Miłość, seks i ich (niektóre:)) następstwa…

Wytrwale (choć nie zawsze skutecznie) walcząc z depresją w czasie ostatniej ciąży i tuż po niej, jak zwykle ratowałam się, czytając książki. Oczywiście o rodzinach takich, jak moja, tzn. wielodzietnych.

Notabene, muszę jeszcze raz podkreślić, że za moich czasów rodzina z trójką dzieci to była po prostu przeciętna, polska rodzina, a nie żadna tam „wielodzietność.” Sama mam dwójkę rodzeństwa, podobnie mój mąż.

Czasy się jednak wyraźnie zmieniają, ponieważ – co skonstatowałam z pewnym zdziwieniem – w klasie mojego syna on jeden ma brata i siostrę… Dobrze więc, przyjmijmy, że jestem „wielodzietna.”

Pocieszam się jednak, że może być jeszcze „gorzej”, jak stwierdziłam po lekturze książki  Justyny Walczak „Dom pełen kosmitów – czyli jak nie zwariować z dziewiątką dzieci w dziesiątej ciąży.”

Co ciekawe, autorka z zawodu jest lekarką, więc nie można powiedzieć, że „dorobiła się” tak licznej gromadki, ponieważ po prostu „nie wiedziała,  jak się zabezpieczać.” Co więcej, na początku małżeństwa w ogóle nie chciała mieć dzieci, pragnęła raczej realizować się zawodowo – a i przed poczęciem tytułowego „dziesiątego” kosmity planowała właśnie wrócić do pracy.

Zabawnie opisuje np. ten specyficzny „sport małżeński”, jakim jest w ich domu… kupowanie testów ciążowych (z których mniej więcej co dziesiąty okazuje się pozytywny:)): „Mój mąż wyszedł, mamrocząc coś pod nosem na temat wspierania przemysłu farmaceutycznego.”

Zazwyczaj przy okazji „takich” rodzin mówi się o nieodpowiedzialności czy wręcz o patologii, tutaj jednak nie zauważyłam ani jednego, ani drugiego. Tylko mnóstwo miłości, sporo poczucia humoru i garść mądrych przemyśleń na temat, na przykład, polskiego systemu oświaty (ja też uważam, że promuje „przeciętniaków” i wynagradza tych, którzy nie lubią się zbytnio „wychylać”, nawet w obronie innych).

Ot, zupełnie zwyczajna polska rodzina – z całkiem typowymi problemami. No, może niekiedy tylko… pomnożonymi przez dziesięć. 🙂

Podobną atmosferę odnalazłam w książce „Masakra piłą mechaniczną w domu Terlikowskich” – autorstwa małżonków Tomasza i Małgorzaty (zbieżność nazwisk nieprzypadkowa:)).

Obraz „katola z Warszawy” (jak sam siebie określa), jaki wyłania się z tej książki, znacząco różni się od złowrogiego wizerunku „taliba” i kobietożercy, wykreowanego przez liberalne media i feministki. Widzimy tu nowiem człowieka, który nie tylko potrafi w potrzebie czule przytulić każdą ze swoich licznych (pięciorga!) pociech, ale także np. zrobić zakupy i prasowanie. Ja też miałam okazję poznać go od tej „bardziej ludzkiej” (a może po prostu – bardziej prawdziwej?) strony – ponieważ kiedyś bardzo mi pomógł.

Sam Terlikowski zresztą ma do swojego medialnego wizerunku wiele dystansu, gdy pisze np. „Przecież wiadomo, że my-konserwatyści nie pytamy żon o zdanie! My je wiążemy, kneblujemy i zapładniamy!” Hehe…

Sukcesu wydawniczego tej książki (bo widocznie znalazło się całkiem sporo ludzi, którzy chcieli, tak jak ja, „zajrzeć redaktorowi w garnki”:)) nie mogła najwyraźniej przeboleć niezastąpiona Eliza Michalik (notabene dawna konserwatystka, nawrócona na skrajny feminizm…), która stwierdziła, iż to dlatego, że Terlikowski, udzielając wywiadu dla Superstacji, rzekomo zyskał „darmową reklamę” dla swojej publikacji.

Chciałabym się mylić, ale mam nieodparte wrażenie, że gdyby chodziło np. o autobiografię posłanki Anny Grodzkiej lub przynajmniej prezydenta Słupska, to tego rodzaju „promocja” w macierzystej stacji pani redaktor nie wydawałaby się jej niczym niestosownym…

Nie ukrywam, że po książkę Marty Brzezińskiej-Waleszczyk „Wszystko, co chcecie wiedzieć o seksie bez antykoncepcji, ale boicie się zapytać” (notabene, wśród par przepytanych przez autorkę znaleźli się również Terlikowscy), sięgnęłam przede wszystkim z uwagi na ostre spory i kontrowersje, które ta publikacja wzbudziła zwłaszcza wśród „ortodoksyjnych katolików” – to znaczy tych, którzy uważają, że nawet NPR to już „katolicka antykoncepcja”, a zatem „grzech i obraza boska” (bo sprzeciwia się, rzekomo, „woli bożej”).

I muszę niestety powiedzieć, że trochę mnie ta książka rozczarowała – mimo że obala między innymi stereotyp „NPR=całe tabuny dzieci” i mimo, że zawiera sporo stwierdzeń, z którymi się zgadzam. Bo oprócz tego zawiera, niestety, ciągłe podkreślanie „heroiczności” czasu abstynencji, oraz dość kategoryczne odrzucenie już nie tylko antykoncepcji, ale i wszelkich innych poza „właściwym, pełnym stosunkiem” form fizycznej bliskości, jako rzekomo niezadowalających i w ogóle „nie wartych zachodu.” A z taką logiką („Albo WSZYSTKO – albo NIC!”), absolutnie nie mogę się pogodzić. Wydaje mi się, że ludzka seksualność ma jednak nieskończenie wiele więcej barw i odcieni.

Napisana w formie listów do przyjaciółek i wielokrotnie już tu przeze mnie wspominana książka Constanzy Miriano „Wyjdź za mąż i poddaj się!” to za to bezsprzecznie… najbardziej błyskotliwa i zabawna  ”konserwatywna” książka o małżeństwie i rodzinie, jaką kiedykolwiek zdarzyło mi się czytać.

Nawet, jeśli nie do końca zgadzam się ze wszystkimi poglądami autorki – jak chociażby z tym, jakoby zmienianie pieluszek własnym dzieciom ujmowało mężczyznom męskości (sic!) – to i tak pękałam ze śmiechu, czytając na przykład jakże prawdziwe zdania typu: „Odkąd jesteśmy rodzicami, w najbliższej aptece wisi nasze zdjęcie z podpisem: „NASI DOBRODZIEJE.””  lub: „Nie obraź się, droga przyjaciółko, ale muszę Ci powiedzieć, że ostatnio trochę się zaniedbałaś. Szczerze powiedziawszy, to wydajesz się teraz równie atrakcyjna, jak wezwanie z Urzędu Skarbowego.” 

Natomiast wywiad Magdaleny Rigamonti z małżeństwem ginekologów, Marzeną i Romualdem Dębskimi „Bez znieczulenia: Jak powstaje człowiek” kupiłam chyba ze względu na… znajomych. Na lekarzy ze Szpitala Bielańskiego i nie tylko, których miałam szczęście spotkać i i na kartkach tej książki i w życiu. Na lekarzy takich, jak dr Adam Koleśnik  (w książce zwany pieszczotliwie „Adasiem”) z przychodni na Agatowej, który robił Bogusiowi echo serca przed narodzeniem. I do dziś nie mogę wyjść z podziwu, jak człowiek, który na co dzień styka się z tyloma przypadkami cierpienia i śmierci małych pacjentów, może być jednocześnie tak pogodny – jak beztroski dzieciak! Nigdy chyba nie śmiałam się tyle, co podczas tamtego badania. A przy tym, jak dowiedziałam się z tej książki, jest to jeden z najwybitniejszych w Polsce specjalistów od kardiologii prenatalnej!

A sama książka? No, cóż. Jest dziwna. Niejednoznaczna. Bo z jednej strony państwo profesorostwo wielokrotnie podkreślają, że według ich najlepszej wiedzy „człowiek jest od początku” (tj. od połączenia komórki jajowej i plemnika) i że są „za życiem” – a z drugiej mówią np. że rodzicom dzieci z Downem „miłości wystarcza na trzy lata”. Z jednej strony opowiadają o niesamowitych zabiegach wewnątrzmacicznych, ratujących życie bardzo chorych dzieci, a z drugiej – o wewnątrzmacicznej eutanazji, którą przeprowadza się przez wkłucie w pępowinę zastrzyku z trucizną (brrr!), bo to, rzekomo „w sensie bólowym”, jest dla dziecka… lepsze…

Profesor deklaruje przyjaźń z Kazimierą Szczuką i „prawo kobiet do decydowania o sobie” (czytaj: do aborcji) – a jednocześnie opowiada o „złotych” dla tego prawa czasach PRL-u, kiedy to trafiały mu się pacjentki przerywające ciążę po kilkanaście razy w życiu – i o tym jak wówczas próbował je przekonywać, by tego nie robiły. No, i to on jest tym „bezdusznym lekarzem” który odmówił wykonania aborcji u samej Alicji Tysiąc. Skomplikowane to wszystko, prawda? Chyba trzeba ich znać osobiście, żeby zrozumieć, w jaki sposób mogą pogodzić to wszystko w sobie.

A ostatniej książki, którą chciałabym Wam dzisiaj polecić, „Zawołajcie położną”Jennifer Worth, nie mam już niestety przy sobie.

Oddałam ją innemu wspaniałemu lekarzowi ze Szpitala Bielańskiego, jako  mój skromny „dowód wdzięczności” (ciekawe, co na to CBA?:)) za opiekę, jaką mnie otoczył podczas ostatniej ciąży i porodu.To i tak o wiele za mało.

Mogę Wam jednak zagwarantować, że te historie z ery „przedpigułkowej”, kiedy to w Anglii rodzina z dziesięciorgiem dzieci nie była wcale rzadkim zjawiskiem, spisane przez emerytowaną położną, wciągają lepiej, niż najlepszy kryminał! Na podstawie tej książki telewizja BBC wyprodukowała serial („Z pamiętnika położnej”), który jednak, mam wrażenie, nie oddaje całego kolorytu oryginału.

Mnie samą na przykład najbardziej poruszyła historia mieszanej pary z dwudziestką piątką (tak, tak – to nie pomyłka!:)) pociech, która chyba dlatego tworzyła tak zgodne i kochające się małżeństwo, że on- stateczny Anglik, nie mówił ani słowa po hiszpańsku, zaś ona – piękna Hiszpanka, ani słowa po angielsku!:)

Albo inna, dużo bardziej dramatyczna historia kobiety, którą ubóstwo zmusiło do oddania wszystkich swoich dzieci do państwowego przytułku, gdzie w krótkim czasie wszystkie poumierały. I nie działo się to bynajmniej na Czarnym Lądzie ani w średniowieczu – ale w królestwie Wielkiej Brytanii jeszcze w XX wieku…

„ZAKOCHANA KOLORATKA” – szkic do recenzji.

Przyznam się, że kiedy po raz pierwszy usłyszałam (niedawno) o tej książce, miałam mocno mieszane uczucia.

Pretensjonalny wydawał mi się zarówno sam tytuł, jak i okładka, na której tytułowa „koloratka” została przemodelowana na kształt serduszka. Pomyślałam – cóż to za pomysł, zakochany bywa człowiek, ksiądz, a nie jego „koloratka” (i przecież nikt nie zatytułowałby historii miłosnej chirurga – „Zakochany skalpel”, prawda?:)).

Kolejne wątpliwości wzbudzał we mnie fakt, że Kryspin Krystek opisuje, bądź co bądź, trwający 10000 dni „romans” z zamężną parafianką. „Facet podeptał aż DWAsakramenty – myślałam sobie, czując się od niego lepsza – i jeszcze się tym chwali!”

Obawiałam się ponadto, że może to być jedna z wielu tzw. „książek na odejście” (jak je nazywam), w których byli księża próbują obronić własne decyzje, często ponad  wszelką miarę deprecjonując Kościół.

No, cóż – można powiedzieć, że po raz kolejny zostałam pouczona, by, jak to się mówi, „nie oceniać książki po okładce.” I to w tym wypadku nawet dosłownie.:)

Opowieść zaczyna się pełnym czułości opisem agonii Małżonki autora, zmarłej dwa lata temu na chorobę nowotworową, potem zaś wraz z narratorem cofamy się w czasie, aż do lat 80-tych XX wieku, do małego miasteczka w Wielkopolsce, gdzie zaczęła się ich znajomość.

I nagle okazuje się, że nic tu nie jest takie, jak się na początku wydawało.

Oto sympatyczny z pozoru mąż głównej bohaterki okazuje się „kolekcjonerem zabawek” i zadufanym w sobie playboyem, który bez żenady umawia się z innymi kobietami na oczach młodej żony; prócz tego upokarza ją na każdym kroku, bije, a w końcu posuwa się nawet do gwałtu, gdy zauważa, że „zdobycz” wymyka mu się z rąk na korzyść młodego księdza.

W takiej perspektywie nawet kulminacyjna scena, w której Kryspin symbolicznie „wykupuje” Romę od jej męża, dając mu w zamian prawo użytkowania swojego samochodu (sic!), nie wydaje się już aż tak szokująca. Chociaż w dalszym ciągu uważam, że każda w miarę zdrowo myśląca kobieta miałaby pełne prawo uznać się za poniżoną, gdyby wiedziała, że stała się przedmiotem tego rodzaju specyficznej „transakcji” pomiędzy dwoma mężczyznami. Nawet, gdyby jeden z nich utrzymywał przy tym, że ją bardzo kocha.

W ogóle uważam, że jest to historia zupełnie niezwykłej (to prawda) miłości księdza do „zupełnie zwyczajnej” (o ile o kimkolwiek wolno tak powiedzieć) kobiety, którą dopiero ta jego miłość uczyniła kimś niezwykłym. Choć przyznaję, że fotografia na wewnętrznej stronie okładki przekazuje nam obraz atrakcyjnej, delikatnej blondynki. Ale może na tym właśnie polega „cud miłości”? Że wydobywa z osoby kochanej to, co w niej najpiękniejsze – a dla innych często niedostrzegalne? Sama przecież doświadczam od lat czegoś podobnego w moim związku z P…

Spodobało mi się natomiast podejście autora do jego własnych (kapłańskich) i jego żony (małżeńskich) zobowiązań.

„Najłatwiej byłoby powiedzieć: „Twoje małżeństwo było pomyłką, a moje kapłaństwo błędem” – i sprawa załatwiona, prawda? – pisze – Myślę jednak inaczej, nawet wiem to na pewno: musiałaś być żoną Krzysztofa, doznać upokorzenia z jego strony, byśmy mogli się spotkać, aby spełniło się Boże zamierzenie, by zrealizował się jego plan w stosunku do nas.

Podobnie odbieram sens mojego kapłaństwa, którego też nie uważam za pomyłkę. Tak po prostu musiało być. Kiedyś usłyszałem dziwne stwierdzenie: „Gdyby kapłan odprawił tylko jedną mszę i gdyby tylko jednemu grzesznikowi pomógł wrócić na drogę przyjaźni z Bogiem i udzielił mu rozgrzeszenia, to już same te zdarzenia dają odpowiedź, czy warto było przyjąć sakrament kapłaństwa.””

Sama zawsze właśnie tak pojmowałam sens powołania P. – i dlatego zwyczajnie cieszę się, że ktoś jeszcze myśli podobnie…

Kryspin Krystek, Zakochana koloratka.10 000 dni. Wyd. SORUS, Poznań 2014, dodruk 2015.

koloratka-2-150x150

Z Archiwum X Kościoła: Marta Robin.

Zazwyczaj w tym cyklu zwracam Waszą uwagę na różnego typu „cudowności” (objawienia prywatne, itp.), które zdarzają się w obrębie tego tak niezwykle złożonego zjawiska, jakim jest chrześcijaństwo. I znowu na wstępie przypomnieć muszę, że mój Kościół (katolicki) nie nakazuje swoim wiernym pod groźbą grzechu wierzyć w takie rzeczy – aczkolwiek dla niektórych mogą się one okazać przydatne i pożyteczne.

Nawet jednak na tle innych spraw, o których tu pisałam, postać francuskiej mistyczki Marty Robin (1902-1981) jawi się jako zjawisko wyjątkowe.

Urodziła się w  Châteauneuf-de-Galaure (a właściwie w niewielkim przysiółku zwanym Moilles), niedaleko Lyonu, jako szóste, najmłodsze dziecko małżeństwa rolników. Jej rodzice nie byli, by tak rzec, ostentacyjnie pobożni (ojciec, jakkolwiek przyznawał się do katolicyzmu, jedynie „od wielkiego dzwonu” zabierał swoje dzieci na mszę, zaś matka była osobą zbyt zajętą dziećmi i pracą na farmie, aby w ogóle chodzić do kościoła). Warto to powiedzieć od razu, bowiem często przypisuje się (tyleż pochopnie, co błędnie) występowanie różnego rodzaju objawień wpływowi „zdewociałego otoczenia.” Na pewno nie był to przypadek Marty, ona sama zresztą wspominała, że także jej siostry nieraz wyśmiewały się z niej z powodu jej naturalnej skłonności do modlitwy.

Czasy, w których przyszła na świat również zdawały się nie sprzyjać mistycznym uniesieniom – Republiką Francuską władał wówczas radykalny socjalista (notabene były seminarzysta, który za cel swego życia postawił sobie walkę z katolicyzmem. Masowo kasowano zakony (ponad 20 tysięcy ich członków zmuszono wówczas do przejścia w stan świecki, tych, którzy odmawiali, „nakłaniano” do emigracji.), a gwiazdą literatury był Emil Zola, którego głośna powieść Lourdes była bodaj jednym z najbardziej zjadliwych pamfletów na wiarę w cuda, jaki kiedykolwiek napisano.

Na tym tle zupełnie zrozumiały staje się sceptycyzm (także wśród katolików!) wobec kobiety, o której mówi się, że przeżyła ponad 50 lat, przyjmując jedynie (co środę) konsekrowaną Hostię; która miewała wizje i naznaczona została stygmatami.

Nie ukrywam, że i mnie nieustannie nurtowało (i nurtuje nadal!) pytanie, „jak to było możliwe?”

Swoim więc zwyczajem zaczęłam szukać książek na ten temat, przede wszystkim takich, które wyjaśniłyby mi, co tzw. „nauka” ma do powiedzenia o podobnych przypadkach. I znalazłam pozycję dosyć wyjątkową: „Marta Robin – świadectwo psychiatry”, Alaina Assailly.

Autor, co warto podkreślić, jest swego rodzaju „człowiekiem do specjalnych poruczeń”, wzywanym przez Kościół zwłaszcza wtedy, gdy zachodzi podejrzenie różnego typu oszustw duchowych – fałszywych objawień, histerii i innych  problemów natury psychicznej, także wśród duchownych. Sam przyznaje, że zgodził się spotkać z Martą powodowany przede wszystkim ciekawością naukowca, choć wielu jego znajomych ostrzegało go, aby nie dał się w tej sprawie „sprowadzić na manowce”, stając się mimowolnie wspólnikiem „piramidalnego oszustwa”, które, per saldo, mogłoby zaszkodzić opinii Kościoła katolickiego, i tak już dziś mocno nadszarpniętej.

I nie ukrywam, że doktor Assailly ujął mnie szczególnie swoją pełną prostoty postawą, zarówno wtedy, gdy stwierdził, że „człowiek nauki nie powinien osądzać ludzi bez uprzedniego z nimi kontaktu”, jak i wtedy kiedy niby to od niechcenia zagadnął na podwórku dwie opiekujące się mistyczką dziewczęta:

„- Chodzą słuchy, że Marta nie przyjmuje żadnego pożywienia, nawet w płynie, ale panie muszą jej jednak dawać od czasu do czasu choć trochę mleka?

Popatrzyły na mnie z niedowierzaniem  – relacjonuje lekarz – a jedna z nich odparła:

– To pan nie wie, że ona nie może nic połykać i że kiedy się zbytnio nalega, najmniejsza łyżeczka wody, którą przyjmie, wypływa jej przez nos?”

Od tego momentu, jak się zdaje, psychiatra starał się usilnie znaleźć organiczną przyczynę takiego stanu rzeczy, inaczej mówiąc odkryć, na co właściwie, z medycznego punktu widzenia, cierpiała Marta.  Otwarcie zresztą przyznał się do tego już w pierwszej z nią rozmowie, pytając wprost, czy mógłby „na jakiś miesiąc” zabrać ją do kliniki i tam rzetelnie zbadać, co umotywował nie tylko własną ciekawością, ale także chęcią obrony jej przed zniesławieniem ze strony środowisk medycznych.

Ku jego zdziwieniu (a nie ukrywam, że i mojemu po części też, choć rozumiem niechęć istoty ludzkiej do bycia przedmiotem eksperymentów) mistyczka odmówiła jednak, tłumacząc, że mogłaby się poddać tego rodzaju szczegółowym badaniom tylko wówczas, gdyby jej spowiednik, miejscowy biskup lub (sic!) sam Ojciec Święty wyraźnie jej to nakazali.

Gwoli sprawiedliwości wypada jednak dodać, że dr Assailly miał później kilkakrotnie okazję bardziej pobieżnie badać Martę w jej własnym mieszkaniu, przytoczył też na podstawie dostępnych źródeł całą historię jej tajemniczej choroby, która zaczęła się w wieku 17 lat, by w końcu, kiedy Marta miała lat 39, odebrać jej, zupełnie już wówczas sparaliżowanej, także wzrok. Na podstawie objawów lekarz doszedł do wniosku, że prawdopodobnie cierpiała ona na pewną formę wirusowego zapalenia mózgu (porażenie miało właśnie m.in. uniemożliwić jej przełykanie), co było, być może, następstwem szalejącej wówczas w całej Europie grypy „hiszpanki.”

I tutaj właśnie następuje najbardziej, w moim odczuciu, kontrowersyjna część wywodu uczonego medyka. Otóż zwraca on uwagę na fakt, że wiele z tego, co określamy jako „doświadczenia mistyczne” dziwnym trafem występuje u osób, które doświadczyły jakichś uszkodzeń albo urazów w obrębie ośrodkowego układu nerwowego (mózgu lub/i rdzenia kręgowego). Jako przykład podaje on m.in. niemiecką wizjonerkę, Teresę Neumann (1898-1962), która zaczęła doświadczać zjawisk tego typu (jak wizje przyszłości – za które zresztą była szykanowana przez nazistów – czy stygmaty) niedługo potem, jak stała się ofiarą poważnego wypadku podczas pożaru. Skutkami tego były – podobnie, jak u bardziej znanej Francuzki! – paraliż i ślepota, które jednak, inaczej niż u Marty, po kilku latach w cudowny sposób ustąpiły.

Obie te postaci mistyczek łączy zresztą znacznie więcej: obydwie przez długi czas nie przyjmowały pokarmów ani płynów (Teresa od 1927 roku aż do swojej śmierci), obydwie też doświadczały ekstaz, podczas których przeżywały mękę Chrystusa.

Problem z hipotezą doktora Assailly jest jednak taki, że łatwo na tej podstawie utożsamić wszystkie tego typu przeżycia religijne z jakimś rodzajem zaburzeń organicznych czy też wręcz chorobą psychiczną (jak chciałby np. Richard Dawkins, który swego czasu testował na sobie jakiś rodzaj „hełmu”, który w zamierzeniu miał zaburzać fale mózgowe tak, aby wywoływać wizje. Sam jednak musiał przyznać, że efekty tego eksperymentu były „wysoce niezadowalające.” No, cóż – widocznie duchowość człowieka jest jednak bardziej skomplikowanym zjawiskiem, niż chciałby przyznać „guru współczesnego ateizmu.”).

Wydaje mi się jednak, że takie założenie jest nieco ryzykowne, tym bardziej, że przecież historia mistyki zna również wielu ludzi obdarzonych nadprzyrodzonymi darami, którzy (o ile wiadomo) nigdy żadnego uszczerbku na zdrowiu nie doznali. Sam autor zresztą próbuje jakby „złagodzić” wnioski, które mogą wypływać z jego teorii (że mianowicie wszystko to być może tylko wytwór chorego umysłu…) , odwołując się na przykład do prastarej hinduskiej koncepcji kundalini, którą jogini opisują jako „moc [duchową] uśpioną u podstawy kręgosłupa” (sic!), która to energia „poruszając się w kanale (nadi)” (który można chyba z grubsza utożsamić ze rdzeniem kręgowym) stopniowo dąży ku górze, i pokonując kolejne „czakry”, prowadzi do mistycznego „przebudzenia.”

W tym mocno nieortodoksyjnym ujęciu można jednak widzieć chorobę Marty nie tyle jako „przyczynę” jej duchowych przeżyć, co jako czynnik, który pomógł jej się na nie niejako „otworzyć” – mentalnie i fizycznie.

Medycyna jednak nie potrafi do końca wyjaśnić fenomenu ludzi takich, jak Marta, chociażby dlatego, że choć nie przyjmowała pokarmów z zewnątrz, to jak się zdaje jej organizm zupełnie NORMALNIE metabolizował własne białka – i do tego stopnia, że sam doktor Assailly już przy pierwszym z nią spotkaniu wyraził przekonanie, że umrze ona w przeciągu kilku tygodni (co naturalnie okazało się potem nieprawdą). Jednocześnie jednak stwierdził, mocą swego autorytetu psychiatry, że w tym przypadku trudno mówić o jakiejkolwiek „histerii”, egzaltacji czy też innych zaburzeniach umysłowych.

Sama Marta zachowywała zdrowy dystans do własnej „niezwykłości”, żałując czasami, że nie może nawet napić się mleka od własnych krów (wraz z bratem po śmierci rodziców odziedziczyła ich gospodarstwo) – oraz niejednokrotnie stwierdzając, że irytują ją tłumy ciekawskich, którzy przybywali do  Châteauneuf-de-Galaure tylko po to, by zapytać ją o przyszłość „jakby była jakąś wróżką.”

Mimo że już od 1986 roku toczy się jej proces beatyfikacyjny, jej mistyczne przeżycia nie zostały dotąd oficjalnie „potwierdzone” przez Kościół.

Wpływ tej kobiety – przez większość swego życia sparaliżowanej, a także niewidomej! – na życie duchowe współczesnego świata, a zwłaszcza Francji, jest jednak trudny do przecenienia. Śmiem twierdzić, że dyskretnie towarzyszyła rodzeniu się  ”nowych wspólnot” (takich, jak np. założona w 1973 roku Wspólnota Błogosławieństw czy Wspólnota Emmanuel) w swojej zlaicyzowanej ojczyźnie, patronowała również powstaniu tzw. „Ognisk Miłości”, które obficie czerpią z jej własnego charyzmatu – cierpliwego przyjmowania wszystkich, wyciszenia i modlitwy. W Polsce ruch ten posiada 2 ośrodki rekolekcyjne (domy wspólnoty) – w Kaliszanach i w Olszy.

Dnia 7 listopada 2014 roku papież Franciszek ogłosił dekret o heroiczności cnót Marty Robin, co jest normalnie wstępem do beatyfikacji.

Marta

Na zdjęciu: Marta Robin w wieku około trzydziestu lat.

Bibliografia: Alain Assailly, Marta Robin – świadectwo psychiatry. Wyd. PALABRA,Warszawa 2001.