Nadzieja (tak samo, jak wiara i miłość) nie jest ani „opium dla ludu” ani ułudą, jest SIŁĄ. Dopiero ci, którzy utracili wszelką nadzieję, stracili naprawdę wszystko. Bo „dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą”.
Jak już dobrze wiecie, jestem niepełnosprawna, i w wieku 14 lat usłyszałam, że powinnam przestać się łudzić, bo prawdopodobnie nigdy już nie będę chodziła. Wtedy zrozumiałam, co znaczy „stracić wszelką nadzieję.” Ja nie straciłam – i dziś (chwiejnie, bo chwiejnie, ale zawsze:)) stoję na własnych nogach.
Zawsze chciałam mieć rodzinę, dziecko, męża, pracę – normalne, szczęśliwe życie – i wszyscy (nawet moja własna matka!) uważali, że jestem niepoprawną MARZYCIELKĄ. No, i proszę – wygrałam! Mam pracę, którą lubię, kochającego męża i pięknego, zdrowego syneczka. A wszystko to dzięki niezłomnej nadziei. W pięknej książce Stasi Eldredge „Urzekająca” przeczytałam kiedyś, że każda kobieta ma prawo stać się tym, czym zawsze marzyła, żeby być.
Także Paulo Coelho kiedyś napisał, że jeśli czegoś bardzo pragniesz i uparcie do tego dążysz, to cały Wszechświat zaczyna Ci sprzyjać. Myślę, że problemem większości ludzi nie jest to, że marzymy zbyt dużo, tylko, że zbyt łatwo rezygnujemy z naszych ideałów, marzeń i planów…A przecież droga do szczęścia wiedzie od MARZEŃ i PLANÓW, poprzez ich konfrontację z RZECZYWISTOŚCIĄ i URZECZYWISTNIANIE…
A teraz ja…dziecko Kościoła bez Kościoła…marzę i mam nadzieję…że niezależnie od wszystkich burz i zawirowań kiedyś wszystko w moim życiu ułoży się tak, jak trzeba…i dopłynę do bezpiecznego portu…
