Poligamia wyzwolona?

Jestem świeżo po lekturze wstrząsającej książki Irene Spencer, kobiety, która – sama wychowana w rodzinie poligamicznej – przeżyła 28 lat jako jedna z dziesięciu żon swego męża, rodząc mu trzynaścioro dzieci.

Opisuje ona życie w niepewności (bo cała ta ogromna rodzina musiała się ciągle przeprowadzać) i biedzie, ale nade wszystko w wielkim emocjonalnym cierpieniu i braku prywatności.

Od dobrej mormonki wymagano, by asystowała przy kolejnych ślubach swego małżonka, z uśmiechem oddając mu rękę następnej wybranki. Kobietom wpajano, że zazdrość o męża jest bardzo ciężkim grzechem, a pomiędzy żonami winna panować zgoda i siostrzana miłość.

Wbrew więc temu, co się może niektórym wydawać, także nasza współczesna „poliamoria” wcale nie jest nowym wynalazkiem. Nihil novi sub sole. Różnica polega tylko na tym, że w poligamii albo mężczyzna może mieć wiele żon, albo kobieta wielu mężów (mówimy wówczas o poliandrii), natomiast poliamoria daje prawo do posiadania więcej, niż jednego partnera obojgu płciom.

Poliamoria, lub inaczej polyamory, to określenie stworzone w oparciu o grecko-łacińskie sformułowanie oznaczające wiele miłości. Słowo to (często skracane do poli) czasami tłumaczy się także jako „wielomiłość” lub „wielokochający.” Związki tego typu opierają się na romantycznych i seksualnych relacjach więcej niż dwóch osób w tym samym czasie za zgodą i wiedzą wszystkich zainteresowanych.

Układy poliamoryczne mogą być bardzo zróżnicowane, odzwierciedlając wybory i filozofie zaangażowanych osób. Czasami są to trójkąty. Może to być również małżeństwo, gdzie każdy z małżonków ma swojego jednego lub więcej dodatkowych partnerów. Ci z kolei również mogą być zaangażowani w kolejne związki.  I tak dalej, i tak dalej… Możliwe są właściwie wszelkie konfiguracje, również pod względem płci, gdyż „wielokochający” mogą być zarówno homo- jak i hetero- czy biseksualni.

Poliamoryści twierdzą, że ich związki opierają się przede wszystkim na miłości (W odróżnieniu od par „swingujących”, którym ma chodzić głównie o seks). Ich zdaniem prawdziwie kochać można więcej niż jedną osobę, a skoro tak, to nie ma żadnego powodu ograniczać się do związku monogamicznego, gdy swoją miłością można obdzielić tak wielu ludzi. Inne ważne aspekty to wzajemne zaufanie, szczerość (czyżby tego ideału nie dało się osiągnąć w „nudnym” układzie 1+1?), równouprawnienie wszystkich członków związku, a przede wszystkim brak zazdrości o innych partnerów naszego ukochanego.

I choć dla niektórych takie rozwiązanie wydawałoby się na pierwszy rzut oka idealne (nie ma zdrad, zazdrości, rozwodów – gdy chcesz się związać z jakąś osobą,to po prostu to robisz…) to tego typu związki wcale nie są łatwiejsze od tych monogamicznych, a być może nawet trudniejsze. Wymagają o wiele więcej czasu i energii. Borykają się także z własnymi kłopotami

„Mam tak od kilku lat – pisze Ewa – Na początku było trudno – pojawiła się zazdrość, jednak poradziliśmy z tym sobie. Niewątpliwie jednak taki związek trudniej utrzymać w dobrej kondycji. Ilość problemów należy pomnożyć przez ilość zainteresowanych osób.” – pisze Anita Zasońska  na portalu www.matkapolka.pl

Bardzo w to wierzę – Irene Spencer pisała, że mimo tego, że od dziecka wpajano im, że to poligamia jest dobra i naturalna, a nawet „wyzwala” kobiety – ponieważ kobieta może poślubić każdego mężczyznę, który jej się podoba, nie przejmując się tym, że ów jest już żonaty (oczywiście za zgodą poprzednich żon) – a zazdrość i związana z nią monogamia jest godna piekła ognistego, nie potrafiła się wyzbyć dojmującego pragnienia posiadania męża „tylko dla siebie.” Być może nie jest to zatem kwestia jedynie społecznych i kulturowych uprzedzeń wobec poliamorii?

Trudno mi sobie np. wyobrazić męża, który – angażując się zgodnie ze swoim „świętym prawem” – w kolejny związek uczuciowy, wyjeżdża na umówione spotkanie z kolejną swoją wybranką/wybrankiem – a ja, jako kochająca żona, powinnam się tylko cieszyć z tego, że mój ukochany jest aż tak bardzo zdolny do „miłości”, mimo że dziecko mi gorączkuje, a zlew przecieka? Bo przecież chyba nie mam prawa wymagać szczególnych „względów” dla siebie, ani ograniczać go w jakikolwiek sposób?:)

Współcześni poliamoryści zresztą również zdają się dostrzegać ten problem, twierdząc, że związek, złożony z więcej niż 6-8 osób, „rodzi już zbyt wiele komplikacji.”  Może więc ta „wyzwolona poligamia” nie jest znów aż tak bardzo wyzwolona?:)

Czytałam kiedyś o podobnie nowoczesnej „Rodzinie” J.P Sartre’a, do której zresztą „naganiała” nowe osoby płci obojga jego długoletnia „stała” partnerka. Otóż ona na łożu śmierci wyznała, że być może robiła to wszystko jedynie po to, by JEGO zadowolić – i być może nawet nie był to najlepszy sposób życia, jaki można było wybrać (tym bardziej, że jedna z młodych kobiet, zaangażowanych w ten nowatorski „projekt społeczny” popełniła w końcu samobójstwo…).

Jeśli o mnie chodzi, to zgadzam się w zupełności z Irene Spencer, która napisała że ta głęboka, ludzka potrzeba absolutnego połączenia z jedną osobą nie jest zła i nie zasługuje na potępienie.” W innych układach, jak mi się wydaje ZAWSZE prędzej czy później ktoś będzie cierpiał, mniej lub bardziej. (Choćby to była tylko jedna osoba, która „nie byłaby w stanie” docenić zalet ofiarowanej jej wielomiłości…) I niech będzie, że tym razem jestem trochę „nietolerancyjna.”

 
  

 

O, roku ów…

„Kto ciebie widział w naszym kraju?” JA – tylko jedną taką wiosnę miałam w życiu…

Nie jestem z natury skłonna do wiary w teorie spiskowe i apokaliptyczne wizje, niemniej ten zbieg niezwykłych wydarzeń w tym roku jest zastanawiający… Najpierw katastrofa samolotu, potem wybuch wulkanu na Islandii, a teraz wielka powódź…

I jeszcze z niewyjaśnionych przyczyn zniknął pas Jowisza.

 

A swoją drogą… Ponieważ wiadomo, że ludzie nader chętnie budują się w pięknych okolicach nadrzecznych – z tego samego powodu, dla którego osiedlają się na żyznych zboczach wulkanów: zawsze liczą na to, że MOŻE będą mieli szczęście i nic złego ich nie spotka – chciałabym, żeby wreszcie nauczyli się, że to przede wszystkim oni sami (a nie mityczny „Rząd”) są odpowiedzialni za własny dobytek – i zaczęli się przynajmniej ubezpieczać… Bo rzeki „duszą się” zamknięte wewnątrz naszych osiedli, zamiast, jak dawniej, rozlewać się swobodnie. 

Ale naprawdę nic nie poradzę na to, że mi się to jakoś dziwnie kojarzy z dwoma tekstami biblijnymi. (To nawet nie jest żadna konkretna myśl, to po prostu takie delikatne łaskotanie tuż pod korą mózgową…:))

Słowo Pana, które skierował do proroka Joela, syna Petuela: Słuchajcie tego, starcy, i nakłońcie uszy, wszyscy mieszkańcy kraju; czy stało się to za dni waszych lub za dni waszych przodków?Powiedzcie to synom waszym, a synowie wasi niech powiedzą swoim synom, a synowie ich następnym pokoleniom. Co pozostało po gazam, zjadła szarańcza, a co pozostało po szarańczy, zjadł jelek, a co pozostało po jelek, zjadł chasil… (Jl 1, 1-4)

(Gazam, jelek i chasil to najprawdopodobniej gatunki owadów, przypominających szarańczę…)

A oto Pan przechodził. Gwałtowna wichura rozwalająca góry i druzgocąca skały [szła] przed Panem; ale Pan nie był w wichurze. A po wichurze – trzęsienie ziemi: Pan nie był w trzęsieniu ziemi. Po trzęsieniu ziemi powstał ogień: Pan nie był w ogniu. A po tym ogniu – szmer łagodnego powiewu… (1 Krl 19,11-12)

Mezalianse, mezalianse….

Oczywiście, to zapewne prawda, że „podobne przyciąga podobne” i najlepiej, gdy partnerzy odpowiadają sobie pod każdym względem – wychowania, kultury, statusu społecznego. A przeciwieństwa, jeśli się przyciągają, to raczej tylko na krótką metę.

Ogólnie jest chyba tak, że większość z nas (choćbyśmy się nie wiem jak zarzekali, że jest inaczej!) najwyżej ceni tych, którzy są do nas podobni. Śmiem twierdzić, że biały chłopak w Harlemie wcale nie zostałby powitany cieplej, niż jego ciemnoskóra dziewczyna w domu jego konserwatywnych rodziców…

Wydawałoby się, że w naszych liberalnych czasach pojęcie „mezaliansu” powinno już dawno odejść do lamusa, a jednak…

Zdarzają się rodziny, gdzie „grzechem” jest wyjść za osobę z innego regionu kraju, o innym statusie materialnym czy poziomie wykształcenia, a nawet pochodzącą ze „złej” rodziny (dziecko alkoholika czy samobójcy). Problemem może być też odmienny od „normalnie przyjętego” światopogląd – i to zarówno w przypadku rodzin ateistycznych, jak i głęboko religijnych – albo… różnice w przekonaniach politycznych. Wciąż ostrzegani jesteśmy przed związkami z rozwodnikami – albo byłymi duchownymi. 😉 Problemem może być wiek, wzrost, tusza, nazwisko a nawet…kolor włosów. („Synku, rude są wredne!”:)) Najlepiej zatem ABSOLUTNIE NICZYM SIĘ NIE WYRÓŻNIAĆ…:)

O tej prastarej potrzebie znalezienia kogoś „z naszej sfery” mówi nawet rosnąca popularność profili randkowych i różnego typu „partnerskich testów osobowości.” Cóż to jest, jeśli nie elektroniczna forma starej, dobrej swatki?:)

Inna sprawa, że nasze czasy (poczynając od XIX w.) wmówiły nam, że „prawdziwa” miłość to TYLKO ta gwałtowna jak burza z piorunami.  Wcześniej zdecydowaną większość małżeństw zawierano kierując się raczej „rozumem” niż sercem – i nie da się powiedzieć, że wszystkie były ZŁE i niedobrane. Obecnie zaś większość małżeństw zawiera się (podobno) „z wielkiej miłości” – i co, i wszystkie są takie szczęśliwe?