Mniej więcej w I w. n.e. szybko rosnące Cesarstwo Rzymskie zaczęło odczuwać pierwsze braki „rąk do pracy” – czemu np. Oktawian August próbował przeciwdziałać poprzez swoistą „politykę prorodzinną.”
Sławiono małżeństwo, wielodzietność a nawet wprowadzono specjalny przepis „emancypacyjny” – Rzymianka, która dała „państwu” trzech synów, mogła odtąd występować oficjalnie bez opiekuna prawnego.
Jednocześnie z rozszerzaniem granic, Imperium podjęło wysiłki zmierzające do odgrodzenia się raz na zawsze od wrogich „barbarzyńców”, budując na granicach całe ciągi umocnień i obsadzając je legionami. (Podobnie zresztą uczynili w swoim czasie Chińczycy, wznosząc Wielki Mur).
Już z początkiem III wieku stało się jednak jasne, że wszystkie te wysiłki są dalece niewystarczające. Wielkie podboje skończyły się – strumień świeżych, tanich niewolników przestał płynąć. Próbowano się więc ratować przywiązywaniem chłopów do ziemi, zezwalaniem „w drodze wyjątku” na przyjmowanie barbarzyńców do armii, a w końcu – pozwoleniami na osiedlanie całych plemion w bezpiecznych, rzymskich granicach.
I kiedy z końcem IV wieku zaczęła się epoka wielkich najazdów, okazało się, że nie bardzo jest komu bronić starego Imperium, ponieważ po obu stronach znajdują się często ludzie władający tym samym językiem…
I kiedy tak rozważam te historyczne wypadki, nieodparcie przychodzi mi na myśl analogia ze starzejącą się, sytą Unią Europejską. Na razie jeszcze jej kraje starają się bronić (nie zawsze cywilizowanymi metodami) przed napływem „nielegalnych imigrantów” z innych kontynentów – choćby ustawiając większą liczbę uzbrojonych strażników na swoich zewnętrznych granicach.
A jednak i oni będą musieli w końcu skapitulować, ponieważ prędzej czy później zabraknie tu rąk do pracy. A wówczas, cóż – nasza wspaniała cywilizacja przeminie, tak, jak wcześniej przeminęło Imperium Rzymskie.
Wiek XX bezsprzecznie należał do USA (a Europa, nawet „zjednoczona”, z trudem starała się dotrzymać Ameryce kroku). Dziś już wiadomo, że gospodarka Chin „dogania” Japonię, a niezadługo zapewne przegoni i Stany Zjednoczone.
Wydaje się zatem, że przyszłość należy nieodwołalnie do „Chińskiego Smoka” (niezależnie od tego, jak bardzo my-Europejczycy jesteśmy dumni ze swoich cywilizacyjnych osiągnięć…), którego cień już majaczy na horyzoncie.
Czy sądzicie, że dziś już nic nie możemy uczynić – i pozostaje nam jedynie biernie czekać na „wyrok Historii”?