O trudnej sztuce pomagania…

Jak wiadomo, jestem osobą niepełnosprawną, więc kiedy tylko zaczęłam pisać ten tekst, natychmiast stanęły mi przed oczami dwie pobożne panie, które aż tak bardzo”chciały mi pomóc” w pewnym kościele, że mnie skutecznie…z obu stron unieruchomiły – tak, że poczułam się prawie jak ich zakładniczka.


No, tak – można by powiedzieć, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane i na tym zakończyć. 

Ale refleksja nad tym problemem dała mi też okazję do osobistego rachunku sumienia. Zastanawiam się, czy ja, ze swoją chęcią pomagania i doradzania bliźnim, też nie jestem swego rodzaju „emocjonalną prostytutką.” 

„Tylko mi powiedz, co Cię trapi, a ja na pewno znajdę lekarstwo!” – zdaje się mówić taki ktoś, i aż się pali, żeby nam”pomóc.” 

Swego czasu, pisząc tego bloga, sama się przekonałam, że próba takiego – nawet bardzo  delikatnego – wejścia bez pukania w czyjeś życie może być bardzo bolesna dla mnie samej, chociaż zrobiłam to w dobrej wierze.

Czasami wystarczy powiedzieć/napisać o jedno słowo za dużo – i już masz w kimś osobistego wroga…

Muszę się doprawdy bardzo pilnować, żeby nie być jak ten człowiek, co powiedział: „Ja tak bardzo kocham ludzi – szkoda tylko, że oni nie chcą tego docenić!”

Bocian w kapuście.

Już kiedy byłam w ciąży, postanowiłam sobie, że nie będę małemu opowiadać bajek o bocianie i kapuście – tak więc mój niespełna dwuletni synek już wie, że ludzie dzielą się na „panów” i „panie” i że był taki czas, kiedy był w moim „brzuszku” – powtarzam mu także, że sam jest chłopcem i kiedyś stanie się podobny do tatusia… Uczymy go również, że są takie miejsca, które są tylko „moje” i nie powinno się ich dotykać (nie jest więc dobrym pomysłem ciągnięcie taty za różne wystające części ciała…:)).

Kiedy będzie troszkę starszy, dowie się także, że w tym „brzuszku” to wyrósł nam z „nasionka”, które mi podarował tata, i że dziewczynki nie mają siusiaczków… A nieco później również, że przyjście na świat dzidziusia jest związane z „mocnym przytulaniem się” kochających się dorosłych – i tak dalej, i tak dalej…

Wolałabym mu o tym wszystkim opowiedzieć, zanim zrobią to koledzy z podwórka – a już na pewno na długo przedtem zanim zacznie dojrzewać (bo wiadomo, że dla rodziców jest zawsze „za wcześnie” na takie rozmowy, a dla dzieci – zawsze „za późno.”). Nie chciałabym, żeby – tak jak ja kiedyś – pozostał zupełnie sam z rzeczami, których by nie rozumiał.

Ale z drugiej strony, zawsze byłam przeciwna zbytniemu „wybieganiu przed szereg.” Myślę, że w tej materii trzeba tylko możliwie szczerze odpowiadać na takie pytania dziecka, jakie ono aktualnie stawia, takim językiem, jaki jest w stanie zrozumieć.

Nie jestem pruderyjna, ale nigdy też nie uważałam, że dzieci powinny wiedzieć absolutnie WSZYSTKO o życiu intymnym swoich rodziców.

Czytałam nawet o parze, która w ramach uświadamiania swoich dzieci i walki z kołtuństwem oraz zakłamaniem odbyła pełny stosunek na oczach swoich pociech. Według mnie to się ociera już o molestowanie nieletnich…

Co jednak począć, jeśli wszędobylska latorośl, mówiąc kolokwialnie, sama „zaskoczy rodziców w akcji”? Moim zdaniem, najlepiej byłoby zainstalować zamek w drzwiach sypialni (albo przynajmniej nauczyć dzieci, że nie wolno tam wchodzić bez pukania), żeby takie sytuacje w ogóle się nie zdarzały. Ale jeśli już się zdarzy- przede wszystkim – nie panikować! Maluchy kojarzą sobie seks z przemocą, więc dobrze by było spokojnie wytłumaczyć, że to nic „strasznego”, że jest to coś, co dorośli robią, kiedy się kochają – ale że muszą być wtedy sami…

Sprawy intymne są…intymne właśnie – i lepiej, by takimi pozostały.

Gdzieś kiedyś przeczytałam, że seks jest jak skarb, który ofiarowany w ukryciu jest piękną perłą, ale pokazywany wszystkim staje się zwykłym, polnym kamieniem.

Tego się staram trzymać – i na pewno nie będę w imię „nagiej prawdy” (która dziś jest już raczej rozebrana) odzierać moich dzieci z romantyzmu i odkrywania tajemnicy, tłumacząc im ze szczegółami, jak zakłada się prezerwatywę i do czego służy wibrator. Choć zapewne zrobią to za mnie inni…

A propos prezerwatyw, przypomniała mi się jeszcze taka anegdotka.

W czasach II RP produkcją tych wyrobów zajmowały się zakłady Polskiego Przemysłu Gumowego, które, oczywiście, musiały się jakoś reklamować. I pewnego dnia, zwabione reklamą prasową,przedstawiającą kowboja czy też torreadora w obszernym płaszczu i długich butach, do salonu firmowego przyszły dwie pensjonarki, prosząc,aby sprzedać im ten produkt. Jako że nie były to jeszcze czasy”galerianek”, sprzedawca grzecznie odmówił. Na to panienki zapytały, czy mogłyby to chociaż…przymierzyć. Młody ekspedient, krztusząc się ze śmiechu, odparł, że przymierzenie tego artykułu przez dziewczynki będzie raczej niemożliwe. Od słowa do słowa, okazało się, że podlotki były przekonane, że w tej starannie zakamuflowanej reklamie chodziło o…kalosze!:)

  
(A ten uroczy rysunek pochodzi ze strony www.wszystkodladziecka.pl)

Goniąc cienie…

Często (sobie w-) mawiałam, że zajęcia w stylu „naszej klasy” mnie nie bawią: w końcu o czym można na dłuższą metę rozmawiać z ludźmi, z którymi może i coś nas łączyło, ale… dawno temu?


„Kopę lat!” i „Nic się nie zmieniłeś (aś)!” to raczej marne zadatki na inspirującą konwersację…

Zresztą, tego świata, którego wszyscy szukają w takich miejscach, dawno już nie ma. „Panta rei”, „nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki” – i takie tam… Niedawno wchodząc na strony mojego nazaretańskiego liceum sama się o tym przekonałam.

A jednak… „lubię wracać tam, gdzie byłam już…” – choćby wirtualnie. Szukam w Sieci dawnych przyjaciół i miejsc, w których byłam taka młoda i taka szczęśliwa…kiedy jeszcze wszystko było możliwe…

Ostatnio nachodzi mnie dojmujące pragnienie, żeby wsiąść  w pociąg i pojechać z „niezapowiedzianą wizytą” do jednego z księży, którzy kiedyś byli ważni w moim życiu… Przecież by mnie nie wygonił…

Co się ze mną dzieje? A może to ta nieuchronna samotność i wyobcowanie, na które skazał mnie mój własny wybór? Może chciałabym przed kimś otworzyć serce, żeby zapewnił mnie, tak jak przed laty, że (mimo wszystko) „jestem dobrą dziewczynką”?

I skąd się wziął ten nagły dreszcz, kiedy (po tylu latach poszukiwań!) natrafiłam wreszcie w Sieci na ślad mężczyzny, którego kochałam tak bardzo, że kiedy zostawił mnie samą, omal nie umarłam? Kocham mojego męża i wiem, że jestem przez niego wzajemnie kochana – dlaczego zatem ten ból jest tak świeży, jakby to było wczoraj?

Wolałabym chyba nie czuć, nie pamiętać…

Dlaczego niektórzy ludzie, choć pojawiają się na krótko, naznaczają nasze życie raz na zawsze? Dlaczego tak trudno „zamknąć za sobą drzwi”?