10 mitów na temat NPR.

Wokół tzw. „naturalnego planowania rodziny” narosło już tyle mitów i półprawd, że czasami zastanawiam się, kto sponsoruje te wszystkie brednie – producenci pigułek antykoncepcyjnych?

Poniżej przedstawiam tylko kilka najczęściej spotykanych.

„Metody naturalne” = „kalendarzyk małżeński”.NIE. Kalendarzyk małżeński, inaczej metoda kalendarzowa albo Ognio-Knaussa, jest  metodą HISTORYCZNĄ (była stosowana począwszy od lat trzydziestych XX wieku) i, z uwagi na znaczną zawodność, już dziś nie polecaną. To mniej więcej tak, jakby sądzić, że zwolennicy NPR z niezrozumiałym uporem nadal używają liczydeł zamiast komputerów. ZASADY tej metody opierały się na założeniu, że u każdej kobiety owulacja poprzedza miesiączkę o mniej więcej 14 dni. Początek i koniec okresu płodnego wyznaczano przy pomocy prostych matematycznych wyliczeń: najkrótszy cykl danej kobiety minus 21 dni (początek) /cykl najdłuższy minus 10 dni (koniec).

Tak więc, przykładowo, dla kobiety, która ma WSZYSTKIE cykle w danym roku o długości 28 dni (choć, co prawda, nigdy nie spotkałam takiej!) – początek „dni płodnych” MOŻE (ale nie musi!) nastąpić już w 7. dniu cyklu (licząc od początku miesiączki, a koniec, PRAWDOPODOBNIE (ale nie na pewno!) w 18. dniu.

Należy ona do metod najbardziej nieskutecznych, ponieważ nie uwzględnia żadnych nieregularności cyklu. No, i wymaga wielu, z reguły 11-13 dni „abstynencji” w cyklu.

2. Metody naturalne sprawdzają się tylko przy idealnie regularnych cyklach, w idealnym świecie. NIE. Ten zarzut był prawdziwy w odniesieniu do metody kalendarzowej (patrz wyżej). Obecnie stosowane metody nie opierają się jednak na „wyliczaniu bezpiecznych dni”, tylko na OBSERWACJI CYKLU, co pozwala w każdym momencie stwierdzić, czy kobieta jest płodna, czy też nie. Sama mam bardzo nieregularne cykle, a jednak od lat z powodzeniem stosuję NPR. Warto też wiedzieć, że naturalne różnice w długości poszczególnych cykli (w granicach 5 dni) to jeszcze za mało, aby mówić o „nieregularności.”

3. „Po porodzie to nie działa.” (Powiedział to zresztą ginekolog, u którego byłam po połogu). NIEPRAWDA. Po porodzie objawy płodności/niepłodności mogą jedynie ulec zmianie. Pierwsza owulacja po porodzie to jednak nie jest coś, co spada na kobietę zupełnie niespodziewanie niczym grom z jasnego nieba – ZAWSZE poprzedzają ją pewne sygnały.

4. „U mnie to nie zadziała” (bo np. stosowałam pigułkę, albo nie mam wcale „suchych” dni). NIEPRAWDA. W nowoczesnych metodach NPR wypracowano sposoby radzenia sobie z wieloma nietypowymi sytuacjami – chociaż nie wykluczam, że przy bardzo poważnych problemach zdrowotnych może się okazać, że stosowanie tych metod jest niemożliwe. Ale w takich przypadkach i inne bywają zawodne, prawda? (Patrz casus Alicji Tysiąc)

5. Metody naturalne są nieskuteczne. NIEPRAWDA. Przy prawidłowym stosowaniu ich niezawodność dorównuje innym metodom antykoncepcji (poza pigułką dwuskładnikową). Najskuteczniejsze są metody wielowskaźnikowe, np. objawowo-termiczna. (Ja w razie wątpliwości stosuję jeszcze dodatkowo wysoce wiarygodny tester płodności.) Metod tych, jak i wszystkich innych, trzeba się po prostu NAUCZYĆ – i najlepiej zacząć tę naukę na tyle wcześnie, żeby można było to robić bez stresu związanego z ewentualną pomyłką. Przecież nikt, co ciekawe, nie twierdzi,  że „prezerwatywy nie są skuteczne” tylko dlatego, że się nie umie ich zakładać, prawda?

6. Metody naturalne są kłopotliwe w stosowaniu. Wcale NIE. A w każdym razie nie bardziej, niż np. minipigułka, którą trzeba zażywać codziennie o tej samej porze. Początkowo (przechodząc z metody objawowej- Billingsów na pewniejszą objawowo-termiczną) sądziłam, że to „nie dla mnie” ponieważ zaleca się mierzenie temperatury codziennie bladym świtem- a ja jestem typowym nocnym markiem. Zaczęłam więc robić pomiary każdego dnia o 10 rano (dla mnie to jest poranna godzina!:)) i…otrzymałam całkiem typowy wykres, łatwy do interpretacji. Stosowanie NPR jest możliwe nawet przy pracy na zmiany – należy się tylko konsekwentnie trzymać pewnych zasad.

7. Metody naturalne opierają się na założeniu, że najlepszą antykoncepcją jest „szklanka wody zamiast.” NIE. Nawet dni płodne nie muszą być dniami „bez miłości”, pod warunkiem, że ktoś nie ogranicza tego pojęcia do stosunku w pozycji klasycznej. 🙂

8. „To są takie katolickie metody.” NIE. Najlepszy podręcznik NPR, jaki w życiu widziałam (i z którego chętnie korzystam) napisała para amerykańskich protestantów. Oczywiście, ktoś może nabrać takiego przekonania, jeśli jego jedyny kontakt z metodami naturalnymi to kilka konferencji przedślubnych, „odbębnionych” w salce parafialnej, podczas gdy dziewczyna zazwyczaj już jest w ciąży. Wtedy jednak jest już trochę za późno na naukę…

9. „Moja sąsiadka (kuzynka przyjaciółki itp.) to stosowała i dorobiła się gromady dzieciaków.” Przede wszystkim trzeba sobie uświadomić, że każda kobieta jest inna – i skąd pewność, że to, co nie zadziałało u niej, jest nieodpowiednie także dla Ciebie? I skąd wiadomo, że stosując metody naturalne stosowała je PRAWIDŁOWO? (Patrz pkt 5.) Mit ten występuje także w postaci: „Moja znajoma znała się na tym bardzo dobrze, ale potem pojechała na urlop (zestresowała się, miała gorączkę, itd.,itd.) i coś tam jej się PRZESUNĘŁO.” Zawsze, kiedy słyszę takie stwierdzenie, w moim umyśle zapala się czerwona lampka z napisem: „Uwaga – kalendarzyk!” Oznacza to bowiem, że zakładamy, że wszystkie cykle danej kobiety muszą być idealnie takie same (co nie jest prawdą) – i jeżeli poprzednio np. 12 dzień był „jeszcze bezpieczny” to tak będzie i tym razem. Nie tyle prowadzimy więc na bieżąco obserwacje, co raczej przeprowadzamy obliczenia (przypuszczenia?) oparte na historii dotychczasowych cykli. To i nie dziwota, że potem jest wielka rozpacz, „bo się przesunęło.” W każdym razie, gdyby to mnie „się przesunęło”, wiedziałabym o tym odpowiednio wcześniej.

10. „BEZPIECZNE DNI nie istnieją!” Ależ istnieją – i jest ich nawet całkiem sporo. Z mojego doświadczenia wynika, że w każdym cyklu jest  7-11 dni potencjalnie płodnych (biorąc pod uwagę najdłuższy możliwy okres przeżywalności plemników w organizmie kobiety). Mit ten odbieram jako wyraz zabobonnego przekonania, że dzieci właściwie biorą się „z powietrza” i że wystarczy tylko dmuchnąć, żeby dziewczyna zaszła w ciążę…

Życie miłosne.

Chciałam kiedyś napisać post pod prowokującym tytułem ” Jak kochają czarownice?”  ;), względnie – „Jak kochają młodzi księża?”, ale jedyna odpowiedź na to ostatnie pytanie, jaka mi przychodzi do głowy, to SZALENIE. Ogromnie. Nieprzytomnie. Tak, jakby jutro miał się skończyć świat. Albo jakby jutro miało nas nie być.

 

I muszę powiedzieć, że wykazują przy tym zdumiewająco mało zahamowań. Kto wie, może w dzisiejszych zwariowanych czasach trzeba być księdzem (oraz osobą niepełnosprawną!), żeby mieć tak normalne, radosne i…ludzkie podejście do spraw ciała? 

 

Młodzi kapłani (jak tu już kiedyś pisałam) kochają w takim samym radosnym zapamiętaniu, z jakim powinni sprawować święte obrzędy.

 

I kto wie, może tu właśnie leży źródło tzw. „kryzysu powołania”? Tak, jak ludzka miłość zamiera, kiedy nie jest pielęgnowana, tak też jest z miłością człowieka do Boga. Jeżeli się, choć na chwilę, zapomni, że Bóg jest Osobą, w której człowiek również może się „zakochać”, to już robi się nieciekawie. Chociaż z drugiej strony…Bóg nie ma rąk, które by nas przytuliły…

 

Ostatnio często myślę o tym, że choć Adam w raju obcował z Bogiem tak blisko, jak się nigdy nie zdarzyło żadnemu z naszych mistyków, to jednak brakowało mu istoty „podobnej do niego”, kogoś, kto byłby na jego zwykłą, ludzką miarę…

 

Pamiętam, że zanim poznałam Jarka, chciałam zostać dziewicą konsekrowaną – i że jedyną rzeczą, która mnie wówczas powstrzymywała, była świadomość, że (jak napisał ks. Twardowski) „w obrazach tylko Matka Najświętsza Dzieciątko trzyma…” Tylko Ona mogła być Dziewicą i Matką jednocześnie – mnie się to już nie uda.

 

POSTSCRIPTUM: Ktoś z Was tutaj zauważył, że jednym z możliwych źródeł lęku przed seksem może być strach przed niechcianą ciążą. Ale muszę się przyznać, że mnie, jako katoliczce, to uczucie jest zupełnie obce. Po pierwsze dlatego, że trudno mówić o „niepożądanej ciąży” w sytuacji, kiedy dwoje ludzi tak bardzo pragnie mieć dzieci, jak my ich pragniemy. A po drugie dlatego, że uważam, że właściwie wyuczone i stosowane „metody naturalne” są nieomal równie skuteczne, jak środki antykoncepcyjne. A przy tym znacznie tańsze, zdrowsze i prostsze w stosowaniu. Bardzo dobrze znam siebie – więc się nie boję.

 

W 99% przypadków ludzie uważają, że „metody naturalne” to tzw. „kalendarzyk małżeński” oparty na jakichś mechanicznych „wyliczeniach bezpiecznych dni cyklu” – co było, owszem, stosowane, ale…w latach 30 – tych ubiegłego stulecia!

 

We współczesnych metodach NPR NICZEGO SIĘ NIE „WYLICZA”! Opierają się one bowiem głównie na coraz doskonalszych metodach obserwacji cyklu (ostatnio moim marzeniem jest elektroniczny tester płodności), w celu jak najdokładniejszego wyznaczenia momentu jajeczkowania, co może posłużyć nie tylko do uniknięcia poczęcia, ale i dla jego precyzyjnego zaplanowania. I dlatego – wbrew obiegowej opinii – do ich stosowania wcale nie jest konieczne, żeby mieć podręcznikowo regularne cykle. Czego sama jestem najlepszym przykładem.

 

Przeciwnicy tego typu metod często mówią też o „tyranii wykresów i mierzenia temperatury” – tak, jakby konieczność założenia prezerwatywy czy też terminowego połknięcia pastylki naprawdę wpływała dużo lepiej na spontaniczność współżycia!

 

A co do ich rzekomej „nieskuteczności” – bardzo mnie dziwi, że nikt nie stawia tego typu zarzutu w przypadku, kiedy kobieta „zapomni” połknąć pigułkę, albo mężczyzna źle założy prezerwatywę. Prawda bowiem jest taka, że „metod naturalnych”, podobnie jak korzystania z antykoncepcji, trzeba się NAUCZYĆ. I to dobrze. (Ja rozpoczęłam tę naukę na długo przedtem, zanim postanowiłam z kimś się kochać…)

 

Przeraża mnie myśl, że większość młodych kobiet (że już o ich partnerach nawet nie wspomnę!) nie ma zielonego pojęcia o tym, jak przebiega ich naturalny cykl (notabene, pigułka antykoncepcyjna działa tak, że go blokuje). A przeciętne małżeństwa zaczynają się tym interesować dopiero, kiedy NIE MOGĄ doczekać się potomstwa.

 

POSTSCRIPTUM II: Wiesz, kochanie, zastanawiałam się dzisiaj, w jaki sposób będziemy „uświadamiać” nasze dzieci. I wiem na pewno, że nie chcę im opowiadać bajek o kapuście i bocianach (albo – aniołkach), które przynoszą dzieci. Powiem im po prostu, że urodziły się ze mnie – i urosły we mnie z nasionka, które dał mi tatuś. Ładnie, prawda?