Święta wojna?

Jest raczej oczywiste, że wiary w Chrystusa, Księcia Pokoju, nie głosi się „mieczem”. PRAWDA przecież powinna obronić się sama, nieprawdaż?

A jednak, jak mi mówił mój spowiednik, jest jeszcze zbyt wielu chrześcijan (nie tylko katolików!), dla których najważniejszym zdaniem z całej Ewangelii jest to, że Piotr kiedyś odciął ucho słudze arcykapłana. Chwała mu! Przecież walczył z „wrogami Chrystusa” aż do przelewu krwi…

I tak jakoś sobie o tym przypomniałam, kiedy przeczytałam na „Frondzie”, że jakichś dwóch chrześcijańskich (?) aktywistów w USA zastrzeliło słynnego lekarza-aborcjonistę… I że niektórzy z naszych chcieli użyć mszy świętej (sic!) do zagłuszania koncertu Madonny… Na szczęście kuria się nie zgodziła na takie bezeceństwo…

A kiedyś, w sam Wielki Czwartek, podczas Mszy Wieczerzy Pańskiej, osobiście byłam świadkiem, jak pewien ksiądz zachwycał się faktem, że muzułmanie są gotowi nawet zabijać w obronie swojej wiary… „A wy co?!” – pytał retorycznie osłupiałych z wrażenia parafian.

Ostatnio również w radiu TOK FM słyszałam pewnego wielce oburzonego pana, który krzyczał, że za takie teksty o wierze, na jakie pozwala sobie ten i ów redaktor, to w Arabii Saudyjskiej dawno by już poleciały głowy. I się przeraziłam – bo usłyszałam w głosie tego pana nutkę zawodu, że u nas jednak tak nie można…

Wszystko to obrazuje chyba zupełne niezrozumienie pewnej fundamentalnej różnicy, jaka zachodzi pomiędzy chrześcijaństwem i islamem. Dla muzułmanina każda „obraza Boga” jest osobistą zniewagą, która domaga się zmycia nawet krwią bluźniercy.

Ale chrześcijaństwo, o ile mnie pamięć nie myli, jest religią Boga „który sam dał się gnębić” i który „nie zasłonił swej twarzy przed zniewagami i opluciem.” Jako wyznawcy takiego Boga nie powinniśmy chyba spodziewać się niczego innego?

Z drugiej jednak strony… ja jestem – w pojęciu niektórych – tylko „ciemną babą”, ale jakoś tak mi się wydaje, że w PAŃSTWIE DEMOKRATYCZNYM każdy (nawet tak głupi, jak tamten „śmiertelnie oburzony” rady PiS) może mieć jakie chce przekonania, tak długo, jak długo nie stają się one obowiązującym wszystkich PRAWEM.

A czy mi się tylko zdaje, czy także zwolennicy „tolerancji” i „postępu” chcieliby wyrugować z przestrzeni publicznej te poglądy, które się nie zgadzają z ich własnymi?:)

Szczerze powiedziawszy, cała ta sprawa z koncertem Madonny ani mnie ziębi, ani grzeje. Ta pani podobała mi się wyłącznie w musicalu „Evita”- a jej prowokacje „religijne” pomijam wyniosłym milczeniem. Sądzę też, że nieco spoważniała od czasów, gdy grywała w podejrzanych filmikach.

Myślę również, że wszelkiego rodzaju „święte oburzenie” (a swoją drogą, my-wierzący nie mamy na nie monopolu: środowiska laickie też się chętnie „oburzają” na różne rzeczy, tylko że wtedy jest to „słuszne i zbawienne”, prawda?:)) jest raczej świetną reklamą.

Postscriptum: A mój przyjaciel, który często „podrzuca” mi nowe tematy, przysłał mi niedawno  taki artykuł z portalu Sfora.pl:

Prezydent Irlandii Mary McAleese podpisała nowelizację ustawy zakazującej bluźnierstwa. Od października obraza Boga i uczuć religijnych będzie karana w Irlandii grzywną do 25 tys. euro. Karane mają być bluźniercze publikacje i wypowiedzi. 

Wykreśliliśmy karę więzienia i zastąpiliśmy ją karą pieniężną, bo to bardziej pasuje do naszych czasów. Taryfy ulgowej jednak już nie będzie – powiedział Dermot Ahern, minister sprawiedliwości.

Nowe przepisy chronią również wyznawców innych religii.

Ateistom będzie groziła grzywna za stwierdzenie, że Bóg jest wymysłem, Żydom za stwierdzenie, że Chrystus nie był Mesjaszem, a chrześcijanom za obrazę Allaha – pisze „The Irish Independent”,

Kary za bluźnierstwo przewiduje także prawo Austrii, Finlandii, Hiszpanii, Holandii i Włoch.”

 

Osobiście nie jestem pewna, czy Boga w ogóle można „obrazić” – to raczej ci, którzy twierdzą, że w Niego wierzą, (zbyt?) często czują się obrażeni. Z drugiej jednak strony, jeśli prawo chroni przed „obraźliwymi wypowiedziami” ludzi różnych ras czy orientacji seksualnych, to dlaczego nie (nie)wierzących? Bo, gwoli sprawiedliwości, ateistów i ich przekonania też trzeba by objąć ochroną…:)

 

A swoją drogą, to dziwne, że właśnie w Irlandii, która – po ostatnio ujawnionych skandalach kościelnych, zalegalizowaniu aborcji i rozwodów i paru jeszcze podobnych „przemianach obyczajowych” jest dziś wszystkim, tylko nie „państwem wyznaniowym” – wprowadza się tak restrykcyjne przepisy „antybluźniercze.”

Czyżby zadziałała tu stara zasada, że im mniej ŚWIĘTOŚCI, tym więcej „świętego oburzenia”?

 

Por. też: „Obraza uczuć religijnych – czyli co?”

Ucieczka z Krainy Czarów.

Ostatnio pewna „życzliwa” Czytelniczka napisała mi w złości:”Jesteś chora psychicznie, idź się leczyć!” Oczywiście, nie mogła wiedzieć, że być może wcale nie pomyliła się aż tak bardzo…

Przeżyłam w swoim życiu pewien „epizod psychotyczny”  – ciężką (bo połączoną z halucynacjami) postać depresji poporodowej. A jednak, gdy lekarze zaczęli mi powtarzać jak mantrę, że „to może być schizofrenia” (lub, w najlepszym razie, epilepsja) i że będę całe życie skazana na branie leków, które mnie tylko otępiały (a jasny umysł jest wszak moim jedynym bogactwem…) powiedziałam sobie, jak John Nash Jr. („Piękny umysł”), że przecież musi być jakiś inny sposób!

Odstawiłam leki, wypoczęłam – i wszystko wróciło do normy,co pozwala mi przypuszczać, że nie była to jednak schizofrenia, a jedynie przejściowe zaburzenia związane z porodem i skrajnym wyczerpaniem. Od tamtej pory minęło już 1,5 roku i nie wydarzyło się nic, co kazałoby mi zwątpić w stan mego umysłu.

No, cóż – przez chwilę byłam „po drugiej stronie lustra” i wróciłam stamtąd wysiłkiem własnej woli. Nigdy, przenigdy nie chciałabym tam znowu wrócić (a podejrzewam, że jak już ktoś się dostanie na dobre w tryby „machiny psychiatrycznej” to bardzo trudno mu udowodnić swoją „normalność”) i szczerze współczuję tym,którzy nadal nie mogą się stamtąd wydostać…

Powie ktoś: „Każdy psychotyk powtarza, że jest zdrowy.” Zgoda. Ale jak w takim razie udowodnić (sobie) własną „normalność”?:)

Myślę, że spektrum zachowań, które mieszczą się w granicach „normy” jest dosyć szerokie – wielu ludzi ma jakieś dziwactwa, fobie, czy choćby jakiś własny „wewnętrzny świat.” (Mój ostatni spowiednik opowiadał mi o swoim koledze, który tak panicznie bał się…pająków, że nie był w stanie spędzić nocy pod jednym dachem z choćby jednym z nich.)  Czy zatem powinniśmy LECZYĆ się wszyscy? Czy może, o ile ktoś nie szkodzi swoim postępowaniem sobie i/lub innym, lepiej pozwolić mu żyć tak, jak chce?

Postscriptum: A jeśli objawy występujące u części chorych mają bardzo wyraźny rys „religijny” („odwracające się krzyże”; „diabelskie twarze”,itd.) i nie poddają się „tradycyjnemu” leczeniu, to może przynajmniej niektórym z nich pomógłby kontakt z egzorcystą? Większość księży, którzy się tym zajmują, ma także całkiem solidne przygotowanie z zakresu psychiatrii – i często współpracują z lekarzami.

Można oczywiście nie wierzyć w możliwość opętania człowieka przez złego ducha (choć jest to zjawisko, które znają niemal wszystkie kultury i religie) – ale czy to takie ważne, w co się wierzy, jeśli coś obiektywnie POMAGA choremu?

I jeszcze artykuł „w tym temacie” od mojego przyjaciela: <style type=”text/css”></style>

http://www.sfora.pl/Wszyscy-jestesmy-chorzy-psychicznie-a11384 

Matka mądrych.

Nadzieja (tak samo, jak wiara i miłość) nie jest ani „opium dla ludu”  ani ułudą, jest SIŁĄ. Dopiero ci, którzy utracili wszelką nadzieję, stracili naprawdę wszystko. Bo „dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą”.

Jak już dobrze wiecie, jestem niepełnosprawna, i w wieku 14 lat usłyszałam, że powinnam przestać się łudzić, bo prawdopodobnie nigdy już nie będę chodziła. Wtedy zrozumiałam, co znaczy „stracić wszelką nadzieję.” Ja nie straciłam – i dziś (chwiejnie, bo chwiejnie, ale zawsze:)) stoję na własnych nogach.

Zawsze chciałam mieć rodzinę, dziecko, męża, pracę – normalne, szczęśliwe życie – i wszyscy (nawet moja własna matka!) uważali, że jestem niepoprawną MARZYCIELKĄ. No, i proszę – wygrałam! Mam pracę, którą lubię, kochającego męża i pięknego, zdrowego syneczka. A wszystko to dzięki niezłomnej nadziei. W pięknej książce Stasi Eldredge „Urzekająca” przeczytałam kiedyś, że każda kobieta ma prawo stać się tym, czym zawsze marzyła, żeby być.  

Także Paulo Coelho kiedyś napisał, że jeśli czegoś bardzo pragniesz i uparcie do tego dążysz, to cały Wszechświat zaczyna Ci sprzyjać. Myślę, że problemem większości ludzi nie jest to, że marzymy zbyt dużo, tylko, że zbyt łatwo rezygnujemy z naszych ideałów, marzeń i planów…A przecież droga do szczęścia wiedzie od MARZEŃ i PLANÓW, poprzez ich konfrontację z RZECZYWISTOŚCIĄ i URZECZYWISTNIANIE…

A teraz ja…dziecko Kościoła bez Kościoła…marzę i mam nadzieję…że niezależnie od wszystkich burz i zawirowań kiedyś wszystko w moim życiu ułoży się tak, jak trzeba…i dopłynę do bezpiecznego portu…