O trudnej sztuce pomagania…

Jak wiadomo, jestem osobą niepełnosprawną, więc kiedy tylko zaczęłam pisać ten tekst, natychmiast stanęły mi przed oczami dwie pobożne panie, które aż tak bardzo”chciały mi pomóc” w pewnym kościele, że mnie skutecznie…z obu stron unieruchomiły – tak, że poczułam się prawie jak ich zakładniczka.


No, tak – można by powiedzieć, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane i na tym zakończyć. 

Ale refleksja nad tym problemem dała mi też okazję do osobistego rachunku sumienia. Zastanawiam się, czy ja, ze swoją chęcią pomagania i doradzania bliźnim, też nie jestem swego rodzaju „emocjonalną prostytutką.” 

„Tylko mi powiedz, co Cię trapi, a ja na pewno znajdę lekarstwo!” – zdaje się mówić taki ktoś, i aż się pali, żeby nam”pomóc.” 

Swego czasu, pisząc tego bloga, sama się przekonałam, że próba takiego – nawet bardzo  delikatnego – wejścia bez pukania w czyjeś życie może być bardzo bolesna dla mnie samej, chociaż zrobiłam to w dobrej wierze.

Czasami wystarczy powiedzieć/napisać o jedno słowo za dużo – i już masz w kimś osobistego wroga…

Muszę się doprawdy bardzo pilnować, żeby nie być jak ten człowiek, co powiedział: „Ja tak bardzo kocham ludzi – szkoda tylko, że oni nie chcą tego docenić!”

Gdy choruje miłość…

Niewiele się o tym mówi, ale niektóre kobiety odczuwają psychiczny przymus karania i krzywdzenia swoich dzieci – także po to, by wzbudzać współczucie u innych.

Znam taką, która ma kilkunastoletniego syna, który we wczesnym dzieciństwie przeszedł jakieś schorzenie mózgu – i jakże ta kobieta uwielbia go karcić, strofować i powtarzać (w jego obecności!), że jest on dla niej, biednej wdowy, jedynie „krzyżem” i dopustem bożym… Czasami pomagam mu w lekcjach i widzę, jak „sztywnieje” w obecności wiecznie niezadowolonej matki.

Chłopiec rzeczywiście ma pewne problemy z nauką i zapamiętywaniem, ale poza tym jest miły, wrażliwy i dobrze wychowany – a z pewnością nie jest też aż tak upośledzony, aby nie rozumiał, że te wszystkie raniące uwagi odnoszą się właśnie do niego. Jak wiadomo, sama jestem niepełnosprawna, ale NIGDY, ale to nigdy nie słyszałam od swoich rodziców podobnych słów…

Czasami można wręcz odnieść wrażenie, że ta pani pławi się we własnym cierpieniu i poczuciu poświęcenia…

Słyszałam o przypadkach, kiedy rodzice niepełnosprawnych dzieci odmawiali im leczenia albo skutecznej pomocy, tylko po to, by wzbudzić litość („bo ja mam takie biedne, chore dziecko!”), albo, co gorsza, otrzymywać na nie zasiłki z opieki społecznej.

Nigdy nie mogłam  zrozumieć, dlaczego ludzie robią własnym dzieciom takie rzeczy. A może to jakaś specyficzna, łagodna forma zespołu Münchausena?*

*Zastępczy Zespół Münchausena (MSBP) zaliczany jest do najtrudniejszych do zdiagnozowania przejawów maltretowania dziecka. Jest zaburzeniem psychologicznym, charakteryzującym się tym, że matka celowo wywołuje pewne schorzenia, wyrządzając własnemu dziecku fizyczną lub/i emocjonalną krzywdę. Można tu wymienić np. wywoływanie u dziecka wymiotów, biegunek, powodowanie krwawień, podduszanie, celowe łamanie kości, podtruwanie, a nawet zastrzyki z ekskrementów…

Tak wywołane objawy wykorzystuje się potem, aby zwrócić uwagę na siebie – jako osobę „kochającą” i niezwykle „oddaną dziecku”. Sprawca, którym zwykle jest rodzic (matka) lub opiekun, celowo przekłamuje historię, oznaki lub symptomy występujące u dziecka, aby zaspokoić swoje psychologiczne potrzeby. Matkę może wspierać (lub uczestniczyć) w tym procederze inny członek rodziny.

Uważa się, że istnieją trzy podstawowe typy chorych matek: „szukająca pomocy”, „czynny sprawca” oraz „lekarz-pasjonat”:

1) Szukająca pomocy – oczekuje zainteresowania ze strony służb medycznych i socjalnych, aby móc okazać swój lęk, wyczerpanie, depresję lub niemożność podjęcia opieki nad dzieckiem. Często pochodzi z rodziny patologicznej lub była ofiarą przemocy domowej. Kobiety tego typu często są samotnymi matkami i/lub ich ciąża nie była chciana.

2) Czynny sprawca – celowo wywołuje chorobę u dziecka drastycznymi metodami, jest nadpobudliwa, ma skłonności depresyjne i silnie rozwinięte mechanizmy zaprzeczania, charakteryzuje się ambiwalencją uczuć i paranoidalną projekcją.

3) Lekarz-pasjonat – cierpi na obsesję bycia najważniejszą osobą w całym procesie leczenia, jest przekonana, że jej dziecko naprawdę choruje i że tylko ona wie, co mu dolega, dlatego nie przyjmuje do wiadomości diagnozy stawianej przez lekarzy i wymyśla własne metody leczenia.

Według niektórych badaczy matki „szukającej pomocy” nie należy w zasadzie zaliczać do chorych na MSBP, gdyż jej zachowanie ma na celu jedynie zwrócenie uwagi na rzeczywiście przeżywane problemy. Pozostałe dwa typy matek stanowią jednak poważne zagrożenie dla zdrowia i życia dziecka.

(Opracowałam na podstawie: www.dentopolis.org/dentopedia/Zespol_Munchausena)

Zakała rodziny?

Stare przysłowie mówi, że nigdy nie należy „chwalić dnia przed zachodem słońca” – i z pewnością odnosi się to również do naszych dzieci.

Znałam mamusię, która miała dwóch synów – jeden, w młodości chodzący ideał i ministrant, zaraz po wyjściu spod maminych skrzydeł zgotował żonie i dzieciom istne piekło na ziemi, drugi zaś, awanturnik i niebieski ptaszek, zmajstrował nieletniej panience dziecko, mając lat zaledwie 18 – za co został przez matkę wypędzony z domu – jednak do dziś (od dwudziestu lat!) żyje z tą samą małżonką przykładnie.

Znałam też taką, co to pouczała wszystkich, „jak to trzeba wychowywać dzieci” – a syn, którego „gwałtem pchała” na lekarza, rozpił się i po pijanemu przejechał człowieka, natomiast córka odebrała męża niepełnosprawnej kobiecie. Była jeszcze i taka, która marzyła, żeby synuś został księdzem, a że ów zupełnie „woli Bożej” nie czuł, siłą go odwoziła do seminarium, z którego notorycznie uciekał…

A żeby już tak daleko nie szukać… Mój młodszy brat, kiedyś słynący z nie najmądrzejszych pomysłów, ustatkował się wreszcie i ciężko pracuje w Anglii na utrzymanie swojej rodziny – a ja,  ta zawsze grzeczna i wzorowa, poślubiłam byłego księdza…

No, i które z nas teraz jest tą „czarną owcą” w rodzinie?:) A, Bóg jeden wie, Bóg jeden wie…

To zupełnie tak, jak w pewnej „arabskiej” historyjce, którą gdzieś kiedyś znalazłam (niestety, było to dawno temu i wiem, że ani wiernie ani w całości nie przytoczę…).

„Mędrzec rzekł:
– Moja żona zaszła w ciążę i po upływie dni urodziła syna…
– O, to dobrze! – zakrzyknęli słuchacze.
– Może dobrze, może źle, któż to wie? Gdy syn mój dorósł, zaciągnął się do wojska i wyruszył z sułtanem na wojnę…
– O, to niedobrze! – zawołali słuchający.
– Może dobrze, może źle, któż to wie? Sułtan odznaczył mego syna z uwagi na dzielność, i powrócił on do nas jako człowiek majętny…
– O, to dobrze!
– Może dobrze, może źle, któż to wie? Mój syn został ciężko ranny i wrócił do domu kaleką…
– O, to niedobrze!
– Może dobrze, może źle, któż to wie?”
I tak dalej, i tak dalej…

 
Czarna owca, biała owca… która jest która? Któż to wie? 🙂

(Źródło obrazka: www.picasaweb.google.com)