kościół utwierdza kogoś w przekonaniu, że rozwód po 20 latach małżeństwa jest w rzeczywistości orzeczeniem o tym, że nigdy go nie było – nie ma to najmniejszego znaczenia dla faktów. Ma to znaczenie dla samozakłamanego serca, które szuka legalnej furtki, by opuścić żonę lub/i ożenić się z inną kobietą.

Z tak dziwaczną teologią małżeństwa, nawet po 20 latach, nie możesz mieć pewności, czy kobieta obok której budzisz się codziennie rano jest twoją żoną. Żadne dziecko nie może być pewne, czy ich tata jest mężem ich mamy. (…)

W świetle Bożych definicji Jacek Kurski 20 lat temu zawarł przymierze małżeńskie. Z jakichś przyczyn zostało ono zerwane. Został rozwodnikiem. Tak, Biblia używa takiego słowa: „rozwód” – i ma ono odniesienie do konkretnej rzeczywistości. Sobotni ślub prezesa TVP jest jego drugim ślubem. Jego dzieci nie pochodzą z nieślubnego związku, lecz z pierwszego małżeństwa. Kościół zaś utwierdzając go oraz innych wiernych w  przekonaniu, że jest inaczej – omija proste ścieżki Pańskie i proste definicje. „