Trochę większy kawałek świata. :)

Nasza trzynastomiesięczna córeczka Aniela jest dla nas wszystkich źródłem nieustającej radości.

Jest wciąż tak śliczna, przylepna i słodka, że wszyscy ją kochają (wymodliłam sobie, wymodliłam!:)) – a jej świat, z racji tego, że szybko i sprawnie przemieszcza się z miejsca na miejsce, rozszerza się w dalszym ciągu.

(Chociaż jestem zdecydowanie przeciwna odgórnemu narzucaniu rodzicom i dzieciom „genderowych” wzorców wychowania – pozostawiamy jej dużą swobodę wyboru zabawek i zauważyliśmy, że najbardziej nasza przedsiębiorcza dziewczynka zainteresowana jest samochodami – nie na darmo ma starszego brata, który ją intensywnie socjalizuje, chociaż sam w jej wieku najchętniej bawił się lalką, udając… tatę!:) – i różnego typu urządzeniami RTV, a ostatnio przedmiotem jej żarliwego pragnienia stał się pewien… śrubokręt! Przecież wiadomo, że  właśnie to jest rzecz absolutnie niezbędna dla każdej młodej damy!:))

Mimo, że jeszcze nie chodzi. Nie zamierzam(y) jej jednak popędzać – ten swoisty „wyścig niemowląt” – a raczej ich matek („A jak tam Twoja córeczka, czy JUŻ chodzi? Bo moja to zaczęła, kiedy miała 9. miesięcy!”) – jest czymś, co zawsze nieopisanie mnie irytowało.

Na razie zatem Aniela zwiedza świat, sprawnie trzymając się mebli, naszych rąk i nóg, wszystkiego zresztą, co ma pod ręką. A kiedy próbuje samodzielnie zrobić krok do przodu, wygląda to bardzo zabawnie – ostrożnie wysuwa stópkę i natychmiast ją cofa, jakby badała grunt na bagnach.:)

Wydaje mi się, że fizycznie jest już dostatecznie silna, „problem” leży raczej w jej psychice. Wiem jednak, że gdy się wreszcie odważy na ten krok, będzie to „maleńki krok dla ludzkości”, ale dla tego małego człowieka – krok olbrzymi. :)

 

Oszustwo homeopatii.

Dawno, dawno temu, gdy prawie wszystko jeszcze leczono lewatywą, upuszczaniem krwi lub przystawianiem pijawek (co w sumie na jedno wychodzi:)), pewien niemiecki lekarz, Samuel Hahnemann (1755-1843), poszukiwał skuteczniejszego sposobu.

I tak wpadł na pomysł, aby „odświeżyć” starą jak świat myśl: „niechaj podobne leczy podobne” – tzn. aby podawać chorym substancje, które w normalnych warunkach wywołują objawy podobne do tych, na które uskarżają się pacjenci.

Idea pozornie słuszna, coś podobnego wykorzystujemy przecież chociażby w przypadku szczepionek – podajemy osłabiony czynnik chorobotwórczy, aby przy jego pomocy uodpornić organizm na „prawdziwą” chorobę.

Trzeba Hahnemannowi przyznać, że przynajmniej na początku był bardzo ostrożny.

Swoje doświadczenia z początku prowadził tylko na zdrowych ochotnikach, uważając, że włączenie w nie chorych zafałszowałoby wyniki, ponieważ objawy prawdziwej choroby mogłyby być trudne do odróżnienia od tych, wywołanych przez lek.

Nawiasem mówiąc, zasady obserwacji ludzkich „królików doświadczalnych” opracowane przez Hahnemanna były później z powodzeniem wykorzystywane do testowania innych leków – i to jest niezaprzeczalny wkład twórcy homeopatii w historię medycyny. (Homeopaci zauważyli także, że niewielkie dawki nitrogliceryny mogą być pomocne w leczeniu choroby niedokrwiennej serca, chociaż sami nigdy nie stosowali tej substancji w taki sposób).

Skoro jednak w toku dalszych badań zaobserwował on (co, jak sądzę, jest w pełni zgodne ze zdrowym rozsądkiem), że podawanie chorym ewidentnych trucizn nie tylko nie poprawia ich stanu, ale wręcz go pogarsza, wpadł z kolei na nowy pomysł.

Trzeba je nadal aplikować, stwierdził, tyle że w bardzo małych dawkach, tak małych, by nie mogły zaszkodzić – a wówczas pomogą na pewno.

I w tym celu (on, a po nim jego następcy) stworzył całą „naukę o rozcieńczeniach”, która to jest podstawą dzisiejszej homeopatii.

Według standardowej procedury należy wziąć 1 jednostkę „leczniczej” substancji i rozcieńczyć ją w 100 jednostkach rozpuszczalnika (np. wody, cukru, alkoholu, itp.). I tak co najmniej 15-20 razy (bierzemy jedną jednostkę uzyskanego roztworu i rozcieńczamy ją w 100 jednostkach wody, i znowu, i znowu, energicznie przy tym potrząsając naczyniem przez uderzanie nim o sprężyste podłoże, co homeopaci nazywają „dynamizowaniem” lub „potencjonowaniem”), dzięki czemu uzyskuje się w efekcie stężenie produktu końcowego („leku”) określane w homeopatii jako 15C czy 20C.

Trudno w to uwierzyć, ale rozcieńczenia w granicach 12-20C uważane są w homeopatii jeszcze za „wysokie” – homeopaci uważają, że im NIŻSZE stężenie substancji czynnej w preparacie, tym jego działanie jest silniejsze. Dlatego większość dostępnych na rynku „leków” homeopatycznych ma dużo wyższe rozcieńczenia (dla przykładu: popularne Oscillococcinum, reklamowane jako skuteczny lek na grypę i przeziębienie, ma aż 200C). Sam Hahnemann np. zalecał stężenia rzędu 60C dla większości zastosowań.

A co to w praktyce oznacza? Trochę trudno to pojąć (zwłaszcza, że mój humanistyczny umysł nie ogarnia tak wielkich liczb, jak np.  10400 – dziesięć doCZTERECHSETNEJ potęgi!), ale oznacza to, ni mniej ni więcej, że w całym opakowaniu „leku” homeopatycznego możemy nie znaleźć ani JEDNEJ cząsteczki substancji czynnej.

Co więc miałoby w nim „leczyć”? Sam rozpuszczalnik, tj. woda destylowana czy cukier?

Współcześni homeopaci znaleźli jednak sposób, by jakoś ominąć ten problem.

Wymyślili mianowicie teorię „pamięci wody”, według której, rzekomo, rozpuszczalnik „pamięta” (na poziomie cząsteczkowym) to, co było w nim rozpuszczone – i zachowuje w sobie cechy (przede wszystkim lecznicze) tej substancji. Niestety, nie znaleziono dotąd na to przekonujących dowodów.

Jak również, w zasadzie, na skuteczność homeopatii, przekraczającą skuteczność placebo (pacjent WIERZY, że mu coś pomoże, więc pomaga). Mówiąc wprost, w większości przypadków homeopatia po prostu NIE DZIAŁA.

A te przypadki, w których jednak działa, można wytłumaczyć albo efektem placebo (zauważcie, że w zasadzie „leki” homeopatyczne sprzedawane są na błahe dolegliwości, takie jak kaszel, które po pewnym czasie ustępują samoistnie, lub przy niewielkim tylko wsparciu ze strony medycyny) albo – co gorsza – myśleniem magicznym.

Od praktyk z pogranicza okultyzmu niektórzy homeopaci (co jednak trzeba uczciwie przyznać – nie wszyscy) wyraźnie nie stronią. Należą do nich tzw. leki papierowe, gdzie nazwa substancji oraz jej rozcieńczenie napisane jest na kartce papieru i przypinane do ubrania pacjenta, wkładane do kieszeni albo umieszczane pod szklanką z wodą, z której pije pacjent. Używają również leczenia na odległość. (Przykłady podaję za Wikipedią.)

Słyszałam także o tym, że specjalne „formuły” (zaklęcia?) wypowiadane przez laborantów podczas „dynamizowania” roztworu mogą jakoby zwiększać jego moc.

A co homeopaci odpowiadają na zarzuty, że ich terapia nie jest skuteczna? Ano, twierdzą, że z pewnością musiały wystąpić jakieś „blokady w leczeniu”, które je uniemożliwiły.

Współcześnie do najczęściej wymienianych „blokad” – wymienię tylko niektóre – należą:

  • zbyt częste leczenie antybiotykami, kortykosterydami i lekami rozszerzającymi oskrzela. Organizm pacjenta ma być rzekomo zbyt „zatruty” konwencjonalnymi lekami, aby móc się naprawdę „otworzyć” na dobrodziejstwo homeopatii.
  • zbyt liczne szczepienia ochronne niemowląt i małych dzieci. W tym punkcie homeopaci znajdują sojuszników we współczesnych ruchach antyszczepionkowych, choć sami czasami odżegnują się od nich.
  • elektrosmog (masowe zanieczyszczenie falami elektromagnetycznymi, np. pochodzącymi z telefonu komórkowego, anteny satelitarnej, poduszki elektrycznej, ekranu komputera itp.).
  • zbyt rzadkie przebywanie na świeżym powietrzu, siedzący tryb życia w dusznych pomieszczeniach, pasywny ruch (np. jazda samochodem), zła dieta…

Ale uwaga, uwaga – „magicznej sile uzdrawiającej” homeopatii może zaszkodzić zarówno niedostateczna aktywność fizyczna, jak i nadmierny wysiłek, blizny pooperacyjne, obumarłe korzenie zębowe, używki, hazard, nocne życie, nadużycia seksualne, stres, nierozwiązane konflikty międzyludzkie, hałas, a nawet… żyły wodne (o których skądinąd wiadomo, że nie istnieją:)).

Innymi słowy – jeśli homeopatia nie działa, to wina leży z pewnością po stronie pacjenta, nigdy zaś – homeopatii!:)

Środków homeopatycznych używa się także (ciekawe, z jakim skutkiem?) w leczeniu zwierząt domowych – choć, co ciekawe, sam Hahnemann był początkowo raczej sceptyczny wobec takiego pomysłu, stwierdzając trzeźwo, że organizmy zwierzęce zbyt się różnią od ludzkich, aby można było być pewnym efektu.

I byłoby to wszystko, proszę Państwa, nawet zabawne – bo w sumie, co mi do tego, czym jakiś rolnik karmi swoje świnki? – gdyby nie było również takie straszne.

Bo nie dość, że środki homeopatyczne są (w najlepszym razie) mało skuteczne i potwornie drogie (butelka popularnego syropu „homeo” kosztowała mnie niedawno blisko 40 złotych; a tradycyjny lek na kaszel -14 złotych!), to jeszcze był taki czas, kiedy WHO (chyba najbardziej skorumpowana instytucja na świecie) rekomendowała te „leki” w leczeniu naprawdę poważnych chorób, trapiących zwłaszcza biedniejszą część ludzkości, takich jak AIDS czy malaria!

Szacuje się, że w wyniku tego życie mogło stracić nawet 1,5 miliona ludzi! Ale co kogo obchodzą jacyś tam ludzie w jakimś tam Trzecim Świecie…Prawda?

Nawiasem mówiąc, u mojej córeczki homeopatyczny syrop od kaszlu, reklamowany jako „absolutnie bezpieczny i skuteczny dla całej rodziny” – zapisany przez pediatrę – wywołał przed dwoma dniami bolesny rumień na skórze: moje biedne dziecko krzyczało z bólu jak poparzone. Kilka lat wcześniej, kiedy byłam w ciąży z Antosiem (bo lek ten jest, oczywiście, polecany również ciężarnym, jako rzekomo nie mający żadnych działań ubocznych) – ten sam syrop wywołał u mnie bardzo silne torsje. A na uporczywy kaszel (który trwał bez mała 5 miesięcy!) pomógł mi dopiero stary, dobry antybiotyk, podany już po porodzie.

No, cóż, widocznie obie (i ja i Anielka) miałyśmy jakieś „blokady.”:) Nie wiem, możliwe. Wiem jednak na pewno, że już nigdy nie podam tego czegoś mojemu dziecku. I Wam też radzę się upewnić, czy lek, oferowany Wam w przychodni lub w aptece nie jest aby homeopatyczny.

Zob. też: http://srodowisko.ekologia.pl/wywiady/Homeopatia-nie-ma-nic-wspolnego-z-medycyna-wywiad-z-prof-Andrzejem-Gregosiewiczem,16564.html

 Postscriptum: Ale żeby nie było tak, że „czepiam się” tylko medycyny niekonwencjonalnej – ta akademicka też często OBIECUJE NAM o wiele więcej, niż jest w stanie naprawdę zaoferować.

Ostatnio przeczytałam, że jeden z byłych szefów znanego koncernu farmaceutycznego GlaxoSmithKline twierdzi, że około 90 procent(!) wszystkich leków, obecnych na światowym rynku jest skutecznych zaledwie w 50% przypadków. Leki standardowo używane w leczeniu nowotworów skutkują u 30-50% chorych, a te na Alzheimera – tylko u co czwartego pacjenta!

Do tego dochodzi zawsze nieprecyzyjny i zawiły język, jakiego chętnie używa się w tej branży.

Jeśli np. po zażyciu nowego (testowanego) leku 50 pacjentów z tysiąca miało myśli samobójcze, a nawet podejmowało takie próby, to zawsze można napisać, że u 0,5% badanych „wystąpiły niespecyficzne reakcje na lek” – i nikt raczej nie będzie dociekał, co to właściwie oznacza.

Dla porządku tylko dodam, że producenci leków homeopatycznych i tzw. „suplementów diety” (które z reguły też są lekami) nie mają obowiązku przeprowadzania badań klinicznych, dotyczących ich skuteczności.

A wiecie, co się stało z wieloma dawkami niepotrzebnej nikomu szczepionki przeciw „pandemii grypy” (której nie było), zawierającej toksyczną rtęć? Oczywiście, zostały one „zutylizowane” – przez wysłanie ich do Afryki! Znowu ten biedny, Trzeci Świat…

Inna była pracownica branży farmaceutycznej, uhonorowana prestiżową nagrodą Human Rights Award, twierdzi wprost, że „branża ta nie jest zainteresowana wynalezieniem skutecznych leków na raka czy chorobę Alzheimera, lecz raczej utrzymywaniem chorób i zarządzaniem objawami.” Całkowite wyeliminowanie niektórych schorzeń ze świata popsułoby im interes….

Wiara po „końcu świata.”

Kiedy poznałam P. sądziłam, że jeśli wyjdę za niego, to będzie koniec wszystkiego – koniec mojego życia, takiego, jakie znałam, a przede wszystkim koniec mojej wiary.

Czułam się więc, jakbym stanęła u wrót czarnej dziury (bo wtedy jeszcze nie wiedziałam, że w rzeczywistości stoję u wrót „cienistej doliny”:)) – albo na skraju przepaści – za którą nie wiadomo, czy jest cokolwiek. A P. stał „po drugiej stronie” i powtarzał: „Proszę, zrób tylko jeden krok… złapię cię!” 

Nie ma co się dziwić: moje wcześniejsze życie nie przygotowało mnie w żaden sposób na to, co mam teraz. „Wiedział ksiądz – napisałam kiedyś do ks. Kazimierza Sowy – że samo dno piekieł jest zastrzeżone dla żon byłych księży? Ja nie wiedziałam…”

Zauważcie, jak się potocznie mówi o księżach, którzy porzucili kapłaństwo: „Odszedł z Kościoła.” Nie wiedziałam nawet tego, że i to nie jest prawda: w rzeczywistości apostaci wśród „byłych” stanowią zaledwie 2%.

Zamknęłam więc oczy i uszy (na to, co mówili) – i skoczyłam w tę przepaść.

A kiedy je znów otworzyłam, odkryłam ze zdziwieniem, że i „po tej stronie” jest życie i wiara. Jestem, żyję, kocham, wierzę… Chociaż zapewne wielu wolałoby, żeby mnie nie było (albo przynajmniej, żebym „siedziała cicho, jak Pan Bóg przykazał.”).

Tym bardziej jestem wdzięczna „Tygodnikowi Powszechnemu” za to, że w dwóch ostatnich numerach (28 i 29/2013) podejmuje problem takich ludzi, jak ja.

Ksiądz biskup Grzegorz Ryś np. przekonuje – o czym ja dziś już wiem – że „odejście nie jest końcem” i że niekiedy podjęcie odpowiedzialności za własną rodzinę może być dla kapłana cięższym „krzyżem” niż służba przy ołtarzu („Wiedziałem – zwierzył się biskupowi pewien były – że wybierając miłość do kobiety, wybieram krzyż. Ale nie myślałem, że aż tak ciężki.”) To prawda, ja też myślałam, że ta droga nie będzie aż tak trudna – i dlatego dziś odradzam ją, komu mogę.

Z kolei Michał Rychert, były ksiądz (i jeden z tych „szczęśliwców” którzy już otrzymali dyspensę i zawarli sakramentalne małżeństwo) tłumaczy, dlaczego taka decyzja nie zawsze jest „zdradą.”  Mnie się też wydaje, że czasami może być rozumiana raczej jako „zmiana” czy „dopełnienie” wcześniejszego kierunku – mój biedny P. wraz ze mną dostał chyba ciężką pokutę :) – chociaż oczywiście trzeba z tym uważać, bo przecież tak samo mógłby twierdzić każdy mąż czy żona, zmieniający po kilku latach współmałżonka „na lepszy model.”

 Szczególnie dużo mam jednak do zawdzięczenia siostrze Małgorzacie Chmielewskiej, w której znakomitym tekście „Żyć po niewierności.” („Tygodnik Powszechny” nr 29/2013) odnalazłam wiele własnych przemyśleń na ten temat.

„Czym innym jest odejście z kapłaństwa z powodu kobiety – pisze siostra – Takich odejść nie potępiam (…) Niemniej jest to niewierność. To prawda, że przywoływany w artykule Rycherta św. Piotr również nie pozostał wierny. Jego przykład pokazuje, że po akcie niewierności można powrócić do wierności.

Oczywiście, w przypadku złamania celibatu i związania się z kobietą nie będzie to już ta sama wierność, niemniej Bóg nie odrzuca nikogo (…). Podobnie zresztą jak w przypadku małżeństw niesakramentalnych, Kościół również nie odrzuca byłych kapłanów. Choć w praktyce bywa różnie.|”

Oj, bywa, niestety, bywa, siostro – dokumenty Kościoła i nauczanie papieża Franciszka swoje, a rzeczywistość parafialna czasem skrzeczy: że przypomnę choćby moje ostatnie problemy z chrztem Anieli – jeśli Kościół wątpi, czy wierzymy dość mocno, aby wychować ją w wierze, a w przypadku, na przykład, dziewiątego dziecka pary alkoholików na ogół nikt nie zgłasza takich wątpliwości, jeśli tylko „w papierach” wszystko im się zgadza… No, cóż – widocznie także ich wiara jest prawdziwsza od mojej…

„Po drugie – pisze dalej s. Małgorzata – spotkać można dwie różne postawy. Są tacy, którzy w którymś momencie nie byli wierni swoim zobowiązaniom, ale nie zerwali łączności ani z Kościołem, ani z Chrystusem. I dla nich mam szacunek.”

Ja też – co więcej, mam cichą nadzieję, że (być może) i sama się do nich zaliczam. Chociaż czasami.

„Natomiast gdy mówimy: „Nic się nie stało. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że moje pierwsze małżeństwo/moje powołanie kapłańskie było błędem. Zatem słusznie, że złamałem ślub czystości/zmieniłem żonę.” – wówczas mamy do czynienia z relatywizmem. (…) Ja jestem za akceptacją ludzi świadomych swej niewierności. Gdyby chcieć konsekwentnie wyrzucać „niewiernych” z Kościoła, zostałby w nim zapewne jedynie Pan Jezus. Za oszustwo uważam natomiast tłumaczenie, że ktoś porzucił kapłaństwo i wziął sobie żonę, bo mu się Kościół nie podobał.”

I znowu racja, siostro – przypuszczam, że gdyby P. kiedykolwiek próbował być „drugim Kotlińskim” i atakować to, co wcześniej (świadomie przecież i dobrowolnie!) wybrał – odkochałabym się w jednej chwili – a pewnie nawet nigdy bym się w nim nie zakochała…

Zawsze uważałam za rzecz najsmutniejszą z możliwych, gdy ktoś jednym ruchem przekreśla całe swoje dotychczasowe życie.

Tak samo, wypada się zgodzić ze znaną zakonnicą (która zresztą sama wybrała dość nietypową drogę, bo będąc siostrą we wspólnocie Chleb Życia, wychowuje również adoptowane dzieci), że JEST RÓŻNICA pomiędzy byłym księdzem, który stara się jakoś (lepiej lub gorzej) zachować wiarę i jedność z Kościołem, a takim, który go zajadle atakuje – tak samo, jak jest różnica pomiędzy niewiernością męża, który postanowił po prostu „wymienić żonę na nowszy model”, a niewiernością maltretowanej żony, która dopiero u boku „tego drugiego” znalazła wsparcie i miłość.

I podobnie jak Autorka mam nadzieję, że z czasem i Kościół zacznie jakoś różnicować te dwie sytuacje. Bo przecież i małżeńskie „odejścia” (podobnie, jak te kapłańskie, na które – pozornie – Kościół patrzy jakby łagodniejszym okiem, od czasu do czasu udzielając jednak „upadłym” dyspensy) – mogą mieć najrozmaitsze przyczyny.

„Rzecz znamienna – a to znów siostra Chmielewska – że wśród byłych księży, a także wśród osób żyjących w związkach niesakramentalnych nie spotkałam osoby szczęśliwej  – zawsze dotyka ich jakieś rozdwojenie. Po niewierności pozostaje rana, bez względu na to, jak się staramy ją zabliźniać.”

A tutaj już myślę, że prawda jest nieco bardziej skomplikowana – osoby takie mogą być (i bywają, czego sama jestem przykładem!) głęboko szczęśliwe, RAZEM z tym bolesnym „cierniem”, który im zawsze towarzyszy. To trochę tak, jak z byciem szczęśliwym pomimo biedy czy niepełnosprawności.

Ja to czasem porównuję do tego Pawłowego „ościenia” (zob. 2 List do Koryntian:)), który mi został dany po to, żeby mnie utrzymywać w pokorze…

W mojej sytuacji moja samotna wiara jest wszystkim, co mam. Gdybym ją straciła, nie wiem, co by mi pozostało – więc będę się jej trzymać pazurami i zębami, jak tratwy ratunkowej, dopóki tylko zdołam.

Po dawnemu szukam więc Boga w książkach, w modlitwie – i ufam, że i On nie zechce zagasić tego „knotka o nikłym płomyku”, którym teraz jestem…