Pamiętniki nocy ciemnej…

czyli tam i z powrotem.

Leżę na plecach i czuję silne kołysanie (zupełnie jakbym była na morzu:)) i, na szczęście, już żadnego bólu – niech żyje znieczulenie podpajęczynówkowe. Jeszcze tylko chwila i słyszę płacz dziecka – tego dziecka, które urodziłam.

Przynoszą mi go takiego jeszcze cieplutkiego – spogląda na mnie tymi swoimi oczkami jak grafitowe paciorki i widzę, że jest nieskazitelnie piękny. Instynktownie otwieram ramiona…

(Kiedy byłam jeszcze w ciąży, modliłam się o zdrowie malucha w parafii pw. Matki Bożej Brzemiennej – no i proszę, dzidziuś szczęśliwie przyszedł na świat 1 stycznia, w uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki – jakże więc teraz mam nie sądzić, że Bóg, w swoim wielkim miłosierdziu, raczył wysłuchać i mojej modlitwy?)

Ale następne godziny należą już tylko do bólu – do tego bólu, którego wcześniej (cesarskie cięcie!) mi oszczędzono. Każą leżeć sześć godzin zupełnie bez ruchu, zakazane jest nawet unoszenie głowy – a ja czuję, jak stopniowo zaczyna mnie boleć absolutnie wszystko: brzuch, plecy i pośladki, a najbardziej – potwornie opuchnięte stopy – w miarę tego, jak ustępują dobroczynne skutki znieczulenia.  Nie wiem, jak długo to trwa, nie wiem nawet, czy jest noc, czy dzień – chwilami zapadam w sen, a potem znowu ból bierze mnie w posiadanie.

 

Mija kilka dni – wypełnionych karmieniem dziecka (szybko bowiem okazuje się, że urodziłam uroczą, niezwykle żarłoczną pompkę do mleka :)) i niepokojem o nie – bo lekarze podejrzewają u małego jakąś infekcję i przeprowadzają wszelkie możliwe badania. Zaczynam podejrzewać, że po prostu uparli się, żeby udowodnić, że moje dziecko nie może być zdrowe…

 

Wariuję. Nie spałam chyba od pięciu nocy – dzień na oddziale położniczym zaczyna się o wpół do piątej rano, niezależnie od tego, że ostatnie karmienie skończyłam o czwartej…Przez całą noc na korytarzach turkoczą wózki, gdzieś krzyczą rodzące i płaczą dzieci (za każdym razem chcę się wtedy zrywać z łóżka, sądząc, że to mój synek…) A na domiar złego o świcie tuż pod oknami szpitala przetaczają się ciężarówki, które dowożą zaopatrzenie do pobliskich sklepów…

 

Wydaje mi się, że jestem tu swoistą sensacją – kaleka dziewczyna, której „udało się” urodzić zdrowe dziecko. Ze zmęczenia mylą mi się dźwięki, słowa, hałasy – mam wrażenie, że wszyscy wokół obrali mnie sobie za cel swoich plotek, że zewsząd otaczają mnie ich złośliwe szepty…

 

Znękana do ostateczności idę w końcu do dyżurki pielęgniarek, by się wreszcie dowiedzieć, co jest jawą, a co snem. „Ależ nic podobnego! – słyszę w odpowiedzi – Jest pani naszą ulubioną pacjentką…” Zemdlona osuwam się na ziemię…

 

Nie wierzę im. Już nikomu nie wierzę. Nawet – a może przede wszystkim! – samej sobie. Wiem, że nie mogę dowierzać temu, co widzę i słyszę, nie mogę być pewna swego umysłu. Jestem taka zmęczona i przerażona… Dlaczego nie mogę zasnąć?! Niech mi coś dadzą, żebym zasnęła…

 

Mówią mi, że spałam – skąd jednak mam wiedzieć, co jest prawdą, a co snem, skoro i na jawie i we śnie widzę te same miejsca i ludzi?

 

Wydaje mi się, że słyszę w myślach głos P. – i jestem pewna, że ten akurat głos należy do świata snu. Śnię, że znajduję się w stanie śpiączki, a mężczyzna, którego kocham, zaklina mnie najczulszymi słowami, abym się obudziła – więc mówię do niego (chcę, żeby wiedział, że go słyszę). Jestem przekonana, że mówię tylko we śnie, więc mówię zupełnie szczerze. Ale mówię naprawdę. Na głos. Zdradzam najintymniejsze tajemnice…

 

A kiedy budzę się na chwilę i dociera do mnie, co zrobiłam, wydaje mi się, że nie mam już po co żyć, że straciłam wszystko, co kochałam…

Wiem, że muszę się obudzić – i budzę się dopiero, gdy zauważam na prześcieradle ślady własnej krwi z zadrapanej ręki (przecież wiem, że ludzie we śnie nie krwawią…). Uspokajam się – i…nareszcie zasypiam spokojnie. Dla mnie jest to już koniec – niestety, dla lekarzy to dopiero początek.

 

Oni muszą koniecznie znaleźć jakieś racjonalne wyjaśnienie tego, co mi się przydarzyło – i twierdzą np. że miałam w nocy napad padaczkowy (nieprawda, wszystko pamiętam – a tego typu ataki zwykle występują z utratą przytomności…), że mam zaburzenia psychotyczne lub schizofrenię, że mogę być niebezpieczna dla siebie samej albo (i to mnie boli najbardziej…) dla mojego synka…

 

Nie mam zielonego pojęcia, czym dokładnie było to, czego doświadczyłam – ale sądzę, że były to jakieś skutki krańcowego przemęczenia w połączeniu z depresją poporodową. (Pewien sympatyczny lekarz, z którym potem rozmawiałam, określił to mianem „nerwicy reaktywnej” – zawszeć to lepiej, niż mieć np. psychozę, nieprawdaż?) A P., któremu oczywiście to wszystko opowiadałam, pięknie porównał ten stan u kobiety po porodzie z doświadczeniem „nocy ciemnej” u niektórych świętych. I czy muszę jeszcze dodawać, że wcale go nie utraciłam?:) 

 

A napisałam to wszystko, bo…mój sympatyczny położnik – ten sam, który przyjmował Bulbulka na ten świat – powiada, że kobiety chętniej przyznają się do rzeżączki, aniżeli do depresji poporodowej – mimo, że ta pierwsza nie jest stanem naturalnym, a ta druga – jak najbardziej… 🙂

Postscriptum: Nieco później okazało się także, że rzeczywiście mój „przypadek” mógł być szeroko komentowany – i że być może nie miałam w tej kwestii żadnych zaburzeń! Przyszło mi to do głowy, kiedy pewna pani doktor, która nie powinna w ogóle nic wiedzieć o nocnych wypadkach, zapytała mnie, kto zaopiekuje się moim dzieckiem, kiedy zabiorą mnie do czubków… Zakrawa to, co najmniej, na naruszenie tajemnicy lekarskiej…

Postscriptum 2: A kiedy rodziłam mojego synka, w kościołach czytano następujący tekst –

„Pan mówił do Mojżesza tymi słowami: Powiedz Aaronowi i jego synom: tak oto
macie błogosławić Izraelitom. Powiecie im: Niech cię Pan błogosławi i
strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze swe nad tobą, niech cię obdarzy swą
łaską. niech zwróci ku tobie oblicze swoje i niech cię obdarzy pokojem.
Tak będą wzywać imienia mojego nad Izraelitami, a Ja im będę błogosławił.”
(Lb 6, 22-27)

I czyż to nie piękne Słowo na początek życia małego ludzika? 🙂

Karmić czy nie? – Oto jest pytanie!

Dziś już chyba nikt nie odważyłby się zakwestionować twierdzenia, że pokarm matki jest najlepszym sposobem żywienia niemowlęcia – a twierdzić inaczej, to jakby sądzić, że witaminy w pastylkach są zasadniczo lepsze od obecnych w naturalnym pożywieniu.

 

Udowodniono na przykład, że dzieci karmione sztucznie mają większą skłonność do zaburzeń pokarmowych, a w późniejszym wieku – do otyłości a nawet cukrzycy.

 

Myślę, że i w tym przypadku (jak zresztą w każdym innym!) najlepiej byłoby nie poprawiać Stwórcy – czy, jak kto woli, Matki Natury.

 

Tym niemniej…Zastanawiam się czasem, czy ZAWSZE to, co najlepsze dla oseska, jest także najlepsze dla jego matki? Wprawdzie ostatnie badania naukowe uwolniły karmienie naturalne np. od zarzutu deformowania biustu (wydaje się wręcz,że używanie piersi zgodnie z ich naturalnym przeznaczeniem może zmniejszać ryzyko nowotworu, a za zmiany ich kształtu z wiekiem bardziej odpowiedzialne są inne czynniki, jak chociażby palenie papierosów) – ale mimo wszystko ze współczuciem myślę o tych wszystkich kobietach, które całymi miesiącami męczą się na dwuskładnikowej diecie, przyglądając się jedynie, jak inni jedzą, bo dzidziuś jest uczulony prawie na wszystko. Albo o ich poranionych sutkach – bo, wbrew pozorom, te maleńkie szczęki potrafią mieć ogromną siłę… 

Jeżeli o mnie chodzi, to zawsze starałam się wyznawać zdrową zasadę, że SZCZĘŚLIWA MATKA TO SZCZĘŚLIWE DZIECKO – i vice versa.

 

Z drugiej jednak strony, bardzo mnie niepokoją te dziewczyny, które domagają się od lekarzy tabletek na powstrzymanie laktacji, ponieważ (cytuję!) „nie mają czasu, żeby dbać o piersi” (sic!). Przecież to prawie tak, jakby ktoś powiedział, że nie ma czasu na mycie zębów…

 

I tak sobie myślę, że być może za większość problemów, jakie współczesne kobiety mają z życiem (a nie tylko z karmieniem!) odpowiada fakt, że MY NA NIC NIE MAMY CZASU: na przyjaźń, na miłość, na macierzyństwo i na odpoczynek…A zamiast tego domagamy się od nauki „cudownych” pigułek na: zablokowanie płodności (i to często już od najwcześniejszej młodości – a później jesteśmy wielce zdziwione, że nie możemy mieć dzieci, gdy już do tego „dojrzejemy”…), na pobudzenie popędu, na powstrzymanie  laktacji, na odchudzanie, na migrenę, na zmęczenie, na bezsenność – a  wreszcie na depresję… Jednym słowem: „Zróbcie coś, żebym miała TO z głowy! I to jak najszybciej!”

 

Tylko nikt – jak dotąd – jakoś nie wymyślił pastylek na to, byśmy czuły się naprawdę szczęśliwe i spełnione. Więc może wystarczyłoby po prostu zwolnić trochę tempo i żyć bardziej zgodnie z naturą?

 

A jeżeli chodzi o (równie często podnoszony) „mistyczny” wymiar karmienia piersią (to te wszystkie obrazy Matki Boskiej Karmiącej, i tak dalej…), to ostatnio wpadły mi w ręce fragmenty „poematów mleka”, napisanych przez XX-wieczną francuską poetkę, Marie- Noël:

 

„Pij, maleńki, mleko, które tryska z mojej piersi (…)

Jam jest źródło (…)

Chwytaj ciepłe mleko, które ze mnie płynie (…)

Adam, Adam, jak słodko stawać się pokarmem (…)

Słucham (…)

Kiedy szczęśliwe mleko płynie w tobie, mały,

Coś ze mnie wtedy w twoich żyłach zginie,

Kropla za kroplą

coś ze mnie, co stanie się tobą.”

 

(Cyt za: Jean Vinatier, Kobieta w Kościele, Warszawa 1976, s. 121) 

 

Piękne, prawda?
 

Przypisy do historii o Narodzeniu Pańskim.

W Ewangelii według św. Łukasza czytamy, że:

 

„W owym czasie wyszło rozporządzenie cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie. Pierwszy ten spis odbył się wówczas, gdy wielkorządcą Syrii był Kwiryniusz…”

 

Przede wszystkim, warto może sobie uświadomić, że choć w różnych religiach występuje motyw „narodzin boga” (czasami nawet z kobiety śmiertelnej!) to, poza chrześcijaństwem, NIKT NIGDY  nie twierdził, że stało się to w dającym się zweryfikować czasie historycznym, za życia konkretnych postaci. 

 

A św. Mateusz Ewangelista dodatkowo precyzuje, że „Jezus narodził się w Judei za czasów Heroda”, czym potwierdza nasze przypuszczenia, że tzw. „nasza era” rozpoczęła się…kilka lat przed narodzeniem Chrystusa – ponieważ król Herod Wielki zmarł w 4. roku p.n.e. Biorąc jednakże pod uwagę, że mnich Dionizy Mały, który ustalał tę datę, zrobił to dopiero w VI wieku, to i tak dokładność jest dosyć duża… 😉

 

Ów Herod jest też przez Ewangelistę oskarżany o czyn potocznie zwany „rzezią niewiniątek”, czego inne źródła (jak dotąd) nie potwierdzają. Tym niemniej, jeżeli się weźmie pod uwagę, że ten sam człowiek rozkazał zamordować m.in. własną żonę i synów, a Betlejem było w tym czasie prowincjonalną mieściną, niewartą nawet wzmianki ze strony historyków (ileż w końcu mogło tam być tych dzieci „w wieku do lat dwóch”?), to… naprawdę niczego nie można wykluczyć. 

 

W tym samym tekście mamy również wzmiankę o „gwieździe”, która prowadziła mędrców ze Wschodu, aż do „miejsca, gdzie było Dziecię” – i obecnie większość badaczy przychyla się do poglądu Johannesa Keplera, że mogła to być wyjątkowo dobrze widoczna koniunkcja trzech planet w gwiazdozbiorze Ryb (albo Barana) – zjawisko takie występuje co kilkaset lat.

 

Natomiast co się tyczy daty dziennej (bo o to także często bywam nagabywana), to z tekstu biblijnego wynika raczej, że Jezus urodził się wiosną (wzmianki o „pasterzach, którzy trzymali wtedy straż nocną nad swoją trzodą” wskazują na koniec pory deszczowej, kiedy trawa jest już bujna i nadaje się do wypasu), niż zimą, bliżej święta Paschy – warto również pamiętać, że o tej porze roku noce w Izraelu bywają jeszcze chłodne: dość przypomnieć św. Piotra, który w wiosenną noc pojmania Mistrza „stał na dziedzińcu i grzał się przy ogniu.” To by wyjaśniało także doniosłość problemu pod tytułem „nie było dla nich miejsca w gospodzie.”

 

Szczególnie, jeśli się zważy, że owa „gospoda” w rozumieniu wschodnim mogła niekiedy oznaczać po prostu kawałek terenu, na którym – oczywiście za odpowiednią opłatą – obozowano pod gołym niebem, co wydaje się wielce prawdopodobne w przypadku nieoczekiwanego napływu ludzi przybyłych „na spis” do niewielkiego miasteczka, jakim wówczas było „miasto Dawidowe.” Tego typu miejsce raczej trudno uznać za odpowiednie dla Kobiety, która ma lada moment rodzić – nawet, gdyby akurat nie było zimno…

 

(Dla porządku muszę jeszcze dodać, że data, którą ostatecznie wybrano – 25 grudnia – była w wielu kulturach obchodzona jako „dzień narodzin Słońca” po przesileniu zimowym – i jest to wybór o tyle uzasadniony, że i Jezus był „światłością świata” – natomiast wiosenne święta Paschy są zdecydowanie związane z Jego męką, śmiercią i zmartwychwstaniem).

 

Zawsze zastanawiało mnie także, dlaczego – skoro Józef „pochodził z domu i z rodu Dawida”, w Betlejem „swoi go nie przyjęli”, żeby zacydować tym razem św. Jana Apostoła? I widzę co najmniej dwa możliwe powody: albo Józef był ostatnim z rodu i żadnych krewnych w mieście już nie miał, albo też był z jakiegoś powodu skonfliktowany z rodziną. Kto wie, czy nie chodziło np. o poślubienie przezeń Dziewczyny z Galilei, czyli po prostu o…mezalians? (Ale zaznaczam, że jest to tylko i wyłącznie moje prywatne przypuszczenie!)

 

Jak wiadomo, Galilejczycy nie cieszyli się w Izraelu najlepszą opinią i nawet uczniowie Jezusa nieufnie pytali, „czy może być coś dobrego z Nazaretu?”

 

W wielu kolędach (jak również w bożonarodzeniowych szopkach) występuje STARY św. Józef. Tradycja taka wywodzi się z II/III wieku n.e., kiedy to powstawały liczne herezje, zaprzeczające Bóstwu Chrystusa. W odpowiedzi na to zaczęły powstawać ewangelie apokryficzne, takie jak najbardziej znana „Protoewangelia św. Jakuba” – z której wynika, że Józef był „starcem”, wyznaczonym na męża Maryi przez kapłanów Świątyni Jerozolimskiej (gdzie się miała wychowywać) i że w ogóle nie chciał Jej poślubić – słowem, że nie mógł być biologicznym ojcem Jezusa…

 

Podejście takie jest jednak o tyle nielogiczne, że w świecie starożytnym (a nawet jeszcze dużo, dużo później:)) ciężar utrzymania kobiety spoczywał na barkach jej ojca, braci i męża – a w ich braku, także synów. (I jest to zapewne jeden z powodów, dla których Jezus wskrzesił syna „wdowy z Nain” – doskonale wiedział, że po śmierci jedynaka pozostałaby ona bez środków do życia) I jakoś nie chce mi się wierzyć, aby Bóg w swej mądrości wybrał na opiekuna swego Syna mężczyznę, który nie tylko nie miałby sił do pracy, ale nawet sam potrzebował pomocy.

 

Tym bardziej, że istnieją także pewne tradycje chrześcijańskie, mówiące o tym, że Józef zmarł na krótko przed rozpoczęciem przez Jezusa publicznej działalności. Znając zaś przybliżoną maksymalną długość życia w owych czasach („Miarą naszych dni jest lat siedemdziesiąt, lub gdy jesteśmy mocni – osiemdziesiąt” – powie Psalmista, z dużą zapewne dozą optymizmu :)), trudno raczej przypuszczać, by Józef w momencie zaślubin miał więcej, niż 30-40 lat. Nie jest to zatem chyba wiek jakoś specjalnie zaawansowany… 😉  

 

Na zakończenie warto chyba jeszcze tylko dodać, że Maryja (przy całej swej niewinności) jest nie tylko „uświadomiona” – wie Ona, skąd normalnie biorą się dzieci, jeżeli pyta: „Jakże to się stanie, skoro nie znam męża?” , a potem idzie pomagać swej sędziwej krewnej w okresie ciąży i połogu – ale i na swój sposób zapobiegliwa. Przewidując bliskie już rozwiązanie, zabierze ze sobą w drogę do Betlejem przynajmniej „pieluszki”, którymi owinie swoje Niemowlę… 🙂