„Rozwód kościelny” czy „unieważnienie małżeństwa”?

Kurialiści sami przyznają, że liczba kościelnych „unieważnień małżeństwa” stale rośnie, bo ci, którzy rozwiązali swój związek w prawie cywilnym, coraz częściej chcą też być „w porządku wobec Boga.”

Poza „tradycyjnymi” przyczynami, takimi jak np. impotencja (ale nie bezpłodność!) czy zmuszenie do ślubu (przy czym moim zdaniem można by tu spokojnie dodać także wcale jeszcze nierzadkie „śluby na musiku”, kiedy to młodzi pewnie nigdy by się nie pobrali, gdyby nie to, że dziecko już było w drodze – sama miałam taką koleżankę, która zresztą rozwiodła się po kilku latach…) bardzo wygodną furtką dla osób chcących „wyczyścić swoją kościelną kartotekę” może być kanon 1095 Kodeksu Prawa Kanonicznego. A dokładniej – jego trzeci paragraf.

Otóż mówi on o tym, że „niezdolni do zawarcia małżeństwa są ci, którzy z przyczyn natury psychicznej nie są zdolni podjąć istotnych obowiązków małżeńskich.” Oprócz zdiagnozowanych chorób psychicznych można pod to „podpiąć”życiową niedojrzałość, a nawet… wrodzone dwie lewe ręce. To dlatego blisko 80 procent wszystkich pozwów o unieważnienie dotyczy właśnie naruszenia zasad tego kanonu.

Znacznie rzadziej małżeństwo staje się nieważne z powodu alkoholizmu jednego z małżonków, zatajenia ważnych informacji (np. tych o nieślubnych dzieciach…) czy też udawania podczas składania przysięgi.

– To dowodzi fatalnej kondycji psychicznej młodych ludzi, którzy po prostu nie dorastają do roli małżonków. Nikt ich do tej roli nie przygotowuje. W mediach małżeństwo i ślub ukazywane są tylko jako zabawa – ubolewa bp Tadeusz Pieronek, zresztą profesor prawa kanonicznego.

(Na podstawie artykułu z Onet.pl)

No, cóż – zawsze uważałam, że „rozwód kościelny” (z prawem zawarcia kolejnego sakramentalnego małżeństwa dla strony „poszkodowanej”) powinien być zastrzeżony dla sytuacji zupełnie wyjątkowych (ażeby Jezus nie wypomniał nam kiedyś, jak faryzeuszom, „zatwardziałości serc”) oraz takich, gdzie doszło do rażącego złamania przysięgi małżeńskiej – poza alkoholizmem mogłaby to być np. notoryczna niewierność, maltretowanie fizyczne i psychiczne oraz porzucenie przez małżonka. 

Miałam kiedyś znajomego, bardzo przyzwoitego człowieka, którego młoda i piękna żona niedługo po ślubie (kościelnym, a jakże!) wyjechała do Niemiec w towarzystwie pewnego – exucusez le mot! – starego dziada z dużym…portfelem, a kiedy już go wydoiła do cna, zaczęła tam pracować po prostu w nocnych klubach.

Zrozpaczony chłopak, kiedy wszelkie próby sprowadzenia wiarołomnej do domu zawiodły, zaczął topić smutki w alkoholu. Przed stoczeniem się na dno uratowała go inna, bardzo pobożna, kobieta z którą ma tylko ślub cywilny – i dla której kościelna sankcja za ten „straszliwy grzech” jest ogromnym cierpieniem…

(Były) ks. Tomasz Jaeschke w swojej książce przytacza natomiast przykład kobiety, która samotnie wychowywała niepełnosprawnego syna – bo jej ślubny ulotnił się natychmiast po tym, jak dowiedział się, że dziecko jest chore. Po kilku latach poznała mężczyznę, który pokochał ją i jej dziecko – niestety, zdecydowali się rozstać, bo człowiek ten, będąc osobą głęboko religijną, nie wyobrażał sobie życia bez sakramentów…

I czy naprawdę sądzicie, że w takich przypadkach sam Jezus miałby coś przeciwko temu, żeby ci wszyscy ludzie byli szczęśliwi? On, który tak często powtarzał, że to nie człowiek jest dla Prawa, lecz Prawo dla człowieka?


Postscriptum: A jeśli kogoś to interesuje, to przy warszawskim klasztorze Ojców Dominikanów przy ul. Freta powstało właśnie nowe duszpasterstwo dla osób żyjących w związkach niesakramentalnych. I bardzo dobrze! Oby jak najwięcej takich miejsc… Tacy ludzie często naprawdę BARDZO potrzebują duchowego wsparcia – w myśl zasady, że „nie potrzebują lekarza zdrowi, ale ci, którzy się źle mają.” (Oj, wiem coś o tym, wiem…). I myślę, że mój dawny spowiednik, o. Mirek Ostrowski, robi tam całkiem dobrą robotę…

Lepiej być ateistą czy wierzącym?;)

W pewnych kwestiach na pewno łatwiej jest wierzącym – na przykład w razie śmierci bliskiej osoby albo kiedy zdarzy się inne nieszczęście – teista przynajmniej wie, Kogo OBWINIĆ…;)

Ateistom może być trudniej w krajach takich, jak Polska (choć nie tylko) gdzie pewne obrzędy o charakterze religijnym stanowią część kultury – więc jeśli w czymś nie uczestniczysz (np. nie ochrzcisz dziecka czy nie posyłasz go na religię) uchodzisz za dziwaka lub nawet „element aspołeczny.”

Wierzący za to mają gorzej w krajach bardzo zlaicyzowanych, gdzie chętnie przypisuje im się ciemnotę, zabobon, zboczenia – i w ogóle wszystko, co najgorsze. (Czasami aż dziw bierze, że ludzie w tych krajach nie wierzą jeszcze, jak przed wiekami, że chrześcijanie – a osobliwie katolicy – zatruwają studnie i porywają niewinne niewierzące dzieci…;))

W niektórych kręgach być ateistą znaczy: być inteligentnym, światłym człowiekiem – być wierzącym, wręcz przeciwnie. Często odnoszę wrażenie, że w krajach Zachodu mniejszej odwagi wymaga publiczne przyznanie się do homoseksualizmu, niż do codziennej modlitwy…

W innych kręgach kulturowych natomiast (kraje muzułmańskie) zarówno za przejście na wiarę inną niż islam, jak i za otwarcie deklarowany ateizm można zapłacić głową. 

Chętnie przypisuje się ateistom większą „wolność” w kształtowaniu własnych poglądów i przekonań – do tego stopnia, że niekiedy wyrazy „ateista” i „wolnomyśliciel” stają się wręcz synonimami – jak gdyby światopogląd teistyczny, sam w sobie, stanowił zagrożenie dla „wolności myślenia” – i jakby odrzucenie a priori samej MOŻLIWOŚCI istnienia Boga również nie było jakimś myślowym ograniczeniem.
Z drugiej zaś strony wierzący chętnie – zbyt chętnie! – są skłonni przypisywać niewierzącym prostą chęć uwolnienia się od wszelkich moralnych zasad i ograniczeń, które nieodłącznie związane są z każdą religią. Tymczasem (choć znałam ateistę, który z Dziesięciorga Przykazań uznawał jedynie dwa: „nie zabijaj!” i „nie kradnij!” – i do dziś nie wiem, co jest według niego złego np. w zakazie zdradzania żony…) etyka „religijna” i „świecka” choć różnią się od siebie w szczegółach, posiadają jednak wyraźną część wspólną…
Zresztą, jak tu już kilkakrotnie pisałam – jeśli Bóg istotnie jest miłością, to ostatecznie „linia podziału” nie przebiega wcale pomiędzy (deklarowaną) wiarą i niewiarą, a tylko pomiędzy miłością (do bliźniego) a jej brakiem. Mogłabym bez wahania wymienić kilku (formalnie rzecz biorąc) ateistów, którzy zasługują na to, by ich wynieść na ołtarze jako przykład do naśladowania dla wierzących.
Tak więc, podobnie jak wielu innych ludzi (i to nie tylko tych znajdujących się gdzieś na „obrzeżach katolicyzmu” – jak to trafnie określił były jezuita, Stanisław Obirek) – zawsze wolałam szukać tego, co mnie z ludźmi o odmiennych przekonaniach łączy, niż tego, co dzieli.
A obok pytania „w co wierzy ateista?” wciąż równie ważne i ciekawe jest dla mnie to, w co tak naprawdę wierzy ten, kto twierdzi, że wierzy…
Szczerze mówiąc – nie umiem nawet odpowiedzieć na pytanie postawione w tytule. Nie wiem, kto ma „łatwiej” – wierzący czy niewierzący. To wszystko zapewne zależy – od czasu, miejsca i wielu innych okoliczności. 
Ale też nigdy nie uważałam, by wierzącym w Boga musiało być w życiu koniecznie „lekko, łatwo i przyjemnie.” Naprawdę wartościowe jest to, za co gotowi jesteśmy zapłacić wysoką cenę… 
Postscriptum: Znana ze swoich kontrowersyjnych wypowiedzi na temat religii prof. Magdalena Środa niedawno stwierdziła, że „ma poglądy oświeceniowe” i w związku z tym „marzy jej się świat bez religii” – które to „być może są pożyteczne w wymiarze indywidualnym, ale szkodliwe POLITYCZNIE.”

Pominę tu już fakt, że w dobie Oświecenia sądzono dokładnie ODWROTNIE: że osobista pobożność jest niepotrzebna i śmieszna, ale religia państwowa pomaga utrzymać ład społeczny. 🙂 Ale (pomimo wszystkich ich wad) wydaje mi się, że świat bez religii wcale nie byłby takim „laickim rajem” jaki sobie wyobraża pani Środa – obawiam się raczej, że jeszcze bardziej przypominałby piekło… (Ciekawe, czy to tylko przypadkiem tradycyjnie laicka Francja ma najwyższy w Europie wskaźnik samobójstw…).

Ludzie, pani profesor to takie istoty, które są skłonne mordować się w imię dowolnej idei, religijnej czy nie – i ani wierzący, ani ateiści nie mogą się w tej kwestii wymówić od winy. Niestety.

A w dzisiejszej „Trybunie” inna czołowa ideolog współczesnej lewicy, Joanna Senyszyn, stwierdziła, że „państwa, które nie są w pełni (?) świeckie to relikt przeszłości” – odnosząc się przy tym z aprobatą to niedawnego wyroku Trybunału w Strasburgu w sprawie usunięcia krzyży ze szkół we Włoszech. Dla mnie jest to mimo wszystko pewnego rodzaju ograniczenie praw większości w celu obrony praw mniejszości – i nie jestem pewna – słuszne to, czy nie. (W sprawach sumienia logika „demokracji” nie powinna chyba odgrywać roli decydującej – często mówię o sobie, że byłabym chrześcijanką nawet wtedy, gdyby mi przyszło być jedyną taką osobą na świecie…)

Bardziej bowiem interesuje mnie inna kwestia – jak pani Senyszyn wyobraża sobie tę „pełną świeckość” w krajach takich, jak np. Wielka Brytania, gdzie tradycyjnie władca jest także…było, nie było…głową Kościoła? 🙂

Św. Marcin Luter?

W tradycyjnym katolicyzmie od wieków przyjęło się przeciwstawianie „dobrego” reformatora, np. św. Franciszka, który próbował odmienić oblicze chrześcijaństwa własnym przykładem ubóstwa i modlitwy – oraz „złego”, Marcina Lutra, który otwarcie gromił grzechy Kościoła – a w końcu (chyba trochę wbrew swej woli…) utworzył własny…

A jednak czasami, jak sądzę, trzeba zło i grzech w Kościele odważnie nazywać po imieniu (co wcale nie znaczy – piętnować grzesznika – co tak chętnie i gorliwie robimy czasem w odniesieniu do ludzi, znajdujących się jakoś „poza” Kościołem – patrz: casus Alicji Tysiąc, choć i za nią przecież umarł Chrystus…) – bo inaczej takie przykłady wiary, jak św. Franciszek są tylko rodzajem „listka figowego”, którym osłaniamy naszą własną grzeszność.  My możemy być kiepskimi ludźmi, bo przecież oni byli „święci” – i w perspektywie całego Kościoła to i tak wychodzi in plus.

Tak właśnie z całą pewnością rozumowali dostojnicy i prałaci w czasach Franciszka: mogli się nadal spokojnie tarzać w bogactwie i rozpuście, bo jakaś mała „grupka wariatów” postanowiła być „święta” ZAMIAST nich…

Zestawienie Franciszka i Marcina jest rzeczywiście ciekawe. Pierwszy uważał, że można „naprawić świat” przez miłość, radość i pokorę – a drugi, za swoim mistrzem, surowym św. Augustynem, że świat (a więc i człowiek) jest aż do tego stopnia zepsuty, że uratować go może jedynie łaska Boża. 

Z drugiej strony, czy mógł dość do innych wniosków, obserwując rozpasanie i korupcję w Kościele Juliusza II? Czy mógł bez zastrzeżeń, pokornie uwierzyć, że WSZYSTKO, co robią ci ludzie, jest przejawem „świętości Kościoła”? 
W październiku 1510 roku Luter przyjechał do Rzymu w sprawach swojego zakonu i wrócił zdruzgotany tym, co tam zastał. 
Zobaczył papieża, poświęcającego więcej czasu wojnom niż administrowaniu Kościołem (to o Juliuszu II opowiadano przecież dykteryjki, że w razie gdyby św. Piotr nie zechciał go wpuścić do raju, gotów ze swoją armią szturmować Niebo), gorszące zachowania księży, bluźniercze szafowanie sakramentami, a wreszcie – co wywołało w nim największy wstrząs i oburzenie – odprawianie aż siedmiu mszy świętych przy jednym ołtarzu (Pewien ksiądz, widząc, że Luter odprawił dopiero jedną trzecią swojej mszy, miał ponaglać go słowami: „Pospiesz się, inni czekają!” Podobne problemy miał zresztą kilka wieków później o. Pio…).
Nie bez racji chyba powiedział o nim papież Jan Paweł II:
„Naukowe badania uczonych, tak ze strony katolickiej, jak i ewangelickiej, (…) w których już osiągnięto znaczną zbieżność poglądów, doprowadziły do nakreślenia pełniejszego (…) obrazu osobowości Lutra oraz skomplikowanej rzeczywistości historycznej, politycznej, społecznej i kościelnej pierwszej połowy XVI wieku. W konsekwencji została przekonująco ukazana głęboka religijność Lutra, którą powodowany stawiał z gorącą namiętnością pytania na temat wiecznego zbawienia. Okazało się też wyraźnie, że problemu zerwania jedności Kościoła nie można sprowadzić ani do niezrozumienia ze strony pasterzy Kościoła katolickiego, ani też jedynie do braku zrozumienia prawdziwego katolicyzmu ze strony Lutra…”
Wydaje się zresztą, że sam Luter wcale nie pragnął zrywać z kościelną tradycją, a jedynie ją „oczyścić” i zachować w takim kształcie, na jaki pozwalało jego pojmowanie Pisma Świętego. Zaciekle zwalczał niektórych co bardziej radykalnych reformatorów (zresztą trochę jakby wbrew własnemu poglądowi, że każdy powinien mieć prawo do osobistej interpretacji Pisma…:)) – do końca wierzył np. w rzeczywistą (a nie jedynie symboliczną) obecność Chrystusa w Eucharystii – co zresztą spowodowało, że wiele z ponad 500 istniejących dziś Kościołów i sekt protestanckich wypiera się jakichkolwiek związków z „doktorem Marcinem.”

Oczywiście, popełnił przy tym wiele błędów (a jednym z nich było chyba właśnie to przekonanie, że w miejsce „obalonej” Tradycji katolickiej wszyscy teraz powinni entuzjastycznie przyjąć JEGO punkt widzenia)  , a polityczne konsekwencje niektórych z nich były wręcz tragiczne w skutkach (wojny religijne w nowożytnej Europie itp.) – ale który ze świętych był od nich wolny?

A trzeba sobie powiedzieć jasno i stanowczo, że dopiero tak wielkie „trzęsienie ziemi”, które wywołał, obudziło niektórych chrześcijan z letargu, w którym tkwili od kilku stuleci, przekonani, że wystarczy  formalnie „być w Kościele” i spełniać pewne czysto zewnętrzne praktyki, aby wejść do nieba obydwiema nogami. 

Wystąpienie Lutra doprowadziło m.in. do zwołania soboru, który m.in. powołał do życia seminaria duchowne i pozwolił przełożyć Biblię na języki narodowe także w środowiskach katolickich (choć musiało upłynąć jeszcze kilka stuleci, nim katolicy zaczęli Biblię CZYTAĆ…). 

To Luter przypomniał całemu Kościołowi, że oprócz „uczynków” ważna jest także wiara, wewnętrzna przemiana serca… Inna sprawa, że nie wiadomo, na ile to osobiste spotkanie z Chrystusem zaszło w nim samym. Ale przecież nie można powiedzieć, by owoce jego działania były jednoznacznie złe.

Dlatego kiedyś z radością przyjęłam poświęconą mu ekumeniczną konferencję pod znamiennym tytułem: „MARCIN  LUTER – ŚWIADEK JEZUSA CHRYSTUSA.” Z pewnością zasłużył sobie na ten zaszczytny tytuł.