Ki czort – ta „mentalność antykoncepcyjna”?

Proszę mi wierzyć, że doskonale rozumiem, że „zwykłym śmiertelnikom” niekiedy trudno jest wychwycić różnicę pomiędzy osobami, które dla uniknięcia nieplanowanej ciąży stosują metody „naturalne”, a tymi, które w tym samym celu wybierają metody „sztuczne.”

No, bo fakt – sama znałam kiedyś dziewczynę, która tak rygorystycznie trzymała się swoich „rytmów płodności” że prędzej by się mrówki zalęgły u niej w domu, niż by się tam pojawiło jakieś dziecko. A zamiast potomka sprawiła sobie…pieska (typowa hollywoodzka rodzina to wszak ON, ONA i pies, o którego potem toczą się zawzięte boje nawet na rozprawie rozwodowej:)). Pisałam już tu wielokrotnie o tym, że kiedy czytam na forach internetowych, jak mało ludzie wiedzą o tym, „skąd się biorą dzieci” to nóż mi się w kieszeni otwiera.

Na pewnym forum natknęłam się na przykład na chłopaka, który był święcie przekonany, że kobieta, która ma miesiączkę, masowo „morduje własne dzieci.” A pewien dojrzały facet sądził, że podczas zwykłej masturbacji giną miliony zarodków. Z kolei pewna 19-letnia panienka uważała, że do menstruacji dochodzi wskutek pęknięcia jajnika… Na moją uwagę, że to zupełnie nie tak, odparła z wyższością, że ona nie musi tego wiedzieć, tylko lekarz, który jej przepisał pigułki. To dopiero jest prawdziwie „antykoncepcyjna mentalność!”:)

Prawda jest jednak taka, że WSZYSTKIE metody antykoncepcyjne (nawet te „super-hiper-ekstra skuteczne”) czasami „zawodzą” (o ile, oczywiście, nowy człowiek może zostać uznany za „zawód”). I różnica pomiędzy nastawieniem proaborcyjnym i pro life tkwi moim zdaniem właśnie w podejściu do tego faktu.

Alicja Tysiąc w pewnym wywiadzie wyznała, że owszem, zabezpieczyła się, ale „zawiodła” ją prezerwatywa – tak więc ona w związku z tym zawodem uważała, że ma pełne prawo działać dalej po swojemu.

(Od razu zaznaczam, że szczerze współczuję takim kobietom jak ona – choć nie mogę się pozbyć poczucia, że akurat tamta pani za swój uszczerbek na zdrowiu powinna skarżyć nie tyle  państwo polskie, co raczej producentów owych prezerwatyw, którzy z pewnością nadal zapewniają użytkowników o ich stuprocentowej skuteczności – oraz, przede wszystkim, lekarzy, którzy zezwolili na poród naturalny w sytuacji tak poważnej wady wzroku. Niemniej śmieszą mnie trochę jej tłumaczenia, jakoby „nie chciała ciąży, a nie dziecka” – biorąc pod uwagę, że w świecie ludzi narodziny dziecka są naturalną konsekwencją ciąży, a ujmując rzecz czysto biologicznie jej najmłodsza córeczka jest TĄ SAMĄ istotą, której „nie chciała”, tyle że na innym etapie rozwoju – podobnie jak noworodek, który po latach staje się starcem.)

Osobom wierzącym w moim odczuciu, zrobić tego jednak nie wolno, bo (podobno) są to ludzie, w których życiu Bóg też ma coś do powiedzenia. A zatem, skoro myśmy się „zabezpieczyli” po same uszy, a MIMO TO pojawia się nowe życie, no, to je przyjmiemy jako Jego niespodziewany dar… Bo może Ktoś większy od nas obojga postanowił nam je ofiarować – mimo że o nie wcale nie prosiliśmy. Ot, i wszystko.

Chrzestnej matce mojej mamy ciąża „przytrafiła się” w wieku 48 lat, a więc właściwie już podczas menopauzy. Oboje z mężem byli przerażeni. A jednak właśnie to nieoczekiwane dziecko stało się dla nich błogosławieństwem i „podporą w starości”, kiedy jego trzej starsi bracia zginęli w tragicznym wypadku…

Sto pociech z tradycjonalistami…

Wydaje mi się, że podstawowy problem ze zwolennikami tzw. „Tradycji Katolickiej” (czyli, mówiąc prościej, z lefebrystami) polega na tym, że uparcie chcą oni postrzegać chrześcijaństwo (i Kościół) jako pewną statyczną, niezmienną rzeczywistość; zrobić z niego jedynie nienaruszalną relikwię – czcigodną, lecz martwą…

Kłopot jednak w tym, że taki Kościół, w jaki wierzą, właściwie nigdy nie istniał. W rzeczywistości chrześcijaństwo na przestrzeni całej swej historii nieustannie się rozwijało. Jak to mówią nasi bracia protestanci – a Sobór Watykański II powtarza – Ecclesia semper reformanda. [Kościół musi się stale reformować]. Jako pierwszy tę myśl wyraził bodaj św. Jan Ewangelista, polecając nasłuchiwać pilnie, „co mówi Duch do Kościołów” (Ap 3,6) – a wtórują mu przez wieki niezliczeni wyznawcy Chrystusa, między innymi wielki konwertyta z anglikanizmu, kard. John Henry Newman (1801-1890), który powiedział kiedyś: „Żyć to znaczy zmieniać się – a kto chce być doskonały, powinien zmieniać się często.”

Idąc za tymi wezwaniami, Kościół zmieniał się prawie nieustannie: w I w. był z pewnością zupełnie INNY niż w IV (bo wówczas zmieniła się jego sytuacja polityczna), w IV – inny niż w VI  (wtedy wprowadzono np. uważaną za „odwieczną” praktykę spowiedzi indywidualnej), a w VI – całkiem inny niż w XI wieku (bo to właśnie w tym czasie pojawił się ów wzbudzający do dziś kontrowersje wymóg celibatu dla kapłanów). A wszystko to, jak zwykle w takich razach, odbywało się w atmosferze głośnych i pełnych oburzenia protestów ówczesnych „tradycjonalistów.”

Jeden ze średniowiecznych papieży, zirytowany ciągłymi napomnieniami, że zbytnio hołduje różnym „nowinkom”, miał podobno powiedzieć: „Bóg nie powiedział: Moje Imię jest ZWYCZAJ!”

Co mnie najbardziej dziwi, to to dziwnie wybiórcze podejście, jakie lefebryści mają do Tradycji, którą rzekomo otaczają taką czcią. Chcą oni bowiem „spetryfikować” na wieki tylko niewielką jej część, tę „potrydencką” – zupełnie pomijając fakt, że również ona sama była skutkiem pewnej REFORMY, dawniej nazywanej kontrreformacją…

Bezkrytyczne przyjmowanie jej rozwiązań jako „jedynych i ostatecznych” doprowadziło m.in. do takich absurdów, jak w Lourdes, gdzie proboszcz tamtejszej parafii przepędził małą Bernadettę Soubirous, twierdząc, że „Pani”, która jej się ukazała, nie mogła być Matką Jezusa, ponieważ w takim wypadku mówiłaby…po łacinie lub po hebrajsku, a nie w jakimś tam „pospolitym narzeczu.”

I tak oto wielki szacunek, jakim otaczano łacinę jako język liturgiczny, przesłonił prosty fakt, że został on wprowadzony dopiero w IV wieku – i to po prostu dlatego, że był najpopularniejszym językiem Imperium (a nie z jakichś innych względów!). Zastąpił w tej roli grekę – a i później bywały jeszcze najróżniejsze „językowe eksperymenty” w rodzaju pomysłu Cyryla i Metodego z przełożeniem Pism i liturgii na język słowiański. W każdym razie, ani Jezus, ani Maryja, ani Apostołowie najprawdopodobniej tym językiem nie władali.

Przy całym deklarowanym przez lefebrystów przywiązaniu do (przedsoborowej) Tradycji trudno się czasami oprzeć wrażeniu, że ich stosunek do niej jest mocno…wybiórczy. Bo co począć w takim razie np. ze słynnym stwierdzeniem Piusa IX z 1864 r. że „Stolica Apostolska na wieki w żaden błąd nie popadnie”, rozwiniętym później w dogmat o nieomylności papieża? 🙂

JEŚLI rzeczywiście stanowią one część „niepodzielnej i świętej spuścizny katolickiej” to na jakiej właściwie podstawie zwolennicy arcybiskupa Lefebre’a twierdzą, że papież Jan XXIII pomylił się (a nawet „popadł w herezję”), kiedy zwołał Sobór Watykański II, aby nieco przewietrzyć duszne kościelne komnaty?

Tradycjonaliści sądzą, że jedyne, co powinniśmy teraz robić, to strzec nienaruszalnego „depozytu wiary”, bo wszystko inne jest już dawno zanami. Ja uważam – a wraz ze mną wielu lepszych i mądrzejszych ode mnie – że chrześcijaństwo jest ZADANIEM, które jest jeszcze ciągle PRZED NAMI

(Post niniejszy stanowi nieco rozszerzoną wersję mego komentarza, który został zamieszczony na blogu www.tradycja-2007.blog.onet.pl – i niemal natychmiast stamtąd usunięty…)
 

On, ona, ono?

W Szwecji rodzice pewnego dwulatka odmawiają komukolwiek informacji o jego płci. Dziecko nazwali Pop i zapewniają, że nie chcą go wciskać w „określone ramy”. Ich zdaniem, płeć to przeżytek.

„- Chcemy aby Pop dorastał(a) jako osoba bardziej wolna i od początku uniknął wciśnięcia w określone ramy płciowości – mówi matka. Jej zdaniem okrucieństwem jest sprowadzenie na ten świat dziecka z niebieskim bądź różowym stemplem na czole”.

A jak w praktyce wygląda codzienność Popa? Rodzice kupują mu różnokolorowe ubranka – zarówno spodnie jak i spódniczki, często zmieniają mu fryzurę. Pop, choć ma nieco ponad dwa lata, ma już pełną swobodę w doborze zarówno garderoby, jak i zabawek.

W wywiadzie dla dziennika”Svenska Dagbladet”24-letni rodzice przyznają, że ich decyzja zakorzeniona jest w“feministycznej ideologii mówiącej, że płeć jest wytworem społecznym”.

Ojciec i matka Popa zapowiadają, że nie ujawnią jego płci tak długa,jak tylko będą mogli uniknąć, ich zdaniem tendencyjnych i odgórnie  narzuconych, norm traktowania dziecka jako kobiety czy mężczyzny.

Rodzice twierdzą, że zdają sobie sprawę z biologicznej różnicy pomiędzy chłopcem i dziewczynką, ale nigdy nie odnoszą się do swojego dziecka ani w męskiej ani w żeńskiej formie. Nazywają je po prostu Pop.

– Wierzę, że tak ukształtowana samoświadomość i osobowość Popa pozostanie mu do końca życia – z dumą wyznaje matka.

Przyjaciele rodziny i sąsiedzi nie widzą problemu w decyzji rodziców, uważają to jedynie za ciekawy pomysł. Podobnego zdania jest zresztą tzw. „konsultantka do spraw płciowej równości” Kristina Henkel, którą cytuje gazeta „The Local”.

– Można tu mówić raczej o niestereotypowej płciowości, gdyż dziewczynka może robić to samo co chłopiec, a chłopiec to, co dziewczynka – mówi konsultantka, która uważa całą sprawę za „pozytywny eksperyment”.

Obecnie matka Popa spodziewa się drugiego dziecka i zapowiada, że będzie je wychowywała w ten sam sposób. – Wydaje mi się, że uczyni z tych dzieci silniejsze jednostki – mówi konsultantka Henkel.”

Źródło: AJ/Bibula.com/Thelocal.se/www.fronda.pl

Rozumiem zatem, że i mama Popa nie jest KOBIETĄ, a jego tata MĘŻCZYZNĄ?:) Jedno,to „człowiek który go urodził” a drugie „ten, który go spłodził”?Smutne… Ciekawe, jak to biedne, „bezpłciowe” stworzenie poradzi sobie w świecie, gdzie nie ma „ludzi” lecz są chłopcy i dziewczynki? Notabene, czy osoba ludzka nie ma przypadkiem prawa do podstawowej wiedzy o tym, kim jest?

A ta, pożal się Boże, „konsultantka ds. równości” (a swoją drogą, w dawnych, dobrych czasach ludzie mieli kierowników duchowych i/albo doradców finansowych – a teraz? No, cóż – jaka cywilizacja, tacy i „przewodnicy”!) zachwyca się „eksperymentem”, dokonywanym bądź co bądź na żywym człowieku… Jestem też przekonana, że szybko znajdą się całe tabuny naśladowców tej „pary odważnych prekursorów” (bo głupota podobno jest zaraźliwa).

Nawiasem mówiąc, Szwecja ma za sobą już kilka nieudanych i moralnie dwuznacznych „eksperymentów społecznych” , jak choćby ten z przymusową sterylizacją upośledzonych dzieci (co próbowano wdrażać w życie w latach 70-tych).

No, cóż, wszystko to w imię „postępu ludzkości”…

Postscriptum: Mój półtoraroczny synek nosi spodnie (a nie sukienki!), co zresztą wcale nie przeszkadza mu bawić się ciężarówką, a za chwilę tulić pluszową myszkę (płci żeńskiej!:)) i poić ją z butelki- myślę zresztą, że w tych swoich „niestereotypowych” zabawach naśladuje raczej swojego tatę, niż mnie – bo to głównie P. zajmował się nim od chwili narodzin (ja mu tylko trochę pomagam:)).

Ale nosi także – odziedziczoną po starszych kuzynkach – koszulkę z napisem: „ANYTHING BOYS CAN DO, GIRLS CAN DO BETTER!” – i naprawdę poważnie się zastanawiam, czy to hasło nie jest aby „seksistowskie” i dla niego, jako dla chłopca, krzywdzące?