Kilka uwag o życiu „godziwym.”

„Godne życie” – ten termin robi iście zawrotną karierę w różnych dyskusjach, poczynając od tematów ekonomicznych („ile dziś w Polsce potrzeba na godne życie?”) , a kończąc na prawie do aborcji i eutanazji („przecież to dziecko i tak nie ma szans na godne życie!”)

Jestem niepełnosprawna, więc służę Wam informacją: przeciętna renta wynosi 600-800 złotych. To za dużo, żeby umrzeć, a za mało, by żyć.;)

A jeszcze co roku ZUS każe mi podpisywać oświadczenie, że „pozostaję przy życiu”! To dopiero narusza moją „godność”! (Notabene, pensja urzędniczki, która się zajmuje potwierdzaniem prawdziwości tych zaświadczeń, wynosi z pewnością więcej, niż moja renta – a mimo to JEJ  nikt nie każe składać takich upokarzających deklaracji…) Ale myślę, że ostatecznie nasza GODNOŚĆ nie zależy od tego, co się posiada, tylko od tego, kim się JEST. Dlatego w naprawdę ciężkich czasach nie wstydziłam się poprosić o 10 deko sera czy wędliny w sklepie, a zamiast kupować książki (jak teraz), po prostu wypożyczałam je z biblioteki. Bo prawdziwa bieda ma swój honor – i potrafi sobie radzić.

Mówiłam więc sobie tak, jak św. Paweł, że „umiem cierpieć biedę, umiem i obfitować”(Flp 4,12) – i jak Sokrates, chodząc po sklepie, stwierdzałam, że „jest tu tak wiele rzeczy, których mi wcale nie potrzeba!” 🙂 Ale przecież nie godzę się na to, by być „ofiarą losu” – ukończyłam celująco 2 kierunki studiów, mam pracę, męża i dziecko… Czy czuję się szczęśliwa? Tak! Spełniona? Ależ tak!

I kto ma prawo teraz powiedzieć mi, że moje życie ma mniejszą „godność” (czy tam „wartość”) niż życie np. tragicznie zmarłego Michaela Jacksona albo piosenkarki Madonny? Któż to wie, kto z nas najlepiej wykorzystał dar, który otrzymał od „losu”?

I dlatego było mi niewymownie smutno, gdy niedawno oglądałam film dokumentalny o holenderskiej klinice neonatologicznej, gdzie bez ogródek przyznawano, że raczej nie ratuje się tam najmniejszych wcześniaków (takich pomiędzy 22. a 24. tygodniem życia płodowego), jako że i tak „nie mają one większych szans na normalne życie.” Nie wiadomo, kim mogłyby się stać te dzieci, gdybyśmy tylko dali im szansę…

I obawiam się, że gdybym urodziła się w obecnych czasach w Amsterdamie, a nie w latach 70-tych w „zacofanej” Warszawie – mnie by również nie ocalono, ponieważ nie jestem „normalna” i, co więcej, nie mam na to najmniejszych szans. A wszystko to, oczywiście, w imię poprawy „jakości życia ludzkiego”

Słodki PRL.

W odpowiedzi na apel naszej blogowej „egzekutywy” (Redakcji Onetu) postanowiłam i ja coś skrobnąć na temat słusznie minionej epoki, jako że „komunistyczne święto” (22 Lipca) tuż, tuż…

A propos…„Zakłady Przemysłu Cukierniczego 22 Lipca” – tak oficjalnie nazywała się w owych zamierzchłych czasach fabryka, którą wszyscy i tak nazywali po staremu „Wedlem.” Pamiętam, że po wyroby tejże stało się w Warszawie w długich (i wielokrotnie zakręcanych ;)) kolejkach – i to raczej tylko w okolicach największych świąt.

Wyroby były zgrzebnie pakowane (pamiętam, że mając 7-10 lat z upodobaniem zbierałam zagraniczne, kolorowe…opakowania po czekoladach – rzecz, która z pewnością żadnemu współczesnemu dziecku nawet nie przyszłaby do głowy. Dziś papierki się wyrzuca i już.), ale równie pyszne (a może nawet lepsze!) niż dziś… „Ptasie Mleczko”, „Torcik Wedlowski” – mniam, mniam…

To było od święta – a co mieliśmy na co dzień? „Wyroby czekoladopodobne”, które nazwano tak chyba dlatego, że podobne były do…wszystkiego, tylko nie do czekolady. Te, które osobiście pamiętam, bardziej przypominały raczej bardzo twardą masę krówkową, zaledwie nadającą się do spożycia.

W sezonie wakacyjnym były także lody na patyku marki „Bambino” – (podobno śmietankowe, naprawdę – o smaku wody). Wolałam owocowe, „Calypso” (w plastikowych kubeczkach), te były jednak trudniejsze do zdobycia – oraz, w miejscowościach turystycznych – tzw. „gofry”, rodzaj zimnych wafli z bardzo słodkim, ohydnym syropem. I przyznam się, że po przemianach roku 1989 byłam szczerze zdziwiona odkryciem, że prawdziwe gofry to coś zupełnie, ale to zupełnie innego…

Na szczęście były jeszcze iryski, bardzo dobre iryski, które moja babcia chowała przed naszymi bystrymi oczkami w szufladzie stołu w sieni – bo to luksusowe dobro było wydawane na kartki, w ilości, o ile się nie mylę, 10 dkg na głowę statystycznego obywatela.

Jako dziecię niewinne nie byłam za bardzo zorientowana w meandrach socjalistycznej gospodarki (nieustannie nękanej przez „przejściowe trudności”) i uważałam to za jakiś globalny spisek dorosłych przeciw dzieciom.

Mściwie obiecywałam sobie zatem, że kiedy dorosnę, kupię sobie tyle irysów, ile tylko będę w stanie zjeść… I cóż to za złośliwość historii, że dziś iryski piętrzą się wszędzie, a ja zupełnie nie mam na nie ochoty…

Dojrzewać…

To oczywiste, że każdy ma prawo do własnych decyzji, zwłaszcza w tak intymnej sprawie jak rodzicielstwo (dotyczy to zresztą nie tylko nieposiadania dzieci, ale również ich POSIADANIA – czy wiecie, na jakie epitety narażają się ludzie, którzy mają więcej niż dwoje-troje dzieci? „Mnożą się jak króliki!” – to chyba najłagodniejsze z nich. A co komu do tego?!), ale…

1) Stwórca, czy jak kto woli, Matka Natura, nie bez kozery tak to ustalił(a), że możemy mieć dzieci tylko do określonego wieku – i potem nagle kobieta 45-letnia lub nawet starsza domaga się „cudu” od nauki, bo ona chce mieć dziecko! Bo ona wreszcie „dojrzała.” Ona może i dojrzała, ale jej ciało już „przejrzało”…

I czy to naprawdę dobrze, kiedy dziecko ma „dziadków” zamiast rodziców? Myślę, że (mimo wszystko) lepiej nie odkładać takich decyzji w nieskończoność. „Wszystko ma swój czas – i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem” – jak mówi Pismo.

2) Paradoksalnie, świat współczesny, który jest pełen niedojrzałych typów płci obojga (czytałam o takim, który powiedział, że kiedy skończył 40 lat, zrozumiał że jego dzieciństwo już się skończyło! Rozumiecie, dzieciństwo mu się skończyło!!! No, to teraz przez kolejnych 40 lat będzie pewnie nieodpowiedzialnym młodzieniaszkiem? A, co tam – wolno mu! Ustatkuje się chyba po osiemdziesiątce… ) ma istnego fioła na punkcie „dojrzałości.”

Ludzie „chodzą” ze sobą po 20 lat, bo „jeszcze nie dojrzeli” do ślubu – a kiedy już wreszcie do tego „dojrzeją” to na ogół się…rozstają.

Tak samo z dziećmi. Tak naprawdę my nigdy nie jesteśmy na to „gotowi”- dziecko jest zawsze zaskoczeniem, nowością – i wszystkiego uczymy się „w praniu.” „Na narodziny dziecka świat nigdy nie jest gotowy.” – napisała Wisława Szymborska. A więc jeśli czekasz aż będziesz „gotowy”/ „gotowa”, to… możesz się nigdy nie doczekać!

Z wiekiem zresztą jest chyba coraz trudniej. Człowiek nabiera pewnych przyzwyczajeń… I w końcu owocuje to postawami typu: „Kocham swoje życie takim, jakim jest i nie pozwolę sobie go zrujnować ciążą!”

Podobno nasze społeczeństwo musi jeszcze „dojrzeć” do modelu „no kids.” No, tak… A kiedy już wreszcie do tego dorośnie, to zacznie…wymierać?:)

Postscriptum: Badania historyczne dowodzą, że na przestrzeni ostatnich 200 lat „okres dojrzewania” młodzieży wydłużył się o co najmniej 5-7 lat. Wynika z tego, że nieszczęśni rodzice są teraz zmuszeni o wiele dłużej niż przed wiekami znosić kaprysy swoich wiecznie „niedorosłych” dzieci…