Przytulić się i zasnąć…

A więc znów czekamy na tatusia, Okruszku. Czekamy… Jestem napięta jak struna i bardzo zmęczona…tym czekaniem. Pamiętasz, mała Lisa z Bullerbyn (kiedyś przeczytam Ci tę książkę, kochanie…) mawiała, że takie czekanie to jest coś, od czego się siwieje – i chyba miała rację.

 

Jestem taka zmęczona, dziecinko… Chciałabym się wtulić w Twojego tatusia i już tak zostać. Zasnąć. Chociaż na jedną, krótką chwilę, wiesz? Wydaje mi się teraz, że dla tej jednej chwili mogłabym nawet umrzeć – ale Twoje rytmiczne stukanie z prawej strony brzucha przypomina mi, że nie jestem sama. Wiem, dziecinko, wiem. Należy Ci się ode mnie więcej spokoju, niż go miałaś (-eś) ostatnio. Nie, nie będziemy się denerwować.

 

Ale wiesz, co zrobimy? Posprzątamy tu. Weźmiemy ciepłą kąpiel z pianką. Napijemy się dobrej, malinowej herbatki. I może posłuchamy sobie muzyki. Dobrej, miłej, łagodnej muzyki. Mamusia bardzo lubi muzykę.

 

” Pod twym głosem znajomym

przy którym ręce grzeję

spadną nagle ze mnie

te dni, które nas dzielą.

Wszystkie dni bez ciebie. (…)

Pod twą ręką wprawną

wszystkie zmilkną słowa.

Wszystkie suknie spadną…”

(Małgorzata Gołąbek, Maja naga)

Czy i wtedy jesteś księdzem?

Dziś oglądałam film z czyichś święceń kapłańskich… Młodzi chłopcy w bieli kładli się krzyżem na kościelnej posadzce, a potem biskup nakładał im ręce na głowę na znak udzielenia sakramentu… I już. Prostota i piękno tego obrzędu zawsze mnie ujmowały. Jak to napisał ks. Twardowski:

 

„w lipcowy poranek mych święceń

dla innych szary zapewne

jakaś moc przeogromna

z nagła poczęła się we mnie…”

 

I pomyślałam, że P. był kiedyś taki sam, jak tamci młodzi ludzie. Czy zapomniał już o tym? Czy wciąż pamięta?

 

(A P. mi dziś powiedział: „Zawsze będę księdzem.” I wiem, że to prawda.)

 

I czy wtedy, gdy jesteśmy razem, wtedy, gdy on mnie rozbiera i dotyka…czy i wtedy jest księdzem? Czy już tylko – mężczyzną? I czy w ogóle można oddzielić jedno od drugiego? I czy ja bym naprawdę chciała takiego rozdzielenia?

 

I wiem, że zawsze będę sobie (i jemu!) stawiać te pytania. Do końca świata i jeden dzień dłużej. Zawsze. Dopóki Ten, który widzi wszystko, nie zechce mi udzielić ostatecznej odpowiedzi. Kiedyś już wszystko będziemy wiedzieli, kochanie…

 

A na razie… Na razie mogę się tylko modlić, tak, jak modliłam się przed chwilą:

 

„Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nad nami! Ulituj się nad nami…”

 

Rety, kochanie, przyjedź już, bo wydaje mi się, że zaczynam wariować od tego oczekiwania…Chyba nigdy jeszcze nie byliśmy z daleka od siebie przez tak długi okres? (Rozpieściłeś mnie…;)) To wszystko przez to…że tęsknię. 🙂

 

Jak kochają czarownice?:)

Cały ten smutek…i rozżalenie…które nosiłam ostatnio w sercu, musiały kiedyś w końcu wybuchnąć. No i wybuchnęły. Wczoraj. Z całą gwałtownością mojej emocjonalnej natury. Bo wszystko, cokolwiek robię, robię całym sercem, całą duszą, całą sobą: czy się modlę, czy się kocham…

 

Wczoraj akurat się złościłam. Wściekałam. I przypuszczam, że mój staruszek ginekolog zdziwiłby się troszeczkę, widząc swoją ciężarną, niepełnosprawną pacjentkę, tarzającą się w szale po dywanie. Ale nic to. Grunt, że mi pomogło – a moja Fasolka jest, zdaje się, tak uodporniona na to, co wyprawia jej mama, że nawet niespecjalnie jej to zaszkodziło… 

 

Nie, to nieprawda, że jestem histeryczką – uważam się raczej za bardzo spokojną i cierpliwą osobę. Ale czasem trzeba po prostu wykrzyczeć swój strach…i ból…dłużej przecież nosiłam go w sobie, niż noszę dziecko. A wiadomo, że „po nocy przychodzi dzień – i po burzy spokój…” – i tak też było i tym razem.

 

Ale, rzecz dziwna, pomimo tych wszystkich gorzkich, złych słów, jakie wykrzyczałam pod adresem P. (łaska Boska, że tego nie słyszał, bo niechybnie poszedłby się powiesić już mniej więcej po połowie litanii…:)) JA NIE POTRAFIĘ PRZESTAĆ GO KOCHAĆ! 

 

Człowiek, który dał mi dziecko, zawiązał jednocześnie „siedem węzłów na moim sercu” – i nic już na to nie poradzę…