Druga „wojna o krzyże”?! Oby nie…

Do wiadomości moich młodszych Czytelników – „pierwsza wojna o krzyże” rozgrywała się w latach 80.-tych ubiegłego stulecia w polskich szkołach (i wtedy, o dziwo, większość młodzieży wieszała go w ramach buntu przeciwko ’panującej ideologii’ – tak więc sytuacja odwrotna może również, niestety, oznaczać, że katolicyzm został dziś u nas sprowadzony do tej samej niechlubnej roli…).

A z drugą mamy chyba do czynienia obecnie, we Włoszech za sprawą kontrowersyjnego wyroku Trybunału w Strasburgu (przypomnę: pewna zamieszkująca tam Finka domaga się odszkodowania za „straty moralne” jakie poniosły jej dzieci, ucząc się w „ukrzyżowanej” sali… Swoją drogą, jakże oni wszyscy muszą cierpieć, zwiedzając na przykład piękne, włoskie kościoły – choć może udało im się jakoś uniknąć takich nieludzkich męczarni?) – a w Polsce za sprawą naszej niezastąpionej (euro)posłanki Senyszyn, która już zapowiada podjęcie podobnej „krucjaty” nad Wisłą. Normalnie, aż strach się bać… 😉

A ja się tak zastanawiam, czy aby stara Europa w swojej szaleńczej chęci obrony praw „mniejszości” wszelakich nie posuwa się czasami aż do łamania praw „większości” (choć, arytmetycznie rzecz biorąc, chrześcijanie to też mniejszość – zaledwie 1/5 ludzkości, a ci NAPRAWDĘ wierzący, Bóg jeden raczy wiedzieć…:))?

I czy w sprawach sumienia powinna w ogóle działać logika „demokracji”? Czy jeśli w klasie byliby sami chrześcijanie i jeden tylko ateista, należałoby zdjąć krzyż, aby „nie urazić jego uczuć”? (Chociaż MOICH uczuć jakoś nie urażają symbole religii, których sama nie wyznaję…Po prostu nie mają dla mnie żadnego znaczenia. Inaczej niż konserwatywnym Szwajcarom, nie przeszkadzają mi też minarety przy meczetach.) A jeśli znaleźliby się tam sami ateiści i tylko jeden chrześcijanin, to czy oni pozwoliliby mu ten krzyż zawiesić w poszanowaniu JEGO uczuć? No, nie wiem, nie wiem… 

A ostatnio na Onecie jakiś „uroczy” człowiek napisał, że nie ma najmniejszej ochoty patrzeć na Trupa wiszącego na krzyżu od 2000 lat… Piękne, prawda? I jakże tolerancyjne…

Choć, szczerze powiedziawszy, bardziej niż wizja „ścian bez krzyża” (nigdy jakoś nie mogłam bez uczucia zażenowania słuchać tej kościelnej „pieśni bojowej”, która zaczyna się od słów: „Nie zdejmę krzyża z mojej ściany, za żadne skarby świata…choćby mi groził kat, morderca…” – i tak dalej w ten deseń. Bo nie za bardzo wiem, jak to pogodzić z nowotestamentowym nakazem unikania wszystkiego, co mogłoby zgorszyć mego brata <Rz 14,21>), martwi mnie perspektywa Kościoła aż tak bardzo „ugodowego” i „otwartego”, że nikomu by już nie wadził. Myślę, że – mimo wszystko – misją chrześcijaństwa jest być solą… w oku świata.:)

Ale chyba nie sposób nie zgodzić się w tej kwestii z Szymonem Hołownią, który na swoim blogu napisał, że: jest coś gorszącego w całym tym sporze, coś bardzo niechrześcijańskiego z ducha. Z jednej strony – ludzie ślepi na korzenie swoich przodków i wiarę swoich sąsiadów, z drugiej – krzyż, który staje się narzędziem walki. Na tym krzyżu umarł Człowiek, który z nikim nie walczył, nikogo do niczego nie przymuszał, nikogo nie tłukł po oczach. Każdy ma prawo sam wybierać, czy chce mieć puste ściany oraz duszę, czy też nie, sam poniesie też tego wyboru konsekwencje. „

I zgadzam się z nim nawet pomimo tego, że (w związku z trwającym wszędzie komercyjnym „okresem przedświątecznym”, dawniej zwanym Adwentem) czasami -i przyznaję to z „pewną taką nieśmiałością” – nachodzi mnie taka oto „niepoprawna politycznie” refleksja: Oddajcie nam”nasze” Boże Narodzenie, to my zabierzemy „nasze” symbole z”Waszych” ścian! Przepraszam bardzo, ale czy ja obchodzę Chanukę albo ramadan?:) 

Intuicja podpowiada mi jednak, że święto, podczas którego głosimy „pokój ludziom dobrej woli!” (ciekawe, swoją drogą, co z ludźmi woli ZŁEJ?:)) nie powinno nas dzielić, lecz łączyć…

 
Ale jeśli – jak mówią  niektórzy:) – krzyż dziś rzeczywiście jest już tylko pewnym „motywem zdobniczym”, który każdy może wykorzystywać, jak mu się podoba (patrz zdjęcie poniżej), to tym bardziej nie rozumiem, czemu nie można go także UMIESZCZAĆ, gdzie się chce? 🙂

  

A swoją drogą, czy wyobrażacie sobie wdzięki tej ponętnej modelki (notabene, to jest nasza rodaczka zza oceanu, Joanna Krupa) przysłonięte np. Gwiazdą Dawida lub Półksiężycem? Toż to, panie, byłby skandal na cały „cywilizowany świat”… Nieprawdaż?:)

Por. też: „Obraza uczuć religijnych – czyli co?”

Postscriptum: Ostatnio małżeństwo austriackich ateistów zaskarżyło do tamtejszego Trybunału Konstytucyjnego krzyż, wiszący w przedszkolu ich córki. Podobno „nie pozwala im to wychowywać dziecka w duchu otwartości na świat.” Rozumiem zatem, że gdyby dziewczynka w ogóle nigdy i nigdzie nie stykała się z symbolami religijnymi, to znacząco wpłynęłoby na jej „otwartość”? Przecież to oczywista oczywistość, że ludzie na ogół najbardziej przyjaźnie odnoszą się do tego, czego NIE ZNAJĄ...;) 

Z kolei w otwartym na świat, kosmopolitycznym Amsterdamie motorniczym nie wolno nosić krzyżyka na szyi w czasie pracy. Muzułmanów, pracujących w tym samym przedsiębiorstwie, nie tknięto…

Siostry (bez) Miłosierdzia?

Ostatnio spore poruszenie wywołały zdjęcia z zakonnego domu opieki dla dzieci niepełnosprawnych intelektualnie (wykonane przez przypadkowego turystę), na których widać, jak zakonnica szarpie i bije po głowie „czepiającą się” jej upośledzoną dziewczynkę. 

Jako że sama jestem niepełnosprawna (podobnie jak wiele spośród tych dzieci mam porażenie mózgowe), wydaje mi się, że mogę spojrzeć na tę bulwersującą sprawę również z perspektywy, która dla wielu z Was jest niedostępna.
To oczywiście BARDZO źle, kiedy opiekunka (i nieważne, czy akurat jest to osoba duchowna, choć od nich tradycyjnie wymaga się większej miłości bliźniego) okrutnie traktuje chore dziecko – i jestem pewna, że powinna zostać natychmiast odsunięta od pracy, do której najwyraźniej zupełnie się nie nadaje.
Ale jeszcze bardziej niepokoi mnie myśl, że gdybym nie miała troskliwych rodziców, nie tylko nie skończyłabym celująco dwóch kierunków studiów, ale zapewne wegetowałabym przez całe życie w jakimś (niekoniecznie zakonnym!) domu opieki. Przecież jestem w gruncie rzeczy TAKA SAMA, jak te dzieci… 
A takie dzieci – to są takie „dzieci-śmieci”, które właściwie nikomu nie są potrzebne. Przecież to sami rodzice oddali swoje „trudne” dziecko z encefalopatią „do zakonnic” – i pewnie woleliby o nim nawet więcej nie myśleć (i dlatego teraz spuszczają z zażenowaniem wzrok, a nawet potrafią powiedzieć, jak ten „kochający” braciszek bitej dziewczynki: „A, bo pani redaktor nie wie, jaka ONA potrafi być…” – no, jasne, jest „głupia”, a więc można jej czasem przyłożyć dla porządku…) – a siostrzyczki, no cóż… zajmują się takimi dziećmi jak potrafią, a czasem – jak NIE potrafią. Natomiast nasza „humanitarna lewica” ma chyba na wszystko jedną dobrą odpowiedź: „Po prostu nie pozwólcie takim 'potworkom’ przychodzić na świat- a problem się sam rozwiąże!”
I także moim rodzicom radzono, by mnie „oddali w dobre ręce” – jak gdyby dziecko niepełnosprawne było tylko przedmiotem, którego można się pozbyć zupełnie bez żalu… 
A niedawno słychać było także coś o jakimś innym, prowadzonym przez to samo zgromadzenie, „zakładzie wychowawczym”, w którym podobno panował iście pruski dryl… 
Ale ponieważ wiem, że sprawy takie jak te mogą posłużyć także jako niezwykle wygodny pretekst do nagonki na „pingwiny”  (podobnie, jak to dzieje się obecnie np. w Irlandii, gdzie zresztą ujawniono kolejny wstrząsający raport, dotyczący tym razem już nie nadużyć popełnionych przez zakonnice, lecz przez księży. Nie mam najmniejszego zamiaru „wybielać” tamtejszych duchownych, jednak sądzę, że nie od rzeczy byłoby też zapytać, ILE w tym samym czasie – przez blisko 40 lat! – było przypadków molestowania dzieci np. przez nauczycieli czy lekarzy. Bo nie wydaje mi się, by wśród „czarnych” pedofili było faktycznie WIĘCEJ, niż w innych grupach zawodowych, które mają do czynienia z dziećmi. Często mówię, że pedofilia nie ma wyznania. A swoją drogą, widać z tego jasno, jak bardzo kuleje „seksualne” wychowanie duchownych, skoro: 1) nikt ich  nigdy nie nauczył, jak mogą zapanować nad swymi popędami; 2) nikt w porę nie zauważył u niektórych z nich patologicznych skłonności – tacy nie powinni zostać w ogóle dopuszczeni do kapłaństwa!) – czuję się w obowiązku dodać, że w ciągu 4 lat nauki w 'zakonnym’ liceum nie zetknęłam się z ani jednym przypadkiem przemocy wychowawczyni względem wychowanki. (Chociaż słyszałam takie „mrożące krew w żyłach” opowieści o niektórych innych szkołach…)

Naprawdę nie wszystkie siostry zakonne to „antypatyczne babska” wyładowujące swoje frustracje na niewinnych dzieciaczkach… Wiele z nich z poświęceniem i talentem pracuje wśród młodzieży i ubogich. I z pewnością nie wszyscy księża to „zboczeńcy.” Na szczęście. 🙂

Taki jest świat?

Oczywiście, nie można zrzucać całej winy za różnego typu negatywne zjawiska, zachodzące we współczesnym świecie na te „zepsute media” – bo, pomimo wszystko, one w pewnej mierze jedynie OPISUJĄ nam świat na skalę wcześniej niespotykaną. (I jeśli ktoś, na przykład, wymordował całą swoją rodzinę, to z pewnością nie [tylko] dlatego, że się wcześniej naoglądał brutalnych filmów i programów…)

Dostrzegam tu jednak pewną znaczącą różnicę w porównaniu z tzw. „starymi, dobrymi czasami” (choć, uczciwie mówiąc, jako historyczka poważnie wątpię, czy kiedykolwiek takowe istniały…). Dawniej, jeśli ktoś np. zdradzał żonę, a rzecz cała wyszła na jaw, był to dla wszystkich zainteresowanych powód do WSTYDU. Dziś natomiast różnego typu „niemoralne” zachowania się bagatelizuje (a za dziwaków – a nawet „ekstremistów” – uchodzą raczej ci, którzy pragną być nieskazitelnie uczciwi – albo np. spędzić życie u boku jednej tylko osoby) – albo wręcz stają się one powodem do dumy. W USA nawet seryjni mordercy mają swoje fan-cluby i wydają wspomnienia w wielotysięcznych nakładach…
Kombinator nie jest już kombinatorem, tylko człowiekiem z gruntu zaradnym – a różnej maści „specjaliści” pouczają nas, że zdrada małżeńska może mieć wręcz zbawienny wpływ na związek… Nawiasem mówiąc, sama wcale nie jestem „dumna”, że – jak to się mówi – „uwiodłam księdza”…
Bo już od niepamiętnych czasów wiadomo, że powtarzanie bez końca, że coś tam jest „normalne” i że „przecież wszyscy tak robią” może również zachęcać do naśladowania.

Kiedy miałam kilkanaście lat, czytywałam czasami „młodzieżowe”pisemka w stylu „Bravo” i natrafiając (z wypiekami na twarzy;)) na opowiastki z serii „mój pierwszy raz” zastanawiałam się całkiem poważnie, czy ze mną wszystko jest w porządku, skoro „w tym wieku”jestem jeszcze dziewicą. Rozumiecie, o czym mówię, prawda?

Poza tym, nie od rzeczy byłoby też prześledzić, ile – procentowo – miejsca we wszystkich serwisach informacyjnych świata zajmują „złe” wiadomości.

Gdzie nie spojrzeć, wszędzie wojny, strajki, trzęsienia ziemi i zamieszki…
Ale czy to już naprawdę WSZYSTKO, co zdarzyło się danego dnia na tej planecie?
Tak więc środki masowego przekazu nie tylko opowiadają nam, „jaki jest ten świat”, ale także, do pewnego stopnia, same go KREUJĄ

 

Jak się Wam wydaje, jaką część kuli ziemskiej oświetlają codziennie błyski fleszy? Mój przyjaciel, który wiele podróżował po świecie, twierdził, że zaledwie ułamek procenta…
,