Podręczny Słownik Katolicyzmu: NIEPOKALANE POCZĘCIE.

Nie ukrywam, że do napisania tego krótkiego posta skłoniła mnie rosnąca irytacja wywołana powtarzaną bez umiaru w dyskusjach o in vitro kwestią, iż „Kościół powinien kochać dzieci z zapłodnienia pozaustrojowego – bardziej niż inne – ponieważ są one (sic!) niepokalanie poczęte.”

Trudno o większą bzdurę. Po pierwsze dlatego, że – wbrew temu, o czym wszyscy myślą! – termin „niepokalane poczęcie” NIE DOTYCZY Jezusa i tego, że począł się On bez udziału mężczyzny – tylko Jego Matki i tego, że miała Ona być OD POCZĄTKU swego życia („od poczęcia”) bez grzechu.

Co ciekawe, Kościół katolicki długo zwlekał z ogłoszeniem tego dogmatu, co do którego pewne wątpliwości teologiczne zgłaszali np. św. Bernard z Claviraux (notabene, wielki czciciel Maryi) i św. Tomasz z Akwinu. („Za” był za to św. Augustyn:)). Ostatecznie, po zasięgnięciu opinii 604 biskupów z całego świata (z których tylko 4 lub 5 wyraziło sprzeciw, a dwudziestu paru poleciło wstrzymać się z dogmatyzacją tej sprawy) – papież Pius IX ogłosił go dopiero w roku 1854 – mimo istniejącej już od Średniowiecza tradycji obchodzenia „święta Niepokalanej.”

Po drugie – seks (w małżeństwie) nie jest czymś, co „kala”, brudzi człowieka – i żaden z głównych Kościołów chrześcijańskich nigdy nie nauczał inaczej. Matka Jezusa jest – zarówno przez Rzym, jak i liczne wyznania prawosławne – uważana za „najczystszą” – a przecież (o ile mi wiadomo) przyszła na świat w wyniku normalnego zbliżenia swoich rodziców.

Po trzecie wreszcie – NAWET GDYBY przyjąć to błędne w swej istocie rozumowanie, że „bez seksu”=”bez grzechu”, to NIE SPOTKAŁAM się dotąd z in vitro, które mogłoby dokonać się bez udziału „pierwiastka męskiego” (przeciwnie, panowie są tu zmuszeni do oddawania swego nasienia w dość zawstydzającej procedurze) – być może jest to dopiero kwestia przyszłości – toteż ani dzieci z in vitro (niczego im nie ujmując!) nie mogą być uznawane za „niepokalanie poczęte” jak Jezus (jak z rozbrajającą ignorancją wyznała pewna poczęta pozaustrojowo panienka) – ani też Jezusa nie sposób uznać za pierwsze w dziejach „dziecko z próbówki.”

Nie łudzę się wprawdzie, że mój skromny tekst powstrzyma wszystkich samozwańczych „ekspertów od teologii” od używania takich nieprawdziwych (i w istocie niepotrzebnych) argumentów w dyskusji – ale może chociaż nie będą ich używać moi Czytelnicy?:)

Wstydliwa (księżniczka) Europa…

A czegóż się to tak wstydzą mieszkańcy Starego Kontynentu (który swą nazwę wziął od mitycznej księżniczki, którą to Zeus posiadł był ponoć pod postacią byka), ach, czego?:) Czy może wysokiego współczynnika rozwodów i rozpadu więzi rodzinnych? Albo może tego, że się starzeją, programowo odmawiając posiadania dzieci, choć właśnie tutaj mogłyby one żyć spokojnie i szczęśliwie? Nie? No, to może tego, że są kraje, gdzie prawie 50% młodych ludzi pozbawionych jest pracy, a coraz większa liczba Europejczyków żyje w biedzie? Także nie. Europejczycy otóż, proszę Państwa, wstydzą się własnej przeszłości – a była to przeszłość, nie da się ukryć i o zgrozo, (między innymi) chrześcijańska.

Przykłady można by mnożyć. Pierwszy z brzegu to przypadek sprzed kilku lat, kiedy to w „Kalendarzu szkolnym dla uczniów UE” umieszczono święta wszystkich możliwych religii – z wyjątkiem tych obchodzonych przez chrześcijan. (Rozumiem, że następnym logicznym krokiem powinno być urzędowe zniesienie niedzieli jako dnia wolnego od pracy – czas wreszcie skończyć z tym widomym znakiem tyranii tylko jednej religii!:) Przypominam, że pewne światłe próby w tym względzie już były: w czasach Rewolucji Francuskiej oraz w Rosji Stalina…)

W dobrym tonie jest wciąż jeszcze życzyć „wszystkiego najlepszego” z okazji owych świąt, lecz im mniej konkretnych do nich odniesień, tym lepiej. W wielu miastach Europy tradycyjne „jarmarki bożonarodzeniowe” pozamieniano na „neutralne” – zimowe lub „sezonowe”. Poprawnościowa histeria doszła już do tego, że w wielu miasteczkach (przede wszystkich tych zamieszkiwanych przez mniejszość muzułmańską, choć nie tylko) „zakazano” oficjalnie obchodów Bożego Narodzenia, nawet w tak zeświecczonych przejawach, jak zapalanie światełek – choć, doprawdy, trudno uznać poczciwą choinkę za symbol stricte religijny…

Dziwi mnie to także dlatego, iż (o czym nie wszyscy wiedzą) także bracia muzułmanie mają w swym kalendarzu „narodzenie Jezusa”, oczywiście jako pomniejsze wspomnienie. Tymczasem w Izraelu „wielkie oburzenie” – jedna z tamtejszych modelek, prawowierna Żydówka, ośmieliła się wystąpić w reklamie „w stroju chrześcijańskiego świętego Mikołaja”! Spieszę uspokoić pobożnych Żydów – ten charakterystyczny czerwony strój wymyślili w latach 30-tych ubiegłego stulecia specjaliści od marketingu w firmie Coca-Cola – i od dawna nie ma on już absolutnie nic wspólnego z chrześcijańskim biskupem Myry…

Ostatnio też Unia Europejska, jak zawsze dbała o to, by „innowiercy” nie cierpieli w chrześcijańskich kazamatach, poleciła Słowacji, która chciała na swoich euro umieścić historyczny dla siebie symbol arcybiskupiego krzyża, by „jeszcze raz przemyślała tę decyzję.” No, tak – „przecież każde europejskie dziecko wie”, że takie symbole to samo zło – i inaczej być nie może.

Ciekawam, czy dzisiejsi ojcowie Unii pamiętają jeszcze o tym, że ów charakterystyczny wianuszek dwunastu złotych gwiazdek na niebieskim tle to ni mniej ni więcej tylko… symbol maryjny, zaczerpnięty z „Cudownego Medalika” św. Katarzyny Labouré? Sądzę, że nie mają o tym zielonego pojęcia, gdyż w przeciwnym razie zmieniliby go w te pędy. :)

Proszę mnie dobrze zrozumieć – wcale nie chodzi mi to, by niechrześcijanie „oddali nam nasze święta.” Wierzę głęboko, że Boże Narodzenie (podobnie, jak i sam Jezus zresztą), ze swoim przesłaniem miłości i pokoju należy już dziś do całej ludzkości – i oby tak pozostało. Chodzi mi tylko o to, że nie da się – moim zdaniem – naprawdę szanować tradycji „innych”, jeśli się nie ceni i nie szanuje własnej.

Czy to naprawdę symbol wywrotowy?:)