Piąty tydzień?

Jestem zdania, że każda kobieta ma prawo być wzięta na ręce i zacałowana na śmierć za to, że urodzi dziecko ukochanemu mężczyźnie.

 

I ja akurat jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że ten, który jest ojcem mojego ewentualnego dzieciątka (o ile ono już tam jest – bo jeszcze tego nie sprawdziliśmy) – bardzo mnie kocha i bardzo się cieszy. Chociaż – a może właśnie „dlatego, że”? – jest Bożym kapłanem…

 

Na razie oboje przyzwyczajamy się do myśli, że nasze hipotetyczne maleństwo mogło już zamieszkać we mnie (on się bardzo denerwuje, kiedy mówię: „możliwe, że noszę już TWOJE dziecko, kochanie!” – „Nasze, poprawia mnie, nasze!”) Roboczo nazywamy je „Fasolką.” 🙂

 

Dobrze, że Matka Natura dała ludziom aż dziewięć miesięcy na oswojenie się z tym faktem…  Na razie Fasolka, jeśli jest, ma niecałe pięć tygodni – i choć jest jeszcze zbyt mała, abym mogła w jakikolwiek sposób wyczuć jej obecność (chociaż P. sądzi, że kobiety czują to intuicyjnie – jeżeli tak, to chyba nie jestem w ciąży – albo też nie jestem „prawdziwą kobietą” 😉 – ponieważ nic zupełnie nie czuję!) to jednak mam nadzieję, że czuje już i wie, że jest przez nas kochana i oczekiwana…

 

A „tatuś” jeszcze dziś rano kochał mnie tak, „że już sił nie starczało na krzyk radosny” (Marta Fox)…Wyjechał dopiero kilka godzin temu, a ja już za nim tęsknię, Fasolko… Bardzo!

Święta, Święta – i co dalej?

Ksiądz Jan Twardowski kiedyś pisał o ludziach, „którzy świąt nie przeżywają, ale PRZEŻUWAJĄ.”

 

Otóż ja nigdy nie chciałam być takim człowiekiem. Bardzo mnie martwi, że obecnie pojęcie „życia duchowego” kojarzy się nam bardziej z buddyzmem i z różnymi sektami, niż z chrześcijaństwem.

 

Ciekawa jestem, ile osób wie, że istnieje np. coś takiego, jak medytacja chrześcijańska? Ilu ludzi dziś się MODLI (tzn. umie szczerze rozmawiać z Bogiem) zamiast tylko „klepać paciorki”?

 

Wiadomo, że ludzie lubią świętować  („bo wtedy nie pracują, jedzą do syta i zakładają piękne szaty”, jak trzeźwo zauważył historyk z IV w. n.e., Ammian Marcellinus) – i kiedy np. Rewolucja Francuska „zniosła” święta chrześcijańskie, wprowadziła zamiast nich nowe, „świeckie” w tych samych terminach (był np. Dzień Świni…).

 

Tymczasem chrześcijaństwo, jak sądzę, wciąż ma w sobie wielką głębię i siłę. Trzeba ją tylko odkryć.

 

Boże Narodzenie to przypomnienie tego, że z miłości do ludzi Bóg stał się człowiekiem, a Wielkanoc – że z tej miłości umarł na krzyżu i zmartwychwstał.

 

Są (a przynajmniej powinny być!) to święta tego, co pierwsi chrześcijanie określali greckim słowem METANOIA – nowego życia, nawrócenia, przemiany…

 

Bo co nam przyjdzie nawet z tysięcy życzeń „Wesołych Świąt” jeśli po tych świętach nie staniemy się lepszymi ludźmi?

 

Mimo wszystko jednak – Wesołych Świąt! 🙂

 

Oczekiwanie…

Napisałam kiedyś taki wiersz:

 

Niech przyjdzie, niech wróci, niech będzie –

na imiona wszystkich nieżyjących bogów

zaklinałam niespokojne morze,

zaklinałam srebrną przędzę czasu –

niech przyjdzie, niech wróci, niech będzie… 

 

Bo ja wciąż na coś (lub na kogoś) czekam. Wcześniej się chyba nauczyłam czekać (i tęsknić!) niż mówić…

 

Czekam na Zmartwychwstanie. Na radość wielkanocnego poranka. I na niego, jak na uciszenie burzy.  I zaspokojenie wszelkich pragnień. I być może czekam też na jego (nasze!) dzieciątko, które na razie jest (jeżeli w ogóle jest!) pewnie bardzo podobne do czerwonego, pulsującego listka – i zbyt jeszcze małe, abym mogła wyczuć jego obecność. Nie wiem.

 

Dziś jest Wielka Sobota – Dzień Wielkiego Oczekiwania. A więc czekam. Cała jestem czekaniem.