Ślub Alby (2)

Dawno, dawno temu wszystko było względnie proste: ślub był dla młodych ludzi momentem przejścia z dzieciństwa do dorosłości, więc poprzedzały go pewne specjalne obrzędy i „pożegnalne” spotkania w gronie rówieśników tej samej płci. I tyle. A dziś…

Cóż to za mąż/żona, co tuż przed ślubem „zapomni się” z wynajętymi „profesjonalistami” płci odmiennej („no, bo przecież przed utratą wolności trzeba się jeszcze wyszumieć, no nie?!”) a nierzadko już następnego dnia będzie Ci grzeczniutko przysięgał(a) „miłość, wierność i uczciwość małżeńską” – najczęściej w kościele i najczęściej w białej sukni, symbolizującej (sic!) czystość i niewinność!

Czy ktoś jeszcze w ogóle pamięta, co znaczą te dwa słowa?! Czy zdradzać PRZED ślubem to naprawdę lepiej niż PO?! A co, jak ksiądz (czy tam urzędnik państwowy:)) już ich „zwiąże”, to ochota na takie „rozrywki” im przejdzie jak ręką odjął?! Ślub to jakiś obrzęd magiczny czy co?!

Czy Wy nie macie wrażenia, że ze wszystkiego, co kiedyś było ważne, piękne i – nie boję się użyć tego słowa – święte, zrobiliśmy sobie w dzisiejszych czasach parodię, szopkę, przedstawienie?!

I ten jeden jedyny raz cieszę się, że nie musiałam w imię tej durnej, „nowej, świeckiej tradycji” robić z siebie takiej idiotki jak te, co to zaraz po wieczorze panieńskim z rozbierającym się facetem lecą do ołtarza w trzymetrowym welonie… Czy są ode mnie lepsze, mniej grzeszne, bardziej pobożne? Nie wiem, zapewne. Bo im wolno… ;(

 

(Zdjęcie pochodzi ze strony www.lula.pl – a ta pani to Jennifer Aniston – ale tak dobrze mi się komponuje z tematem…)

Modlitwa – poradnik użytkownika.

Jestem przekonana, że nawet „gotowe” (czyli uświęcone tradycją) teksty modlitw mogą nieść głęboką treść, jeśli tylko wypowiadane są nie tylko ustami, ale również „sercem.”

Jednak w przypadku niektórych modlitw przeszkodą może być ich archaiczny język – i wtedy zatrzymujemy się w rozwoju modlitwy na poziomie swego rodzaju recytacji wierszy.

„Kiedy dorosłam, przestałam się modlić. – napisała pewna młoda Niemka – Nie myślałam bowiem tak, jak mówiłam, kłamać zaś nie chciałam.”

I to jest właśnie to,co ludzie nazywają „klepaniem paciorka…”

Myślę, że (prawie zawsze) warto ROZUMIEĆ to, co się mówi. Dlatego wydaje mi się, że warto już bardzo małe dzieci uczyć, że mogą się zwracać do Boga również „własnymi słowami.” Zdziwilibyście się, ilu ludzi zarzuciło modlitwę właśnie dlatego, że nikt im nigdy nie powiedział, że nie muszą się sztywno trzymać „paciorka.” Obiecuję, że postaram się wychować synka inaczej.

Oczywiście, najłatwiej nam (mnie!) przychodzi modlitwa prośby, co wieczór też robię „rachunek sumienia” i przepraszam Boga za to, co mi się nie udało, dziękując za różne drobne radości. Powiedziałabym nawet, że odkąd nie mogę się spowiadać, ten codzienny „raport duchowy” stał się wręcz podstawą mojej modlitwy. Ale Bóg, w swej miłości, dawał mi doświadczać także innych jej rodzajów. Bardzo lubię modlić się z Pismem Świętym (mam nawet powiedzonko, że „modlitwa jest odpowiedzią człowieka na Słowo Boże, a Słowo Boże jest odpowiedzią na modlitwę człowieka.”).

Gdy już zupełnie „nie wiem” jak mam się modlić, czytam sobie jakiś fragment z Biblii (np. któreś z czytań mszalnych na dany dzień) i zawsze z tego jakaś modlitwa „wypłynie.”  W ogóle, jako znanej „gadule” łatwiej mi zawsze przychodziła modlitwa „słowem”, niż myślą – mówienie głośno do Boga pomagało mi sobie uświadomić Jego żywą Obecność (choć czasami powodowało to zdziwione komentarze podglądających mnie ludzi w stylu: „Ty, patrz, ona gada do ściany!”:)); łatwiej też mi było wpleść w modlitwę wszelkie „rozproszenia” – kiedy mi coś przychodzi do głowy, po prostu mówię o tym Bogu, zamiast tracić czas na myśli w stylu: „O, rany, znowu o tym pomyślałam – nie, nie, nie wolno mi teraz o tym myśleć! Przecież TERAZ mam się modlić!” 🙂

Zdarzały mi się jednak także chwile głębokiej kontemplacji (szczególnie było mi o to łatwo przed Najświętszym Sakramentem – ja patrzę na Niego, On patrzy na mnie i już nic nie trzeba mówić…), albo modlitwy uwielbienia, kiedy to, mówiąc obrazowo, mówi się Panu Bogu komplementy. Modliłam się śpiewem, tańcem, modlitwą językami…

A w ogóle to wydaje mi się, że kto chce „nauczyć się” modlić, powinien po prostu zacząć!:) Tyle jest bowiem „sposobów na modlitwę”, ilu ludzi na tym świecie – i każdy powinien znaleźć własny.  Na drzwiach pewnej kaplicy widziałam kartkę z napisem: Im rzadziej się modlisz, tym gorzej to idzie!” Sprawdziłam. To prawda.

Nie pożądaj żony… swojej?

No, proszę, ciągle staram się bronić przed zarzutem ze strony niewierzących, że Kościół naucza, że seks jest moralnie dozwolony tylko w tym celu, aby mieć dzieci – a tu się okazuje, że być może całe życie się MYLIŁAM skoro sam Jan Paweł II w „Miłości i odpowiedzialności” sugeruje, że konieczne jest „oczyszczenie” aktu małżeńskiego z jakiejkolwiek „pożądliwości”, która sama w sobie ZAWSZE ma być „egoistyczna” i prowadzić do „uprzedmiotowienia” drugiej osoby.

Zresztą wystarczy poczytać sobie Ojców Kościoła. Większość z nich, za św. Augustynem, uważała, że mąż, który pożąda własnej żony, grzeszy. Św. Tomasz z Akwinu sądził nawet, że wówczas „postępuje z nią jak z prostytutką.”

Powinien zatem z nią współżyć bez żadnych emocji, pragnąc JEDYNIE spłodzić dziecko.  Jeden z katolickich zresztą autorów stwierdził, że w takim ujęciu „czyste” pożycie ludzi niewiele się różni od spółkowania zwierząt…

Bezsprzecznie wielkim osiągnięciem Soboru Watykańskiego II jest także i to, że dowartościował PRZYJEMNOŚĆ seksualną w małżeństwie jako dar Boga (na równi z potomstwem). Małżeński seks ma nie tylko służyć prokreacji, ale także wzmacniać więź między mężem i żoną (i dlatego NIE JEST grzechem współżycie w okresach niepłodnych, choć wiadomo, że wtedy dziecka nie będzie – stwierdził to już Pius XII – i to, co ciekawe, po wizycie w szpitalu położniczym, gdzie zobaczył kobiety wyniszczone przez zbyt częste porody).

W wiekach średnich uważano, że kobieta jest „z natury” bardziej od mężczyzny „nieopanowana” seksualnie, że bardziej pragnie przyjemności, której nie należy odmawiać stworzeniu tak „słabemu.” Byli jednak i tacy biskupi (jak żyjący w VI w. Cezary z Arles), którzy zalecali współżycie w małżeństwie tylko raz w roku – podobnie jak corocznie zasiewa się ziemię – tylko po to, by kobieta mogła zajść w ciążę.

Grzechem było – naturalnie! – współżycie z żoną gdy już była brzemienna lub (nie daj Boże!) podczas miesiączki (dzieci wówczas spłodzone miały być nawet „opętane” a co najmniej…rude:)). A także: w niedziele, soboty, piątki, w święta kościelne i w przeddzień tych świąt, w Adwencie i w Wielkim Poście. Pewien uczony obliczył, że po odjęciu wszystkich „zakazanych” dni małżonkom pozostawało na współżycie tylko 29 dni w roku! Sądząc z ówczesnego przyrostu naturalnego, mało kto przestrzegał tych kościelnych nakazów…

Z drugiej jednak strony, wierzono, że kobieta, która „w małżeńskim łożu” doświadcza rozkoszy, urodzi piękne dziecko. Ciekawy paradoks, prawda? 🙂

A co do tej nieszczęsnej”pożądliwości” to nasuwa mi się spontanicznie myśl, że przykazanie zabrania pożądać „żony swego bliźniego”. O WŁASNEJ nic nie wspomina. 🙂

Wynikałby z tego trywialny w swej prostocie wniosek, że mąż może – a nawet powinien! – pożądać swojej żony – i vice versa. Można by powiedzieć, że pożądanie to pewna naturalna „siła” w człowieku, która, jak wierzę, w planie Bożym ma za zadanie „skłonić” czy też „przywiązać”człowieka do jakiegoś dobra, np. do drugiej osoby.

Pożądanie samo w sobie jest, moim zdaniem, neutralne moralnie – tak, jak wszystkie inne uczucia. Właściwy lub nie może być tylko PRZEDMIOT tego pożądania (tak więc pedofile z pewnością grzeszą, „pożądając” dzieci…).

Przecież nawet wielcy święci piszą czasem o „pożądaniu świętości”, nieprawdaż?:)).