Świętej Bożej Rodzicielki Maryi…

ja przeklęta
między niewiastami
doznałam cudu
Przemienienia
materii w żyjące ciało
wielkie rzeczy
uczynił mi Wszechmogący…
Dzisiaj nasz synek – Antoś – ukończył dwa latka…

Rozważania adwentowe…

Jak powiedział kiedyś ks. Oszajca – w Kościele największy jest ten, kto najbardziej KOCHA. Choć niektórych zwłaszcza noszenie sutanny skłania do myślenia o sobie jako o kimś wyjątkowym i wielkim – podczas, gdy wszyscy powinniśmy tak myśleć raczej o innych (a zwłaszcza o Bogu).

W związku z powyższym nurtuje mnie od pewnego czasu przeczytana na Onecie opinia pewnego latynoskiego hierarchy, który stwierdził z niewzruszoną pewnością, że „homoseksualiści i transseksualiści nie wejdą do Królestwa Bożego.” No, zgoda, może i grzeszyli (choć i Katechizm odróżnia przecież samą SKŁONNOŚĆ od CZYNÓW grzesznych – i chociaż nie bardzo rozumiem, czym mogli zgrzeszyć transseksualiści, jeśli dla wielu z nich sytuacja „bycia w niezgodzie z własnym ciałem” jest po prostu wielkim, osobistym cierpieniem) – ale któż z nas jest bez grzechu? A jeśli, dajmy na to, taki homoseksualista zdecyduje się umrzeć za wiarę w Chrystusa, to też nie będzie mu to policzone? Nie ma najmniejszych szans, by się „prześlizgnąć” przez tę ciasną bramę? Ani-ani?

 ***

A przy okazji ostatniego „polecenia” mojego bloga przez Onet dostałam – jak zwykle w takich razach – także kilka maili o treści zbliżonej do: „Dziękuję, że potrafisz tak być z Panem Bogiem za pan brat…” Odparłam na to, że to wcale nie ja jestem z Nim „za pan brat” (choć za czasów mojej młodości bywało inaczej…) tylko On, pomimo wszystko, nigdy nie przestał mnie kochać. Bóg jest wielką miłością – tego jednego jestem pewna. SŁYSZELIŚCIE kiedyś tę Ewangelię?”I przyszły do Jezusa wielkie tłumy mając z sobą chromych, ułomnych, [jak ja…] niewidomych, niemych i wielu innych, i położyli ich u nóg Jego, a On ich uzdrowił. ” (Mt 15,30) Słyszeliście to? Uzdrowił ich… Zgodnie z prawem mojego Kościoła nie mogę teraz przystępować do spowiedzi i komunii (choć co noc widzę to w moich snach…), ale zawsze mogę przecież „upaść do nóg Jezusa.” Tego mi nikt nie zabroni…A może Rabbi i mnie uzdrowi? Bo czy On będzie kogoś pytał, czy nie jest czasem transseksualistą, albo żoną byłego księdza? „I otrze Bóg łzę z każdego oblicza.” (Iz 25,8) Z każdego… A więc i z mojego też…


„Nędzni i biedni szukają wody…
a język ich wysechł już z pragnienia. 
Lecz Ja, Pan, wysłucham ich, 
nie opuszczę ich Ja, Bóg Izraela.
Każę wytrysnąć rwącym strumieniom 
na suchych, nagich wzgórzach 
i źródłom wód pośrodku nizin –
by pustynię zamienić w pojezierze…”

(por. Iz 41,17-18)

Incognito, czyli bańka mydlana…

Przez lata „poznałam” przez Internet bez mała tysiące ludzi – w tym także mojego męża – i niektórych z tych znajomości bardzo żałuję (bo dowiedziałam się przy okazji dużo o najciemniejszych stronach natury ludzkiej, w tym także mojej własnej…), inne przerodziły się w trwałe (i już niekoniecznie tylko wirtualne) przyjaźnie. Niektórzy zwierzali się – i zwierzają się nadal – mnie, czasami natomiast ja sama szukałam w Sieci porady i pocieszenia. Ot, internetowe samo życie.

A dlaczego tak jest łatwiej? Ano, chyba z tego samego powodu, dla którego wielu ludzi chętnie opowiada całe swoje życie osobie przypadkowo spotkanej w pociągu, wolontariuszowi z telefonu zaufania czy też nieznajomemu księdzu ukrytemu w ciemnościach konfesjonału (spowiedź”twarzą w twarz”, choć i takie doświadczenia mam za sobą, jest dużo trudniejsza). Poczucie anonimowości i przekonanie, że nigdy „tak naprawdę” się nie spotkamy, pozbawia wielu ludzi zahamowań (i to zarówno w dobrym, jak i w złym tego słowa znaczeniu). Stąd też zapewne wynika, że w Internecie, pomiędzy ludźmi, którzy nigdy się nie widzieli, jest aż tyle złości. Klawiatura wszystko zniesie… 

A z tego pragnienia „ukrycia się ” i jednocześnie zaznaczenia swojej obecności w tłumie rodzą się zarówno internetowe kłamstwa (w tym nierealnym świecie nawet ja mogłabym uchodzić za seksbombę:)), jak i blogi czy też galerie „prywatnych” zdjęć. Albo też żądania wyłącznie internetowej spowiedzi, o czym kilkakrotnie już tu pisałam.

Ale i to poczucie bezpieczeństwa w Sieci bywa zwodnicze, o czym sama niedawno się przekonałam. Otóż niedawno na mojego bloga przypadkiem trafił nauczyciel, który był opiekunem moich studenckich praktyk – i napisał do mnie maila z zapytaniem, czy mianowicie ja to ja. I chociaż nigdy nie napisałam tu świadomie ani słowa nieprawdy (staram się być szczera również w Internecie, co nie zawsze wychodzi mi na zdrowie), to tym bardziej poczułam się zaniepokojona i”zdemaskowana.” Mieszkamy w małym miasteczku, więc sami chyba rozumiecie…


Ostatnio zresztą sama popełniłam poważne „wykroczenie przeciw prywatności” zgadzając się udzielić wywiadu pani redaktor z Onetu. Ma z tego wyjść jakiś artykuł na stronę główną. A ja mam jedynie nadzieję, że ta cała szczerość nie wyjdzie mi bokiem… 🙂

Ale – i to pytanie jakoś nie daje mi spokoju –  może rację ma pewien mój przyjaciel, który twierdzi, że pisanie bloga (bądź co bądź – upublicznionego pamiętnika!) samo w sobie jest już jakimś rodzajem ekshibicjonizmu?