Pierwsze dni z „reszty naszego życia”…

Baaardzo długo nie pisałam  – wybaczcie mi, to dlatego, że ostatnio w naszym życiu zachodziły zmiany tak szybkie i gwałtowne, że nie miałam już siły i ochoty na pisanie.

 

Przede wszystkim, jak już wiecie, mam pracę – i pochłania mi ona ogromnie dużo czasu. Oprócz tego, i to jest rzecz zupełnie świeża – WYNAJĘLIŚMY MIESZKANIE! Mamy nareszcie jakiś własny kąt: dwa całkiem przytulne, małe pokoiki plus kuchnia i łazienka (ciekawostka, bez umywalki, ale to drobny defekt :)). Urządzamy się dopiero – i wczoraj np. „elegancko” spożywaliśmy nasze zupki z kubeczków (z braku głębokich talerzy) – co jednak, przyznacie, ma swój wdzięk. Przynajmniej po latach będziemy mieli co wspominać…

 

Na razie jestem tak zaabsorbowana pracą, że to mój nieoceniony P. robi zakupy, pichci rzeczone zupki oraz pierze sobie skarpetki – ale obiecuję, że to się niebawem zmieni. Postaram się być „wzorową żoną.” Muszę się tylko odrobinkę wdrożyć. 🙂

 

Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć jedynie, że praca, którą wykonuję powinna nam przynieść całkiem konkretny zysk, który będzie można wymienić na parę miesięcy spokojnego zamieszkiwania pod obecnym adresem – albo też, ewentualnie, na nasze własne cztery kółka (wierzcie mi, że bez samochodu życie z osobą niepełnosprawną staje się wręcz niewiarygodnie skomplikowane…)

 

Mieszkamy dosłownie o kilka kroków od kościoła – tego samego, przy którym należałam ostatnio do wspólnoty – i to jest swoista ironia losu, zważywszy, że bardzo chciałam rozpłynąć się w powietrzu, zatrzeć za sobą wszelkie ślady i „zmylić pogonie.” 🙂 No, cóż, widocznie Pan Bóg chciał inaczej…

 

Mamy już klucze do naszych własnych drzwi, mamy wspólną lodówkę i Internet – a teraz

 

„uśmiechnięci, wpółobjęci

spróbujemy szukać zgody

choć różnimy się od siebie

jak dwie krople czystej wody…”

 

 – jak to zawsze piszą na ślubnych zaproszeniach. 🙂

 

Oby tylko szara codzienność nie zjadła naszej pięknęj miłości…

 

 

Blisko, coraz bliżej…

Ten tytuł jest celowo dwuznaczny. 🙂 Odnosi się bowiem po pierwsze do tego, że już coraz bliżej jest termin, który sobie wyznaczyliśmy, aby być razem (o, mój Boże, co to będzie…;)) – a po drugie do tego, że ostatnio rzeczywiście byliśmy tak blisko siebie, jakbyśmy się chcieli zupełnie stopić w jedność – i tak już pozostać. Na zawsze.

 

Jego przyjazd był jak uciszenie burzy na jeziorze – i teraz już nic mnie nie martwi, nie złości, nie denerwuje… Mimo że nadal nie wiem, jak zdołam być żoną…i matką jednocześnie… Mimo, że boję się, że jego….nasza…miłość ostygnie, kiedy ze „święta” stanie się codziennością. Mimo że nadal szukamy mieszkania, a do 15 sierpnia muszę wykonać pewne trudne, ale za to świetnie płatne zlecenie (mam umowę! mam umowę!! mam umowę!!! :)).  Mimo że rozmowa z rodzicami jest wciąż jeszcze przed nami…

 

Wszystko to wydaje mi się teraz tak śmiesznie mało istotne, wobec faktu, że wiem, że jestem kochana – i że nie jestem sama. Już wiem.

 

A moje dzieciątko (chyba już dużo za duże, by nazywać je Fasolką :)), korzystając z tej iście idyllicznej atmosfery, postanowiło właśnie rozpocząć dwunasty tydzień swojego istnienia.

 

O mój, Boże! Czy ja mogę być taka szczęśliwa? Naprawdę mogę? I czy nie jest tak, że za każde szczęście (zwłaszcza takie – przekraczające normalną, ludzką miarę) trzeba będzie w końcu kiedyś zapłacić?

 

Ale może ja już zapłaciłam?

 

POSTSCRIPTUM: Dlaczego piszę to wszystko?

Ktoś mógłby mi zarzucić,że jestem „psychiczną ekshibicjonistką”, obnażając na tym blogu wszystko, nawet moje (ostatnio) histeryczne stany i złości.

 

Niemniej jednak, proszę mi wierzyć, że robię to wszystko świadomie i w ściśle określonych celach.

 

Cel pierwszy jest natury osobistej: zawsze mi się wydawało, że ubranie czegoś w słowa stanowi moją naturalną obronę przed stresem. Często to stosowałam i zazwyczaj pomagało. Jako mała dziewczynka napisałam nawet o sobie taki wierszyk:

 

„Słowa, znane w ludzkiej mowie,

niech posłuszne będą tobie!

Niech cię chronią dobrym cieniem

przed tęsknotą i cierpieniem…”

 

Poza tym, dzięki temu co tu piszę, także P. (choć zazwyczaj jest daleko) ma na bieżąco wgląd w to, co się ze mną (i we mnie!) dzieje.

 

Cel drugi natomiast jest natury, że tak się wyrażę, „ogólnoludzkiej.”

 

Wydaje mi się bowiem, że kobiety i dziewczęta (zwłaszcza bardzo młode lub wychowane na „Ptakach ciernistych krzewów.” – mój spowiednik zawsze żartował, że tytuł tego ckliwego filmidła powinien raczej brzmieć „Ptaki w ciernistych krzakach” czy jakoś tak;)) mają często wyidealizowany obraz tego, czym jest albo czym powinna być tzw. „miłość do księdza.”

 

I, pisząc to wszystko, chciałam im pokazać…i je przestrzec…że taka miłość ma nie tylko jasne odcienie – że jest w niej miejsce na samotność i ból i na nie dające się rozwiązać rozterki moralne…Że jest jak spieniona, rwąca rzeka, do której wchodzi się zawsze z zamkniętymi oczami. I zawsze tylko na własną odpowiedzialność. Nie wiedząc wcale, co nas czeka…

 

Niech więc się ludzie dowiedzą, jak wygląda to życie – „że nie zawsze jest szampan i fruwanie w błękicie…” – jak śpiewała kiedyś Alicja Majewska…:)