Oszustwo homeopatii.

Dawno, dawno temu, gdy prawie wszystko jeszcze leczono lewatywą, upuszczaniem krwi lub przystawianiem pijawek (co w sumie na jedno wychodzi:)), pewien niemiecki lekarz, Samuel Hahnemann (1755-1843), poszukiwał skuteczniejszego sposobu.

I tak wpadł na pomysł, aby „odświeżyć” starą jak świat myśl: „niechaj podobne leczy podobne” – tzn. aby podawać chorym substancje, które w normalnych warunkach wywołują objawy podobne do tych, na które uskarżają się pacjenci.

Idea pozornie słuszna, coś podobnego wykorzystujemy przecież chociażby w przypadku szczepionek – podajemy osłabiony czynnik chorobotwórczy, aby przy jego pomocy uodpornić organizm na „prawdziwą” chorobę.

Trzeba Hahnemannowi przyznać, że przynajmniej na początku był bardzo ostrożny.

Swoje doświadczenia z początku prowadził tylko na zdrowych ochotnikach, uważając, że włączenie w nie chorych zafałszowałoby wyniki, ponieważ objawy prawdziwej choroby mogłyby być trudne do odróżnienia od tych, wywołanych przez lek.

Nawiasem mówiąc, zasady obserwacji ludzkich „królików doświadczalnych” opracowane przez Hahnemanna były później z powodzeniem wykorzystywane do testowania innych leków – i to jest niezaprzeczalny wkład twórcy homeopatii w historię medycyny. (Homeopaci zauważyli także, że niewielkie dawki nitrogliceryny mogą być pomocne w leczeniu choroby niedokrwiennej serca, chociaż sami nigdy nie stosowali tej substancji w taki sposób).

Skoro jednak w toku dalszych badań zaobserwował on (co, jak sądzę, jest w pełni zgodne ze zdrowym rozsądkiem), że podawanie chorym ewidentnych trucizn nie tylko nie poprawia ich stanu, ale wręcz go pogarsza, wpadł z kolei na nowy pomysł.

Trzeba je nadal aplikować, stwierdził, tyle że w bardzo małych dawkach, tak małych, by nie mogły zaszkodzić – a wówczas pomogą na pewno.

I w tym celu (on, a po nim jego następcy) stworzył całą „naukę o rozcieńczeniach”, która to jest podstawą dzisiejszej homeopatii.

Według standardowej procedury należy wziąć 1 jednostkę „leczniczej” substancji i rozcieńczyć ją w 100 jednostkach rozpuszczalnika (np. wody, cukru, alkoholu, itp.). I tak co najmniej 15-20 razy (bierzemy jedną jednostkę uzyskanego roztworu i rozcieńczamy ją w 100 jednostkach wody, i znowu, i znowu, energicznie przy tym potrząsając naczyniem przez uderzanie nim o sprężyste podłoże, co homeopaci nazywają „dynamizowaniem” lub „potencjonowaniem”), dzięki czemu uzyskuje się w efekcie stężenie produktu końcowego („leku”) określane w homeopatii jako 15C czy 20C.

Trudno w to uwierzyć, ale rozcieńczenia w granicach 12-20C uważane są w homeopatii jeszcze za „wysokie” – homeopaci uważają, że im NIŻSZE stężenie substancji czynnej w preparacie, tym jego działanie jest silniejsze. Dlatego większość dostępnych na rynku „leków” homeopatycznych ma dużo wyższe rozcieńczenia (dla przykładu: popularne Oscillococcinum, reklamowane jako skuteczny lek na grypę i przeziębienie, ma aż 200C). Sam Hahnemann np. zalecał stężenia rzędu 60C dla większości zastosowań.

A co to w praktyce oznacza? Trochę trudno to pojąć (zwłaszcza, że mój humanistyczny umysł nie ogarnia tak wielkich liczb, jak np.  10400 – dziesięć doCZTERECHSETNEJ potęgi!), ale oznacza to, ni mniej ni więcej, że w całym opakowaniu „leku” homeopatycznego możemy nie znaleźć ani JEDNEJ cząsteczki substancji czynnej.

Co więc miałoby w nim „leczyć”? Sam rozpuszczalnik, tj. woda destylowana czy cukier?

Współcześni homeopaci znaleźli jednak sposób, by jakoś ominąć ten problem.

Wymyślili mianowicie teorię „pamięci wody”, według której, rzekomo, rozpuszczalnik „pamięta” (na poziomie cząsteczkowym) to, co było w nim rozpuszczone – i zachowuje w sobie cechy (przede wszystkim lecznicze) tej substancji. Niestety, nie znaleziono dotąd na to przekonujących dowodów.

Jak również, w zasadzie, na skuteczność homeopatii, przekraczającą skuteczność placebo (pacjent WIERZY, że mu coś pomoże, więc pomaga). Mówiąc wprost, w większości przypadków homeopatia po prostu NIE DZIAŁA.

A te przypadki, w których jednak działa, można wytłumaczyć albo efektem placebo (zauważcie, że w zasadzie „leki” homeopatyczne sprzedawane są na błahe dolegliwości, takie jak kaszel, które po pewnym czasie ustępują samoistnie, lub przy niewielkim tylko wsparciu ze strony medycyny) albo – co gorsza – myśleniem magicznym.

Od praktyk z pogranicza okultyzmu niektórzy homeopaci (co jednak trzeba uczciwie przyznać – nie wszyscy) wyraźnie nie stronią. Należą do nich tzw. leki papierowe, gdzie nazwa substancji oraz jej rozcieńczenie napisane jest na kartce papieru i przypinane do ubrania pacjenta, wkładane do kieszeni albo umieszczane pod szklanką z wodą, z której pije pacjent. Używają również leczenia na odległość. (Przykłady podaję za Wikipedią.)

Słyszałam także o tym, że specjalne „formuły” (zaklęcia?) wypowiadane przez laborantów podczas „dynamizowania” roztworu mogą jakoby zwiększać jego moc.

A co homeopaci odpowiadają na zarzuty, że ich terapia nie jest skuteczna? Ano, twierdzą, że z pewnością musiały wystąpić jakieś „blokady w leczeniu”, które je uniemożliwiły.

Współcześnie do najczęściej wymienianych „blokad” – wymienię tylko niektóre – należą:

  • zbyt częste leczenie antybiotykami, kortykosterydami i lekami rozszerzającymi oskrzela. Organizm pacjenta ma być rzekomo zbyt „zatruty” konwencjonalnymi lekami, aby móc się naprawdę „otworzyć” na dobrodziejstwo homeopatii.
  • zbyt liczne szczepienia ochronne niemowląt i małych dzieci. W tym punkcie homeopaci znajdują sojuszników we współczesnych ruchach antyszczepionkowych, choć sami czasami odżegnują się od nich.
  • elektrosmog (masowe zanieczyszczenie falami elektromagnetycznymi, np. pochodzącymi z telefonu komórkowego, anteny satelitarnej, poduszki elektrycznej, ekranu komputera itp.).
  • zbyt rzadkie przebywanie na świeżym powietrzu, siedzący tryb życia w dusznych pomieszczeniach, pasywny ruch (np. jazda samochodem), zła dieta…

Ale uwaga, uwaga – „magicznej sile uzdrawiającej” homeopatii może zaszkodzić zarówno niedostateczna aktywność fizyczna, jak i nadmierny wysiłek, blizny pooperacyjne, obumarłe korzenie zębowe, używki, hazard, nocne życie, nadużycia seksualne, stres, nierozwiązane konflikty międzyludzkie, hałas, a nawet… żyły wodne (o których skądinąd wiadomo, że nie istnieją:)).

Innymi słowy – jeśli homeopatia nie działa, to wina leży z pewnością po stronie pacjenta, nigdy zaś – homeopatii!:)

Środków homeopatycznych używa się także (ciekawe, z jakim skutkiem?) w leczeniu zwierząt domowych – choć, co ciekawe, sam Hahnemann był początkowo raczej sceptyczny wobec takiego pomysłu, stwierdzając trzeźwo, że organizmy zwierzęce zbyt się różnią od ludzkich, aby można było być pewnym efektu.

I byłoby to wszystko, proszę Państwa, nawet zabawne – bo w sumie, co mi do tego, czym jakiś rolnik karmi swoje świnki? – gdyby nie było również takie straszne.

Bo nie dość, że środki homeopatyczne są (w najlepszym razie) mało skuteczne i potwornie drogie (butelka popularnego syropu „homeo” kosztowała mnie niedawno blisko 40 złotych; a tradycyjny lek na kaszel -14 złotych!), to jeszcze był taki czas, kiedy WHO (chyba najbardziej skorumpowana instytucja na świecie) rekomendowała te „leki” w leczeniu naprawdę poważnych chorób, trapiących zwłaszcza biedniejszą część ludzkości, takich jak AIDS czy malaria!

Szacuje się, że w wyniku tego życie mogło stracić nawet 1,5 miliona ludzi! Ale co kogo obchodzą jacyś tam ludzie w jakimś tam Trzecim Świecie…Prawda?

Nawiasem mówiąc, u mojej córeczki homeopatyczny syrop od kaszlu, reklamowany jako „absolutnie bezpieczny i skuteczny dla całej rodziny” – zapisany przez pediatrę – wywołał przed dwoma dniami bolesny rumień na skórze: moje biedne dziecko krzyczało z bólu jak poparzone. Kilka lat wcześniej, kiedy byłam w ciąży z Antosiem (bo lek ten jest, oczywiście, polecany również ciężarnym, jako rzekomo nie mający żadnych działań ubocznych) – ten sam syrop wywołał u mnie bardzo silne torsje. A na uporczywy kaszel (który trwał bez mała 5 miesięcy!) pomógł mi dopiero stary, dobry antybiotyk, podany już po porodzie.

No, cóż, widocznie obie (i ja i Anielka) miałyśmy jakieś „blokady.”:) Nie wiem, możliwe. Wiem jednak na pewno, że już nigdy nie podam tego czegoś mojemu dziecku. I Wam też radzę się upewnić, czy lek, oferowany Wam w przychodni lub w aptece nie jest aby homeopatyczny.

Zob. też: http://srodowisko.ekologia.pl/wywiady/Homeopatia-nie-ma-nic-wspolnego-z-medycyna-wywiad-z-prof-Andrzejem-Gregosiewiczem,16564.html

 Postscriptum: Ale żeby nie było tak, że „czepiam się” tylko medycyny niekonwencjonalnej – ta akademicka też często OBIECUJE NAM o wiele więcej, niż jest w stanie naprawdę zaoferować.

Ostatnio przeczytałam, że jeden z byłych szefów znanego koncernu farmaceutycznego GlaxoSmithKline twierdzi, że około 90 procent(!) wszystkich leków, obecnych na światowym rynku jest skutecznych zaledwie w 50% przypadków. Leki standardowo używane w leczeniu nowotworów skutkują u 30-50% chorych, a te na Alzheimera – tylko u co czwartego pacjenta!

Do tego dochodzi zawsze nieprecyzyjny i zawiły język, jakiego chętnie używa się w tej branży.

Jeśli np. po zażyciu nowego (testowanego) leku 50 pacjentów z tysiąca miało myśli samobójcze, a nawet podejmowało takie próby, to zawsze można napisać, że u 0,5% badanych „wystąpiły niespecyficzne reakcje na lek” – i nikt raczej nie będzie dociekał, co to właściwie oznacza.

Dla porządku tylko dodam, że producenci leków homeopatycznych i tzw. „suplementów diety” (które z reguły też są lekami) nie mają obowiązku przeprowadzania badań klinicznych, dotyczących ich skuteczności.

A wiecie, co się stało z wieloma dawkami niepotrzebnej nikomu szczepionki przeciw „pandemii grypy” (której nie było), zawierającej toksyczną rtęć? Oczywiście, zostały one „zutylizowane” – przez wysłanie ich do Afryki! Znowu ten biedny, Trzeci Świat…

Inna była pracownica branży farmaceutycznej, uhonorowana prestiżową nagrodą Human Rights Award, twierdzi wprost, że „branża ta nie jest zainteresowana wynalezieniem skutecznych leków na raka czy chorobę Alzheimera, lecz raczej utrzymywaniem chorób i zarządzaniem objawami.” Całkowite wyeliminowanie niektórych schorzeń ze świata popsułoby im interes….

(Bez)względna etyka.

Profesor Magdalena Środa jak zwykle nie próżnuje.

Oto w jednym z ostatnich „Wprostów” pochyliła się znowu z właściwą sobie troską nad smutnym losem kobiet – i nad raniącym językiem, używanym w naszym parlamencie.

I byłabym się w stanie nawet z nią zgodzić w tej drugiej kwestii (choć przy okazji ubolewała, że ukrzyżowany Jezus, który, jak odkryła, był MĘŻCZYZNĄ, jest, właściwie niezasłużenie, obiektem wieczystej czci i współczucia – a cierpiące KOBIETY to podobno ani-ani) – bo język naszych polityków rzeczywiście pozostawia wiele do życzenia – gdyby nie to, że nie jestem pewna, czy do jej wrażliwych uszu dotarły także uwagi (z których: „Do domu!!!!” to chyba jeszcze najłagodniejsze), którymi posłowie hojnie obsypywali Kaję Godek, która miała nieszczęście referować obywatelski projekt zmiany ustawy antyaborcyjnej, podpisany przez 400 tysięcy ludzi.

Pani Środa w swoim felietonie łka, że kobiety, które „noszą w sobie ciężko uszkodzony płód”, a potem – czasami – rodzą poważnie upośledzone dzieci, nie są w naszym społeczeństwie obiektem szacunku. Zgoda.

Pani Godek jednak, która – widocznie taki miała „kaprys”, wiadomo, że niektórzy rodzice, a osobliwie katolicy, są aż tak nienormalni, że o niczym innym wprost nie marzą, tylko aby mieć „poważnie uszkodzone” dziecko – urodziła synka z Zespołem Downa (co pani etyk nazywa wdzięcznie „krzyżem” i tylko krzyżem) – mimo, że jest kobietą, nie zasłużyła na ani jedno cieplejsze słowo z jej strony.

Nie. Ona wszak jest „antyaborcjonistką” – a wiadomo, że takie to samo zło wcielone…

Interesujący wydaje mi się zresztą sam pomysł – coraz popularniejszy niestety – eliminacji cierpienia z tego świata poprzez eksterminację cierpiących.

Tego typu logikę zaprezentowała też w Sejmie inna feministka, Agnieszka Graaf, podstępnie pytając posłów, czy wiedzą, ile w Polsce wynosi zasiłek pielęgnacyjny.

Zrozumiałabym, gdyby (w ramach współczucia dla zbolałych matek Polek) ona i jej koleżanki lobbowały jednocześnie za jego podniesieniem. Ale nie. Dla nich był to wyłącznie kolejny argument za tym, by tym nieszczęsnym stworzeniom pozostawić jednak możliwość pozbycia się zawczasu tego „problemu”. No, proszę, jakie litościwe.

Sęk w tym, że – w prostym rachunku ekonomicznym – aborcja czy eutanazja ZAWSZEbędą wygrywać ze specjalistyczną opieką (taką np. jak hospicja perinatalne, które są w Polsce tylko dwa) i rehabilitacją.

Sądząc z tego, że dzieci z Zespołem Downa (których na świecie najbardziej dotykają przepisy o „aborcji eugenicznej” – ponad 90% takich „wybrakowanych płodów” jest unicestwianych przed narodzeniem, w niektórych krajach nawet w 35-37 tygodniu ciąży; i niech mi nikt nie wmawia, że i wtedy to jest dobroczynny dla dziecka zabieg, który oczywiście nic a nic nie boli…) i innymi wadami genetycznymi będzie raczej przybywać, a nowoczesne terapie są coraz bardziej kosztowne – nie wróżę z tego świetnego rozwoju medycyny w przyszłości.

Nie ma pacjenta – nie ma leczenia – nie ma problemu…

Oczywiście, sądzę – pisałam już tu kiedyś o tym (zob. „Wokół całkowitego zakazu aborcji.”) – że prawny zakaz jest OSTATNIĄ (a nie pierwszą!) rzeczą, jaką należałoby zrobić. O wiele ważniejsze jest tworzenie odpowiedniej atmosfery wokół dzieci niepełnosprawnych i ich rodzin.

Atmosfery tej wszakże nie poprawi przedstawianie ich życia wyłącznie jako pasma mąk czyśćcowych.

Jak to napisała Anna Sobolewska, matka dorosłej już dziś Celi z Zespołem Downa:„Miałam już dość czytania obrzydliwych reportaży o zaślinionych downach i ich udręczonych matkach.” oraz: „Nikt, zupełnie nikt, nie potrafił mi podać choć jednej zalety posiadania takiego dziecka.”

Proszę Państwa, ja WIEM, że dla rodziców dziecko niepełnosprawne to nie musi być wyłącznie „dopust boży” i ogromne nieszczęście, jak to sugerowali posłowie. Wiem. Sama byłam takim dzieckiem (mimo, że i moim rodzicom życzliwie sugerowano czasem, że „powinni byli gdzieś mnie oddać” – jakbym była parasolem…).

Dziecko, nawet niepełnosprawne, nigdy nie jest przede wszystkim „krzyżem.” Zawsze najpierw jest po prostu dzieckiem.

Ale właściwie nie o tym chciałam. O aborcji i eutanazji było tu już aż nadto.

Znacznie bardziej zaciekawiła mnie koncepcja moralności, jaką najwybitniejsza polska feministka prezentuje w omawianym felietonie.

Otóż oburza się w nim na jedną z posłanek, która miała czelność powiedzieć w sejmowej debacie, że „w sprawach moralnych nie ma kompromisu” – i poucza ją mentorskim tonem: „Kompromisu to nie ma w matematyce, pani poseł. W sprawach moralnych, jak najbardziej.”

No, proszę. A ja, głupia, ciemna parafianka, zawsze myślałam, że moralność, etyka to jednak (podobnie jak logika) dziedziny dosyć „zerojedynkowe”: ALBO uważamy coś za dobre, ALBO za złe. Oczywiście, możemy się różnić w tych ocenach – dla jednych np. aborcja to będzie „podstawowe prawo człowieka” (a więc zasadniczo coś pozytywnego) – a znów dla innych – „mordowanie niewinnych.”

Ewentualna przestrzeń kompromisu dotyczy raczej rozwiązań praktycznych i prawnych – np. możemy zgadzać się co do tego, że zdrada małżeńska jest czymś złym, ale „przyzwalać” (zgadzać się) na to zło w sensie jego niekaralności.

Albo inny przykład, bliższy, jak mi się zdaje, kobiecemu sercu pani Środy. Jedni, do których i ja się zaliczam, będą twierdzić, że „gwałt małżeński” jest zawsze gwałtem – a inni, że to tylko”obowiązek małżeński.”

Ciekawam bardzo, jak pani filozof wyobraża sobie „kompromis moralny” pomiędzy tymi dwoma stanowiskami…

Na zdjęciu: Kaja Godek (masochistka?:)) z „krzyżem.” Obrazek pasyjny.:)

Postscriptum: Zastanawia mnie, dlaczego matką zastępczą tej rocznej dziewczynki, która urodziła się, jak to elegancko określono „z całym zestawem wad genetycznych” (i którą jej biologiczna matka porzuciła w szpitalu, bo widocznie nie czuła się na siłach wychowywać „takiego” dziecka) została właśnie kobieta, która ma już kilkoro własnych dzieci, w tym jedno z porażeniem mózgowym.

Siłaczka? Cierpiętnica? Nie wydaje mi się.

Sądzę raczej, że – znając już rzecz z autopsji – ona właśnie WIEDZIAŁA, że „takie dziecko” to jeszcze nie koniec świata. Że to po prostu dziecko, potrzebujące przede wszystkim miłości, jak inne.

Natomiast obawiam się, że – w miarę zwiększania się liczby aborcji eugenicznych na świecie – strach przed „takimi dziećmi” będzie jeszcze wzrastał. Przecież wiadomo, że ludzie najbardziej boją się tego, czego nie znają…

Egzamin z empatii.

Muszę przyznać, że z uczuciem niejakiej przykrości słuchałam wypowiedzi prymasa Polski, arcybiskupa Kowalczyka na temat skandalu pedofilskiego na Dominikanie, o który podejrzewani są duchowni pochodzący z naszego kraju.

Proszę mnie dobrze zrozumieć – ja WIEM, że takie sprawy są zazwyczaj wyolbrzymiane przez media i wykorzystywane do ataków na Kościół katolicki (98 księży na 100 to NIE SĄ PEDOFILE, a jednak gwarantuję Wam, że na czołówkach wszystkich informacji znajdziecie właśnie tych pożałowania godnych dwóch – o występkach duchownych innych wyznań i religii zaś z reguły nie usłyszycie wcale – czyżby takowych w ogóle nie było? Jakoś nie chce mi się w to wierzyć…) – i że Kościół MUSI stosować „domniemanie niewinności” wobec swoich pracowników.

Zdarzają się przecież – choć nie wiem, jak często – fałszywe oskarżenia, powodowane chociażby biedą (zwłaszcza wobec możliwości otrzymania wysokich odszkodowań, jak to miało miejsce w USA), chęcią zemsty, zbiorową psychozą, czy też jeszcze innymi przyczynami.

A jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że choć od strony czysto formalnej ksiądz arcybiskup miał rację, mówiąc, że „w Kościele nie ma odpowiedzialności zbiorowej”, a winę za to, co uczynił, ponosi konkretny człowiek, a nie cała szacowna instytucja – to jednak NIE MIAŁ jej od strony czysto ludzkiej, a nawet teologicznej.

Przede wszystkim, warto pamiętać, że podejrzani księża NIE WYBRALI SIĘ na Dominikanę jako „osoby prywatne” (jak zdawał się sugerować ksiądz arcybiskup), w ramach urlopu, incognito, lecz – niestety – jako misjonarze, przedstawiciele swego zakonu i Kościoła.

Poza tym, gdyby nawet przyjąć widzenie Kościoła jako „zwyczajnego przedsiębiorstwa”, korporacji, w której każdy odpowiada sam za siebie (co zresztą zawsze stanowczo odrzuca papież Franciszek) – to czy unieważnia to takie ustępy Pisma Świętego, jak:

„[W Kościele], gdy cierpi jeden członek, współcierpią wszystkie inne członki; podobnie gdy jednemu członkowi okazywane jest poszanowanie, współweselą się wszystkie członki. Wy przeto jesteście Ciałem Chrystusa i poszczególnymi członkami.” (1 List św. Pawła Apostoła do Koryntian) lub „Jeden drugiego brzemiona noście.” (List do Galatów 6,2)?

Jezus powiedział także, aby „nie gardzić żadnym z tym z tych małych” (Ewangelia według św. Mateusza) oraz – On, zawsze taki łagodny i wyrozumiały wobec ludzkich słabości! – że tych, którzy staliby się powodem zgorszenia dla dzieci, należałoby utopić w morskich głębinach…

Nie wierzę, by abp Kowalczyk sam tego wszystkiego nigdy nie czytał i nie nauczał.

Wobec powyższego lekceważące uwagi hierarchy na temat „jakichś tam dzieci na  Dominikanie” i o tym, że to (rzekomo) „nie jest nasza – Kościoła w Polsce – sprawa” uważam za wysoce niestosowne.

Zresztą, skoro – przyjmijmy na chwilę taki nieewangeliczny punkt widzenia! – grzechy poszczególnych członków Kościoła liczą się tylko na ich własne konto, to z jakiej racji dobro, jakie czynią niektórzy z nich (jak choćby ks. Jacek Stryczek czy s. Małgorzata Chmielewska) miałoby z kolei opromieniać CAŁY Kościół?

Nie, nie, nie. Ja się na to nie zgadzam! To ZAWSZE są nasze małpy i nasz cyrk. Obojętnie, czy rzecz dzieje się w Polsce, czy gdziekolwiek indziej.

I dlatego sądzę, że korona nie spadłaby księdzu arcybiskupowi z głowy, gdyby PO PROSTU powiedział, że jest mu przykro, jeśli takich rzeczy gdzieś na świecie dopuszczają się nasi rodacy – i że będzie się modlił zarówno za nich, jak i za ich ofiary.

Czy cokolwiek tam jeszcze „kapłańska poprawność polityczna” nakazuje powiedzieć w podobnych wypadkach. Na pewno natomiast ten stary, watykański dyplomata nie zachował się… dyplomatycznie, widząc w zwykłym pytaniu dziennikarzy o ewentualną pomoc dla wiernych na Dominikanie tylko „atak na Kościół.”

Przecież nikt nie każe mu się zobowiązywać do wypłacania odszkodowań – ani do niczego innego zresztą. Chodziłoby raczej tylko o zwykłe, ludzkie współczucie.

Takie, jakie na szczęście miał odwagę okazać Sekretarz Generalny Komisji Episkopatu, biskup Wojciech Polak – który, chyba po raz pierwszy w historii Polski (sic!), głośno i wyraźnie przeprosił za te nadużycia. Oby jak najwięcej takich kapłanów!

Niestety, zdarzają się ciągle i inni, tacy, którzy incydent na Dominikanie próbują tłumaczyć tamtejszym… gorącym klimatem!

Oczywiście, to prawda, że w krajach latynoskich – podobnie jak w Azji – jest jakby „większe społeczne przyzwolenie” na seks z nieletnimi (i stąd cała rozwinięta w tych kierunkach seksturystyka) – niemniej nie powinno to stanowić żadnego usprawiedliwienia dla księdza, który przecież ślubował życie w celibacie, a także powinien był tej młodzieży świecić przykładem…

Tak samo, przyznaję, że coraz trudniej mi przychodzi zrozumieć „politykę personalną” ks. biskupa Henryka Hosera – który nie miał najmniejszych trudności z usunięciem z probostwa ks. Lemańskiego ze względów „dyscyplinarnych” (od razu mówię, że sądzę, że i ks. Wojciech nie ma najłatwiejszego charakteru, a jego wypowiedzi bywają nierzadko kontrowersyjne!) – natomiast znacznie dłużej zajęło mu „dogłębne rozważenie” kwestii, czy na proboszcza nadaje się kapłan, który już nie tylko był „podejrzewany” o czyny lubieżne, ale nawet za nie skazany prawomocnym wyrokiem…

No, cóż – zapewne, dopóki ów nie wypowiadał się w mediach (co ks. Lemański robi wręcz z przesadnym upodobaniem…) – wielkiej szkody wierze nie czynił?

Postscriptum: Wczorajsze, podobno, przejęzyczenie arcybiskupa Michalika, dotyczące tego, że to niekiedy zagubione dziecko samo „wciąga” dorosłego w tego typu kontakty, pokazuje przede wszystkim, jak dużo jeszcze nasi hierarchowie muszą się nauczyć w mówieniu o tej jakże delikatnej kwestii.

Nawet, jeśli rzeczywiście był to tylko „lapsus językowy” (choć obawiam się, że w głębi duszy wielu, zwłaszcza starszej daty, duchownych naprawdę sądzi, że dziecko jest w tej sytuacji jakoś „współwinne”, bo może – nawet nieświadomie – „sprowokowało” dorosłego), biskupi powinni wiedzieć, że czujne media tylko czyhają na każdą taką niezręczność.

Inna sprawa, że arcybiskup miał sporo racji, zauważając, że często początkiem takich historii jest osamotnienie dziecka w rodzinie (polecam w tej kwestii świetną książkę Margaux Fragoso „Zabawa w miłość” – bardzo smutną historię dziewczynki, którą, tak naprawdę, „interesował się” tylko pedofil). Ale tego, obawiam się, nikt już nie miał szansy usłyszeć przez medialny krzyk, jakoby „Kościół obwiniał ofiary.”

Na tym tle bardzo pozytywnie należy ocenić naprędce zwołaną tego samego dnia konferencję prasową. Kościół (w Polsce) musi się wreszcie nauczyć rozmawiać z mediami, a nie tylko do nich „przemawiać” z wysokości ambony.

Postscriptum 2: Niemniej warto zauważyć, że i tzw. „druga strona debaty” nie grzeszy subtelnością, nie tylko językową – ostatnio na łamach „Gazety Wyborczej” znów zabłysła nią prof. Środa, która komentując niezbyt fortunną może wypowiedź arcybiskupa o tym, że winę za „seksualizację dzieci” ponoszą w jakiejś mierze także feminizm i ideologia gender (w tym kontekście przypomina mi się wprowadzany pilotażowo do przedszkoli program edukacji seksualnej, który nakazuje już 4-latki szkolić w masturbacji, na przykład), odparowała złośliwie (ale niezbyt mądrze!), żeprzyczyną pedofilii jest religijne wychowanie dzieci i „tradycyjna” (to znaczy jaka, pani profesor?) rodzina. Rozumiem zatem, że mając na przykład opiekunów jednej płci, dzieci NIGDY nie padają ofiarą przemocy czy molestowania? O, nie, nie! Zapomniałam, że to się przecież zdarza tylko tym brzydkim, patriarchalnym heterykom – a jeśli już gejom, to TYLKO wtedy, gdy poza tym są księżmi…

Pogratulować głębi filozoficznego rozumowania…

W ogóle zadziwia mnie pewna widoczna nierównowaga w traktowaniu zjawiska męskiej i kobiecej pedofilii.

W ostatnich dniach media uraczyły nas dwiema bliźniaczo podobnymi historiami – w jednej 14-latka zaszła w ciążę z księdzem, w drugiej zaś – trzydziestoparoletnia nauczycielka urodziła dziecko również 14-letniemu uczniowi.

Pierwszy przypadek został bez żadnych wątpliwości okrzyknięty „kolejnym obrzydliwym czynem pedofila w sutannie” – w drugim zaś rozwodzono się na temat „zakazanej miłości” i „romantycznej historii”, w której to podobno uparty gimnazjalista „uwiódł” dorosłą kobietę.

Jakoś nie słyszałam słów powszechnego oburzenia na takie postawienie sprawy.

Głos zabrała nawet sama Dorota Zawadzka („Superniania” od sześciolatków i margaryny) – stwierdzając autorytatywnie, że ta kobieta może i zachowała się niewłaściwie, ale z pewnością nie jest „pedofilką.” Niedowiarkom zaś radziła zajrzeć w tej sprawie do „źródeł.”

Nie wiem, jakie to źródła miała na myśli ta wybitna polska pedagog (psycholog?), ale wiem, że nasze prawo określa przestępstwo „pedofilii” jako podejmowanie zachowań o charakterze seksualnym z osobą niepełnoletnią poniżej lat piętnastu – bez różnicy płci.

Seksuologia zaś definiuje pedofilię jako czynności seksualne z osobą która nie weszła jeszcze w wiek dojrzewania płciowego. Seks z pokwitającym nastolatkiem, co także częściowo wchodzi w prawną definicję „zachowań pedofilskich”, niekiedy bywa nazywany „efebofilią”- co jednak część badaczy odrzuca, widząc w tym rozróżnieniu nazw próbę rehabilitacji tej ostatniej.

Gdybyśmy jednak pozostali przy podstawowej definicji, to specjaliści są zgodni co do tego, że chłopcy dojrzewają (nie tylko fizycznie!) przeciętnie o 2-3-lata później, niż dziewczynki.

Jestem więc w stanie zaryzykować twierdzenie, że o ile 14-latka może, w pewnych okolicznościach (i kulturach!) być już prawie dorosłą „młodą kobietą”, o tyle 14-letni chłopiec będzie prawie na pewno jeszcze dzieckiem.

Dlaczego więc na siłę upierać się że jest odwrotnie – i że o ile dziewczynka była (w to wierzę!) tylko bezbronną ofiarą, o tyle chłopiec był już „młodzieńcem” który całkiem świadomie i dobrowolnie zaangażował się w „romans” (sic!) z dużo starszą od siebie kobietą?

Dlaczego? Bo kobieta NIE MOŻE być pedofilką? Z definicji? Jakiej definicji?

Nic nie poradzę też na to, że stale jakoś przypomina mi się casus Agnieszki Holland, która broniąc Romana Polańskiego (który, przypomnijmy, wiele lat temu odurzył alkoholem i narkotykami 13-letnią dziewczynkę, a następnie ją zgwałcił), stwierdziła, że tak właściwie, to ta mała to była „zawodowa prostytutka” (sic!), która doskonale wiedziała, po co tam idzie…

Na to też nikt się jakoś szczególnie nie oburzył.

No, więc, jak to jest? Dzieci czasami „uwodzą”, czy jednak nie?

Proszę mnie dobrze zrozumieć: uważam, podobnie jak pewien publicysta jednego z prawicowych tygodników, że wcale nie potrzebujemy „szczególnego traktowania” dla Kościoła w sferze publicznej. Wypadałoby jednak mierzyć wszystkich jedną miarą.

I jeszcze jeden dopisek (z dnia 29.10.2013 roku): Wczoraj arcybiskup Michalik powiedział, że „pedofilia w Kościele to tylko pretekst, żeby zniszczyć autorytet biskupów u wiernych.”

I pomyślałam, że aby można było „zniszczyć” czyjś autorytet, to trzeba go najpierw mieć. Mam nadzieję, że ksiądz arcybiskup jest najzupełniej pewny, że takowy posiada?

Po drugie, jak pokazuje choćby przykład Prymasa Tysiąclecia, PRAWDZIWY autorytet zniszczyć wcale nie tak łatwo.

Po trzecie wreszcie, nawet, jeżeli to wszystko to rzeczywiście tylko „pretekst”, to do ludzi Kościoła należy, żeby takich pretekstów nikomu nie dawać…

***

Doprawdy, muszę wyznać ze smutkiem, że coraz trudniej mi przychodzi „kochać Kościół” (we wszystkich jego członkach) taki, jaki on jest w Polsce. Bo jakoś nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jest to jednak trochę INNY Kościół, niż ten, którego pragnie papież Franciszek.

Najpierw mieliśmy „dzieci, które wciągają dorosłych”, teraz znów jakiś idiota opowiada, że słyszał o „dzieciach, które same wchodziły do łóżek dorosłych, poszukując zaspokojenia.”

Ciekawostka, gdzie ów ksiądz powziął taką wiedzę – bo jeśli podczas spowiedzi (pedofilów lub tych dzieci) to TYM BARDZIEJ nie powinien był bez pomyślunku kłapać dziobem.

To prawda, że nie trzeba wcale – co z upodobaniem czynią niektórzy nasi biskupi –  po dawnemu ciągle szukać „wrogów Kościoła” gdzieś na zewnątrz. Najgroźniejsi są ci, którzy są w środku… Niestety.