À la carte: szopka po francusku.

Zgodnie ze świętą zasadą laickości państwa, we Francji zabronione jest publiczne eksponowanie „symboli religijnych”, które to pojęcie obejmuje również (o czym, przyznam się, dotychczas nie wiedziałam) tradycyjne szopki, wystawiane z okazji Bożego Narodzenia.

Inaczej mówiąc: „Wolność religijna? Taką, za przeproszeniem, wolność, to u nas każdy we własnej chałupie ma!” – żeby tak sparafrazować tekst ze słynnej, polskiej komedii.

Nie bardzo wprawdzie rozumiem, jakież to treści potencjalnie niebezpieczne czy też urażające „inaczej wierzących” (i zgoła niewierzących) może nieść ze sobą ludowe, rozpowszechnione przez franciszkanów, przedstawienie Świętej Rodziny w otoczeniu bydlątek – toż to „eco” i vintage w czystej postaci?;) A i muzułmanie – których ten przepis rzekomo ma chronić przed „agresywną chrześcijańską propagandą” – na ogół twierdzą, że szopka w europejskim kraju w niczym by im nie wadziła. (Nawiasem mówiąc, wydaje mi się, że i wyznawcy islamu mają w swoim kalendarzu wspomnienie „narodzin Jezusa” jako jednego z wielkich proroków, choć naturalnie nie ma ono w religii Mahometa aż takiej rangi, jak np. ramadan).

Ale kto to może wiedzieć – może dzisiejsi ekolodzy wytoczyliby chrześcijanom proces o propagowanie „bezprawnego przetrzymywania” zwierzątek w szopce? Żyjemy w tak zwariowanych czasach, że doprawdy nigdy nic nie wiadomo…

A może chodzi o to, że szopki prezentują – mimo wszystko! – „tradycyjny model rodziny”, takiej z Kobietą, Mężczyzną i Dzieckiem? Choć na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że koncept dziewiczego  macierzyństwa Tej, która wcale „nie znała męża” powinien się spodobać przynajmniej niektórym feministkom… (I niektórym rzeczywiście się podoba – do tego stopnia, że aż chcieliby uczynić z Jezusa pierwsze dziecko poczęte „in vitro”…)

No, cóż, chciałoby się powiedzieć: nie moje małpy, nie mój cyrk. I „co kraj – to obyczaj”.

 

I pewnie na tym bym poprzestała, gdyby nie jedna z moich ciotek, od lat zamieszkująca nad Sekwaną, która zamieściła na swoim internetowym profilu bożonarodzeniowy obrazek z Maryją, Józefem oraz Dzieciątkiem, przekornie pytając: „Czy Facebook to już ‚miejsce publiczne’?;)” – i wywołała w ten sposób dosyć burzliwą dyskusję o meandrach francuskiej laicyzacji.

Z wielką łaskawością, jako się już rzekło, wypowiadali się obecni tam muzułmanie, twierdząc, że chrześcijański żłóbek nie przeszkadza im ani trochę, a nawet proponując, by – jeśli już ktoś chce w ten sposób manifestować swoją wiarę – umieścić odpowiednią instalację na ścianie swego domu lub w ogrodzie w taki sposób, by była ona widoczna także z ulicy…

Żeby i wilk był syty, i owca cała.

Innych jednak dyskutantów cała ta sytuacja sprowokowała do ostrzejszych, wręcz politycznych komentarzy, takich jak ten:

Szopka-2b-150x150Szopka-2a-150x150

Podpis głosił: „Szopka zakazana.”- „Szopka zaaprobowana przez nasz rząd socjalistyczny.” W tym drugim przypadku chodziło, przypomnę, o bezprecedensowe wtargnięcie półnagich ukraińskich „femenistek” do katedry Notre Dame w Paryżu – a przecież wszyscy „laicyści” świata tłumaczą zawsze chrześcijanom, jak niesfornym dzieciom: „Ależ, jaka tam znowu dyskryminacja?! Przecież pozwalamy wam w spokoju wznosić te wasze modły we wnętrzu waszych kościołów!” – jak widać, nawet ta ostateczna „granica tolerancji” bywa niekiedy przekraczana i to bez zbytnich konsekwencji…

Wydaje mi się zresztą, że nie jest tak zupełnie „neutralne” państwo, gdzie nie można jawnie eksponować swoich symboli religijnych w celu ich afirmacji, a za to można je (w imię wolności, sztuki, etc.) publicznie mieszać z błotem na wszelkie możliwe sposoby…

Aby jednak znowu niepotrzebnie nie podgrzewać atmosfery na blogu w ten świąteczny czas (kiedy to „pokój ludziom dobrej woli!”), pragnę zakończyć ten tekst nieco żartobliwą fotografią innej francuskiej szopki z Facebooka, która z pewnością zostałaby zaakceptowana przez „demokratyczną większość obywateli” – no, może z wyjątkiem wegetarian…:)

Szopka-3-150x150

 

W każdym razie życzę Wam wszystkim spokojnych i pogodnych (w dalszym ciągu) Świąt Bożego Narodzenia! Ps. Właśnie spadł śnieg!

DOPISEK z 8. stycznia: Wielokrotnie już na tym blogu zwracałam uwagę na fakt, że stare, dobre pojęcie „wolności religijnej” jest w Europie coraz częściej zastępowane ideą „wolności od religii” – jak gdyby religia sama w sobie była zjawiskiem negatywnym, czymś, co należy za wszelką cenę wyeliminować z powszechnej świadomości. Mówi się przecież o prawie do życia wolnego od przemocy, od hałasu czy od zanieczyszczeń. Jak jednak pokazują ostatnie dramatyczne wydarzenia we Francji, nawet taka „hiperpoprawność polityczna” nie uchroni nikogo przed PRAWDZIWYMI fanatykami.

I JESZCZE JEDNO…W Paryżu tysiące ludzi (w tym wielu polityków) przeszło w marszu solidarności z ofiarami zamachów pod hasłem: „Je suis Charlie!” – nawiązującym do tytułu gazety, której redakcja została zaatakowana. Muszę przyznać, że hasło to wzbudza we mnie mieszane uczucia. A to dlatego, że jeśli miałoby ono oznaczać, że wszyscy w pełni utożsamiamy się nie tyle z poszkodowanymi osobami, ile z POGLĄDEM, w myśl którego wolno, a nawet NALEŻY w niewybredny sposób szydzić ze wszystkiego, ze szczególnym uwzględnieniem religii (bo inaczej niewątpliwie staje się po stronie terrorystów…) – to ja mówię: nie! Przykro mi. W tym sensie na pewno nie jestem „Charlie.”

Niedawno ktoś stwierdził w dyskusji nad tym, że „wolność słowa jest święta!” (?)Tak? A ja myślałam, że stara Europa nie uznaje już żadnych „świętości”?  I żadnych wartości absolutnych? Skąd więc nagle takie absolutyzowanie wolności słowa? Zawsze też uważałam, że życie ludzkie jest wielką wartością; tak wielką, że można je oddać tylko za coś bardzo ważnego i cennego. I naprawdę nie jestem pewna, czy warto umierać za „wolność szydzenia.” Mam tylko niejasne wrażenie, że głupawe dowcipasy nie były tego warte.

Historia pewnej kampanii.

Niedawno Amnesty International, organizacja, która – mówiąc delikatnie – przynajmniej w ostatnich latach wykazuje wyraźny „lewicowy przechył” opublikowała plakat, mający za zadanie propagować wśród państw-stron ratyfikację europejskiej Konwencji o Zapobieganiu Przemocy wobec kobiet i przemocy domowej.

O ideologicznych podtekstach tego dokumentu (np. o tym, że dość jednoznacznie uznaje się w nim „religię i tradycję” – bez żadnych niuansów! – za źródło problemu) już tu kiedyś pisałam, więc ani myślę się powtarzać.

Godne uwagi jest jednakże samo dzieło plastyczne, o którym mowa powyżej.

 

Oto elegancko odziany mężczyzna zmywa mopem krew z podłogi w kuchni – w domyśle: oczywiście krew swojej niewinnej, żeńskiej ofiary. Szyderczy napis głosi: „TO NIEPRAWDA, ŻE MĘŻCZYŹNI NIC NIE ROBIĄ W DOMU.”

Przyznacie, że przekaz jest jasny: JEDYNE, co mężczyźni w domu robią, to piorą swoje towarzyszki i/lub nieletnie potomstwo – rano, w południe i wieczorem – a potem jeszcze, ewentualnie, perfidnie zacierają ślady tej ponurej zbrodni.

Jest to, że się tak wyrażę, podejście potrójnie niesprawiedliwe. Po pierwsze bowiem obraża wszystkich mężczyzn hurtem; po drugie, tych, którzy rzeczywiście „coś” (i to niekiedy bardzo dużo, jak np. mój mąż) w domu robią, a po trzecie utrwala szkodliwy stereotyp, jakoby zawsze tylko oni byli sprawcami przemocy. (Aczkolwiek badania pokazują, że jeśli chodzi np. o nadużycia wobec dzieci, to kobiety dopuszczają się ich niemal równie często, jak mężczyźni – już nawet nie wspominając o tym, że i sami mężczyźni nierzadko padają ofiarą różnego typu przemocy, który to problem jest powszechnie bagatelizowany – „no, i co z tego, że dostał od żony parę razy po pysku, pewnie się chłopu należało i tyle!” – i skrywany bodaj jeszcze bardziej wstydliwie, niż katowanie kobiet.)

Rozumiem zatem, że według pań i panów z AI przemoc  NIGDY nie zdarza się np. wZAWSZE szczęśliwych związkach między kobietami? Niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że jestem już za dużą dziewczynką, żeby wierzyć w takie bajki – tym bardziej, że kiedyś sama czytałam na blogu pewnej lesbijki (której zapewne wcale nie zależało na tym, żeby pluć we własne gniazdo), jak to była świadkiem, jak na dyskotece jedna partnerka rozkwasiła nos drugiej – za to tylko, że tamta miała czelność… zagadać do kogoś innego.

W podobnym duchu wypowiedziała się ostatnio także niezastąpiona Eliza Michalik, stwierdzając w swoim programie (podobno „satyrycznym”, aczkolwiek mnie on już od dawna wcale nie śmieszy), że fakt, iż Polska uparcie nie chce tej Konwencji ratyfikować, oznacza, ni mniej ni więcej, tylko, że nadal MOŻNA w naszym kraju legalnie bić kobiety i dzieci. Można? Naprawdę? No, patrzcie, państwo –  a ja, głupia, ciemna, nieoświecona parafianka, przez całe życie myślałam, że przemoc w rodzinie jest u nas już od wielu lat przestępstwem, zagrożonym karą więzienia. Jak to się jednak można pomylić…

Zawsze wzrusza mnie zresztą ta naiwna wiara lewicy w moc „słowa pisanego.”

Już tu kiedyś pytałam o to, co właściwie taka maltretowana osoba ma zrobić z takim dokumentem? Może pomachać nim swemu oprawcy przed nosem i powiedzieć: „Słuchaj no, ty… Tu jest napisane, że NIE WOLNO ci mnie bić!” – co, oczywiście, powinno przynieść skutek natychmiastowy? I rozumiem, że w owych szczęśliwych krainach, które już Konwencję przyjęły, przemoc pomiędzy najbliższymi jest tak rzadka, jak śnieg na Saharze?

Moim zdaniem rzecz nie w mnożeniu kolejnych deklaracji, tylko we właściwym egzekwowaniu prawa, które już mamy. Truizmy o „prawie do życia wolnego od przemocy” nikogo nie uchronią przed biciem, tak samo, jak żadne międzynarodowe sympozjum na temat „woli walki z głodem na świecie” nigdy jeszcze nikogo nie nakarmiło. (A śmiem twierdzić, że koszty niektórych tego typu urzędniczych przedsięwzięć znacznie przewyższają koszt przysłowiowej „kromki chleba” dla potrzebujących).

Co więcej, pani redaktor dodała, uśmiechając się uroczo, że „zbliżają się Święta, więc prawdziwi Polacy-katolicy napiją się wódki, a potem będą lać.” Przyznaję ze skruchą, że jak żyję, nie wiedziałam, że bicie żony po pijaku należy do naszej wigilijnej tradycji… Ale trudno: jak mus, to mus. Dla dobra kultury narodowej trzeba będzie jakoś te potworne Święta przetrzymać… 😉

A swoją drogą, wciąż czekam na to, by pani Eliza powiedziała kiedyś jakieś dobre słowo pod adresem tych znienawidzonych „katoli”. Kiedyś wprawdzie wypsnęło się jej, chyba przypadkiem, że i wśród nich zdarzają się (o dziwo!) „normalni i sympatyczni ludzie, którzy robią fajne rzeczy” (choć po mojemu to mniej więcej tak, jakby powiedzieć, że „ateiści są nienormalni, ale nie wszyscy.”;)) – jednak żadnych konkretnych przykładów podać nie potrafiła. Z lubością za to napawa się w każdym programie przykładami wszelkich możliwych świństw, których katolicy dopuszczają się (nie przeczę!), a jakże. Mniejsza jednak o to.

Zaraz pewnie odezwą się głosy: „No, i czego się czepiasz, KAŻDY sposób jest dobry, żeby zwrócić uwagę na dramat tych maltretowanych kobiet i dzieci… A są ich miliony! Miliony!!!!”

Nawiasem mówiąc, takie ujęcie problemu oznacza, że uważamy, że to raczej zdrowa i normalna rodzina (czyli taka, gdzie NIKT NIKOGO nie poniża i nie krzywdzi) jest jakąś anomalią, a nie coś przeciwnego. Ale dobrze, przyjmijmy na chwilę, że „szlachetny cel uświęca wszelkie środki.”

Wyobraźcie sobie, że ktoś wypuściłby analogiczny plakat – w ramach jakże potrzebnej kampanii poświęconej walce z pedofilią – przedstawiający mężczyznę, trzymającego na kolanach nagiego chłopczyka i z podpisem: „TO NIEPRAWDA, ŻE GEJE NIE POTRAFIĄ ZAJMOWAĆ SIĘ DZIEĆMI! Ponad 80% przypadków molestowania nieletnich na świecie dotyczy wykorzystywania chłopców przez dorosłych mężczyzn.”

Jestem przekonana, że wówczas – i zapewne słusznie – głosom oburzenia na tak „obrzydliwy przejaw homofobii” nie byłoby końca. Prawda?

Nie, nie i jeszcze raz nie! Żaden cel, choćby nie wiem, jak szlachetny, nie uświęcaTAKICH środków.

Na szczęście w tej sprawie mam wsparcie nie byle kogo, bo byłej pełnomocniczki do spraw równego traktowania, Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz, która zwraca uwagę (w co ja sama zresztą nigdy nie wątpiłam!), że „i mężczyźni są różni”: ”Po tym świecie chodzą również kanalie. Niektórzy gwałcą – oby zgnili w więzieniu. Są oni wrogami tak kobiet, jak porządnych mężczyzn (…) Mężczyźni to nie jest płeć oprawców.” – przekonuje (tych, których widać przekonywać trzeba) obecna europarlamentarzystka PO. No, cóż, dobre i to…

***

W ostatnich dniach i tygodniach (kiedy mnie tu ze zrozumiałych względów nie było) głośno było u nas także o innej „kampanii” – tym razem reklamowej. Empiku, który do promocji świątecznej zaangażował m.in. budzącą kontrowersje dwójkę wykonawców: Adama Darskiego, zwanego Nergalem i Marię Czubaszek.

Pragnę od razu zaznaczyć, że cała ta sprawa właściwie ani mnie ziębi, ani grzeje. W empikach w ogóle bywam raczej rzadko, ze względu na wcale nie największy (jak na mój gust) wybór produktów i bynajmniej nie najniższe ceny.

Niemniej wydaje mi się, że nie jest trafionym pomysłem angażować do promocjiKSIĘGARNI faceta, który publicznie spalił bestseller wszech czasów (którym wciąż jeszcze pozostaje Biblia) – i którego mroczny image bardziej by chyba pasował do Halloween? – oraz, z okazji Świąt, w czasie których wspominamy narodziny pewnego Dziecka (i to niezależnie od tego, czy akurat wierzymy w Jego boskość, czy też nie) kobietę, która publicznie mówi o swoich dwóch aborcjach: „To CUDOWNIE, że to zrobiłam!”

I myślę, że nie trzeba wcale być „moherowym beretem”, by zauważyć w tym jakiś dysonans. Tylko tyle.

„Wolność seksualna” czyli utopia.

Nie milkną  echa kontrowersyjnej wypowiedzi Jana (profesora) Hartmana na temat kazirodztwa.

Sam zainteresowany broni się wprawdzie (słabo), iż chodziło mu li tylko o „wywołanie dyskusji” – niemniej wydaje mi się, że rzecz stanowi część szerszego problemu całej naszej cywilizacji.

Otóż w najnowszych czasach przywykliśmy z podejrzliwością traktować wszelkie uznane od wieków tradycje i obyczaje ludzkości, widząc w nich nie tyle (jakby chyba należało) przejaw jakiejś „mądrości pokoleń”, które, sparzywszy się na pewnych eksperymentach, postanowiły dość zgodnie wykluczyć je z kręgu swego doświadczenia – a jedynie niezrozumiałą a despotyczną chęć do ograniczania „wolności” innych.

Zresztą, warto na wstępie zauważyć, że z reguły ochotę do „inicjowania dyskusji” i kwestionowania nawet tego, co nigdy i nigdzie dotąd podważane nie było, przejawiają nie ci, którzy z owych „ograniczeń” są zadowoleni, ale ci, którzy chcieliby ich zniesienia.

Tak więc hasło: „zacznijmy o tym rozmawiać!” jest zazwyczaj nie tyle wezwaniem do spokojnej, akademickiej debaty (z rozważeniem wszystkich „za” i „przeciw”), co pierwszym krokiem do obyczajowej – a często i prawnej – rewolucji.

Tak właśnie było dotychczas we wszystkich  krajach przy okazji „dyskusji” o dopuszczalności aborcji czy eutanazji; tak też było przy ostatnich próbach brytyjskich etyków przeforsowania do świadomości ludzi idei „aborcji posturodzeniowej” nawet zupełnie zdrowych niemowląt. Co, oczywiście z pewnego ściśle określonego punktu widzenia, wydaje się nawet dosyć logiczne. Jeśli (a o tym jestem najzupełniej przekonana!) NIE DA SIĘ jednoznacznie wskazać wyraźnej różnicy między „płodem” w ostatnich stadiach rozwoju, a noworodkiem; zakładając przy tym (w co już trochę powątpiewam, ale mniejsza z tym), że naprawdę nie wiemy, co to znaczy „być człowiekiem” – i jeśli (w co jestem skłonna uwierzyć!) powody, nieraz bardzo poważne, które skłaniają kobietę do tego, żeby „nie chcieć” tego konkretnego dziecka, z reguły nie ustają po jego narodzinach – to właściwie dlaczego, w imię jakiego okrutnego prawa czy obyczaju, „zmuszać” biedaczkę do macierzyństwa, którego nie chce – jeśli nie zdążyła się z niego wycofać wcześniej?

W końcu JEJ wolność i prawa powinny być o niebo ważniejsze niż prawa „jakiegoś tam” noworodka, co do którego nie mamy żadnej pewności, czym właściwie jest, nieprawdaż?

I tak to właśnie działa, proszę państwa. Tak przynajmniej można wnioskować z wypowiedzi niemieckich etyków, na którą powołuje się Hartman, a w myśl której (uwaga, uwaga!) „wolność seksualna powinna być ważniejsza, niż ABSTRAKCYJNA ochrona rodziny.”

O, zaiste, słuszne to i sprawiedliwe, mądre, godne oraz zbawienne! Wszak kierując się tą samą, jakże postępową ideą, pewna brytyjska pani sędzia uwolniła już jednego przestępcę seksualnego, argumentując ślicznie, że „niemożność odbywania za kratami stosunków jest dla skazanego zbyt dotkliwym cierpieniem.” Jasne, JEGOwolność seksualna ponad wszystko – o wolności jego ofiar w uzasadnieniu nie wspomniano, bo i po co…

Tak samo w omawianym przypadku z Niemiec, w którym to starszy brat po śmierci rodziców spotkał i pokochał (nie tylko platonicznie) swoją nigdy nie widzianą, lekko tylko upośledzoną siostrę. Z owej wielkiej miłości narodziło się czworo dzieci, z czego tylko dwoje z wadami genetycznymi – ale jakiż to problem w dobie „skutecznej antykoncepcji” i legalnej aborcji? – pytają niemieccy etycy, jedyny problem w tym przypadku widząc w tym, że „bezduszne państwo” wsadziło kochającego braciszka-tatusia za kratki – i krzycząc, że „szczęśliwa rodzina nie może być przestępstwem!”

Warto tu też dodać, że w tym konkretnym przypadku trudno nawet – jak to się często robi w przypadku innych seksualnych odmienności – powoływać się na rzekomą „całkowitą naturalność” takich praktyk, bo, o ile mi wiadomo, zwierzęta mają na ogół dość dobrze działający mechanizm, zabezpieczający przed kopulowaniem osobników pochodzących z jednego gniazda. Nie, nie i jeszcze raz nie. Matka Natura najwyraźniej nie chce takich „pięknych związków” – a kazirodztwo pozostaje ludzką domeną.

Ja tu zresztą widzę więcej problemów, np. możliwość emocjonalnego, seksualnego i materialnego uzależnienia kobiety, która mogła (podkreślam tylko – mogła!) nie w pełni świadomie kierować swoim postępowaniem i z tego powodu chyba nie za bardzo się nadaje na ikonę romantycznej miłości XXI wieku? Ale co ja tam mogę wiedzieć o prawdziwym szczęściu rodzinnym i „nowej, wyższej jakości miłości i związku”, prawda? (Notabene, do tej pory ja, ciemna, nieoświecona parafianka, sądziłam, że w nowym, wspaniałym świecie  WSZYSTKIE układy partnerskie są równie dobre – ale nie, okazuje się, że są wśród nich lepsze i gorsze, równe i równiejsze…)

A że w imię owego prawa do szczęścia jednostek ktoś (ich dzieci) może ponosić niezasłużone cierpienie niepełnosprawności (czy choćby tylko aborcji)? Kto by się tym przejmował? Wszystko to są przecież, jak by powiedział klasyk, nieuniknione koszty postępu – i ktoś je musi ponieść.

Wszak „wolność seksualna über alles” – a kto tego w czas nie pojmie, ten wsteczniak, ciemniak, wróg szczęścia ludzkości i woda na młyn odwetowców z Bonn…

Lewica ma już zresztą wprawę w opowiadaniu nam ckliwych historyjek zbudowanych według schematu – „a gdyby tak pastuszek maleńki zakochał się w kózce, to WY byście od razu pastuszka do więzienia wsadzili, taaak? A kto wie, może z tego związku narodziłyby się małe, śliczne jednorożce – i komu by to przeszkadzało?!”

No, dobrze, celowo trochę przejaskrawiam – ale naprawdę tylko trochę. (Bo tę nieuczciwą argumentację w stylu: „A gdyby to Twoja córka przeżywała traumę gwałtu, a Twój dziadek wył z bólu jak zwierzę, to Ty byś w imię swoich „abstrakcyjnych zasad” zwykłej, ludzkiej POMOCY im odmówiła, tak?!” – zdarzało mi się już słyszeć nie raz, nie dwa i nie dziesięć…I tym prostym sposobem wszyscy ci, którzy z jakiegoś powodu obawiają się majstrowania przy odwiecznych tabu, wyrastają po prostu na zwykłych okrutników i odrażające indywidua, pozbawione empatii – i właściwie mamy ich z głowy…) Bo np. słynny autor „Wyzwolenia zwierząt”, Peter Singer, już zupełnie jawnie postuluje, by dopuścić międzygatunkowe stosunki seksualne, oczywiście „za obopólną zgodą”. Ciekawam tylko, jak profesor wyobraża sobie ową zgodę w przypadku gatunków nie władających ludzkim językiem, bo przyznam, że tak daleko moja wyobraźnia nie sięga…

Ale idźmy dalej – skoro, jak sądzę, NIE DA SIĘ, jednoznacznie udowodnić, że w każdym przypadku  i zawsze zwierzęta doświadczają cierpień ze strony sodomity (bo niby jak to zmierzyć?) – to po cóż utrzymywać nadal w naszej kulturze „niezrozumiałe i krzywdzące” (niektórych) tabu zoofilii? (Proszę mnie nie atakować – ja tak tylko pytam – dla wywołania dyskusji…:))

Do podobnego wniosku doszli już chyba kroczący zawsze w awangardzie postępu Holendrzy, którzy otwierają już nawet specjalne domy publiczne dla amatorów tego typu uciech…

Próby przekonywania nas, że istnieje „dobra” i „zła” pedofilia także już były, nawet na naszym polskim gruncie (albośmy to jacy tacy?:)) – choćby niezastąpiony Kamil Sipowicz, mieniący się „filozofem”, który dowodził, iż pedofile lewicujący, liberalni, są z reguły wrażliwi, delikatni i po prostu „działają w zgodzie ze swoim światopoglądem” – a tylko ci w sutannach brutalnie gwałcą… No, tak, osobiście zawsze podejrzewałam, że jak dziecko molestuje nie ksiądz, tylko np. mamusia (proszę się nie gorszyć, to jest właśnie owo postulowane przez Hartmana „harmonijne połączenie miłości rodzicielskiej z erotyczną”), to dziecka nic a nic nie boli – bo gdzieżby mogło?! 🙁

A na swoich „łamaczy” czekają wciąż jeszcze kolejne tabu. Przecież nawet na tym blogu  padło kiedyś pytanie,  ”co właściwie złego jest w nekrofilii?” (na które, przyznam się ze wstydem, trudno mi było znaleźć „racjonalną” tj. nie odwołującą się do tej przebrzydłej „tradycji” odpowiedź…). No, bo biorąc rzecz logicznie, jeśli nieboszczyk nie cierpi i nie zgłasza sprzeciwu…? Wszak i za tą odmiennością przemawia m.in. argument „historycznej dawności zjawiska”, chętnie podnoszony tak w przypadku zwykłego homoseksualizmu, jak i kazirodztwa czy nawet pedofilii („przecież już starożytni…”, nieprawdaż? A o praktykach z udziałem zwłok, podobnie, jak o „świętych” małżeństwach siostrzano-braterskich, przede wszystkim w rodzinach królewskich – z których zresztą, jak można sądzić z zachowanych artefaktów, niekiedy rodziły się zdeformowane dzieci – donoszą nam już źródła egipskie…)

I to chyba nie przypadek, że właśnie w Niemczech etycy i prawnicy głowili się (pisałam już tu kiedyś o tym) nad sprawą pewnego kanibala, który za zgodą pewnego samobójcy, współżył z nim, a potem zabił go i zjadł… Może zatem czas już zastanowić się nad zasadnością pradawnego zakazu ludożerstwa? Nie? A dlaczego nie? Wszak kulturalnych ludzi żadna dysputa nie brudzi?

Nawet, jeśli skutkiem takiego podejścia do „postępu” miałoby być całkowite zniszczenie podstaw naszej kultury (i w rezultacie mentalny „powrót na drzewa”) – to czyż nie o to w istocie chodzi? Czy ktoś przekonująco udowodnił, że jakakolwiek małpa jest mniej szczęśliwa (ze swoją wolnością seksualną i brakiem jakichkolwiek zauważalnych tabu w tej mierze) niż którykolwiek, skrępowany przez własną cywilizację, przedstawiciel Homo sapiens?

I nawet jeśli pod koniec życia sam nestor „rewolucji seksualnej”, Zygmunt Freud, który w pewnym momencie upatrywał źródła większości nerwic w restrykcjach obyczajowych, zaczął się zastanawiać, czy aby ich całkowite zniesienie nie doprowadzi z kolei do zdziczenia i upadku… Bo kto dziś czyta późnego Freuda? Chyba tylko ja… 🙂

Interesujące jest tylko to, że w przypadku wielu innych równie kontrowersyjnych tematów – jak np. to, czy przyznanie pełni praw (i obowiązków) kobietom NAPRAWDĘprzyniosło im samo tylko dobro, albo, czy zwierzęta poddawane ubojowi rytualnemuNA PEWNO cierpią bardziej, niż te uśmiercane w rzeźniach przemysłowych – nasi koryfeusze postępu, tak rzekomo otwarci na KAŻDĄ rozmowę, wcale jakoś się nie garną do „otwierania dyskusji.”

No, ale w tych przypadkach chodzi przecież o prawa i wartości tak (dla lewicy) nomen omen „bezdyskusyjne”, że tu już naprawdę nie ma nad czym deliberować, nieprawdaż?

A prof. Hartman? No, cóż – w obronie jego i wszystkich niesłusznie prześladowanych kazirodców świata zdecydowała się stanąć tylko – z właściwą sobie bezkompromisowością i odwagą cywilną – profesoressa Środa, stwierdzając błyskotliwie, że przecież biskup-pedofil jest od nich stokroć gorszy…

Jasne – a od obydwu gorszy jest rekin ludojad, jak słusznie zauważył pewien prawicowy publicysta. Tylko co z tego wynika?!